Blog Strona 2

Bruegel Starszy na drodze z Bolesławowa

2

Bruegel Starszy na drodze z Bolesławowa

Jestem klinicznym przykładem osobnika, który z wiekiem kapcanieje. W młodości nieomal każdy weekend spędzałem na górskich wędrówkach. Później były rowery, wspinaczka skałkowa, grało się w badmintona, a nawet jeździło na rolkach. Do dzisiaj została mi w zasadzie tylko jazda na nartach, ale i ona sporadycznie. I pewnie zmurszałbym do ostatka, gdyby nie cotygodniowe wyprawy do Bolesławowa. Otóż raz w tygodniu, rytualnie już, idę sobie pod wieczór na wizytę w kościele zielonorojkowym (samozwańczy trzyosobowy kościół zielonorojkowy składa się ze mnie, Moni E. i pastora Rojkowej) i po dwóch godzinach ożywionych dyskusji i innych heretyckich praktyk wracam do Stronia. Spacer 2 x 45 minut, dość intensywny, zdrowy do siódmych potów. Dosłownie czuję, jak w trakcie lecą mi kilo… dekagramy.

I dzisiaj znowu przyszło zebrać sadło i dupę w troki i wyruszyć na południe.

Już wracając z pracy wiedziałem, że nie będzie lekko: mróz wprawdzie niewielki, raptem 9 stopni poniżej zera, za to wiatr dmący od południa urywał łeb, szczególnie na Morawce, do której od tej strony ma sporo miejsca na rozpęd. Nic to, pomyślałem, dam radę, będzie przygoda jak za starych lat, może nie na szlaku, ale równie ostra.

W rynsztunku na t-shirta zarzuciłem na grzbiet dwa swetry, na tyłek zaciągnąłem kalesony, później były tęgie buciory górskie i lekka puchówka, szyję owinąłem arafatką, na głowę przywdziałem grubą czapę i hajda! Wyszedłem dziarsko z domu.

Po przejściu 50 metrów okazało się, że daleko tak nie zajdę, bo mi zawiewa pod kaptur iz myśli mi zaraz sople zostaną, zdjąłem więc arafatkę spod kurtki i owinąłem na niej. Po kolejnych stu metrach, gdy pojawiły się pierwsze oznaki, że zaraz niechybnie odpadnie mi nos, zacząłem się wahać: może jednak zadzwonię do Rojkowej i powiem, że spotkamy się wiosną. Wstyd mi jednak było, żeby góral z dziada pradziada nie przeszedł godziny przy tej prawie dziecinnie lekkiej pogodzie.

Dzień chylił się ku końcowi, od wschodu spozierał już księżyc w pełni, zwiastując powrót bez potrzeby użycia czołówki. Cieszyłem się na ten comeback: jasna noc, wiatr wiejący w plecy, czysta rozkosz nocnego spaceru.

20170111_215050

U Grażyny jakoś szybko zleciało, aż zasiedziałem się co nieco i wyszedłem 20 minut później. Otwieram drzwi klatki schodowej, a na zewnątrz… prawdziwa zimowa zadymka.
Najpiękniejszą śnieżycę przeżyłem wieki temu, gdyśmy z Artkiem Zdanewiczem szli do chaty na Śnieżniku przez schronisko. Dopadła nas niżej, na rozdrożu, jednak w prawdziwe piekło weszliśmy na samej hali. W letni dzień od krawędzi lasu do schroniska idzie się nie dłużej niż 5 minut. Tamtej nocy szliśmy pewnie z pół godziny, bojąc się stale, że w tej diabelskiej kurzawie w ogóle nie trafimy na schronisko. Pamiętam, że później staliśmy w przedsionku – schronisko było już zamknięte, a nie zamierzaliśmy w nim zostać – i tajaliśmy przy świeczce przyklejonej na skrzynkę pocztową i słoiku jakichś konfitur.

Ostatnie zimy w Masywie Śnieżnika były rozczarowujące, to nie były zimy nawet, śniegu było jak na lekarstwo, a mrozy odmierzane linijką na dwa, trzy dni. To było coś dla mięczaków. Człowiek zaczął się nawet obawiać, że cała ta propaganda ocieplająca klimat to szczera prawda. I proszę, wszedłem w prawdziwą zadymkę.

20170111_220522

Wiatr dął stale od południa, ale robił takie wygibasy, że śnieg walił mi w najlepsze po twarzy i oczach. Założyłem czołówkę, dla bezpieczeństwa przed nadjeżdżającymi samochodami, ale jej światło, rozpraszane milionami białych płatków, oślepiało mnie. A znowu nieść jej w ręce się nie dało, mimo grubych wełnianych rękawic, palce po kilku chwilach sztywniały mi z zimna. Ostatecznie włączałem ją widząc zbliżające się światła. Przez całą powrotną drogę przejechały cztery samochody.

Światło zresztą nie było potrzebne. W śnieżnej bieli nasączonej przebijającym się przez chmury blaskiem księżyca szło się wspaniale. Niepokój budziły jedynie, przedzierające się przez porykiwania wiatru, trzaski i postękiwania starych drzew stojących przy drodze. Kilka razy chciałem już wyrwać się do ucieczki przed spadającym konarem, ale żaden nie gruchnął o ziemię.

Wejście do Stronia Śląskiego powitało mnie ulicznymi latarniami, w świetle których smugi śnieżnych chmur tańczyły jak baletnice Degasa, lekko rozmyte kształty jakichś onirycznych marzeń rozlewały się w zamkniętym ścianami ciemności pejzażu. To są te właśnie chwile, te momenty, to te obrazy, których w życiu tak chciwie szukam. Te stany, jakbym stał przez Brueglem w Boijmans Van Beuningen: chcę się podzielić z kimś mi najbliższym pięknem tego dzieła, lecz z drugiej strony wypełnia mnie pycha egoizmu, że to ja, tylko ja dostępuję obcowania z tym cudem.

20170111_215100

Według prognoz śnieg będzie padać przez kolejne dwa dni. To dobrze, lada dzień zaczną się ferie.

Fejsbuk srejsbuk

0

Fejsbuk srejsbuk

Rysunek Mleczki. Na podłodze siedzi szczeniak i bawi się jakimś nowoczesnym telefonem. Na fotelu zgrzybiały dziadek wybąkuje: IPhone srajfon.

Kilka dni temu wsiadłem z Rufusem do jednego beskida wiozącego nas do Stronia Śląskiego. Jakoś tak po kilku słowach zeszło na muzykę. Rufus jest gitarzystą rockowym – obecnie w stanie rezerwy – z którym mam kilku znajomych muzykantów z dolnośląskich bandów. Zaczął opowiadać coś o urodzinach Saimona Galusa i naszło mnie, że „Longitale” mają przyjechać w do Lądka-Zdroju, a Daniel Salontay prosił mnie, żebym poszukał jeszcze innych miejsc, w których mogliby wówczas wystąpić w tej części Polski. Rzuciłem więc do Rufiego kilka słów o Słowakach w przekonaniu, że będzie dobrze wiedział o kim mówię, w końcu często wrzucam posty z ich klipami na fejsbuka. Okazało się, że ciemna mogiła i tabaka w rogu – Rufus nie ma bladego pojęcia o kim opowiadam. Naprawdę nie zdziwiłbym się, gdybym miał do czynienia z kim innym spośród sporego grona moich znajomych na tym portalu, ale Sufur? Ostatecznie dochodzę do wniosku, że jego przypadek żadną miarą nie jest odosobniony, a szemrana promocja czegokolwiek na fejsbuku jest jak pisanie patykiem po piasku, który za chwilę zmyje kolejna fala błota.

Mówiąc krótko, kolejny gwóźdź do trumny współczesnych mediów: ludzie nie interesują się postami innych ludzi, gdy nie składają się one z 20 wyrazów, albo nie są pisane przez zdeklarowanych hejterów. Owszem, mógłbym kilka razy dziennie pchać na tablicę klipy „Logitalów” i pewnie by to poskutkowało, ale czy warto dostać w zamian łatę maniakalnego fanatyka bratysławskiej awangardy? Mało mam już tych łat? Chyba rzeczywiście zacznę myśleć, to co często o tym portalu mówię: wiesz, ja uważam, że fajbuk jest fajny, bo ułatwia mi odnalezienie szybkiego kontaktu z ludźmi, do których nie mam namiarów telefonicznych. Coś mi się zdaje, że zastosuję się do tego słodkiego łgarstwa.

I nie będę się czuć jak bohaterka innego rysunku Andrzeja Mleczki. Oto na kozetce leży jakaś baba, obok niej, na fotelu, siedzi psychoanalityk i słucha. Baba mówi: Panie doktorze, od kiedy egzorcysta wypędził ze mnie szatana czuję się taka samotna.

Panie Tomaszu, morfinę? Nie, książkę poproszę…

0

Panie Tomaszu, morfinę? Nie, książkę poproszę…

Przypominam sobie jak ponad 20 lat temu starałem się być świadomym obywatelem. Uważałem wówczas, że swoistym obowiązkiem mieszkańca ludzkiego świata jest wiedzieć, co się na tym ludzkim świecie dzieje. Czytywałem „Rzeczpospolitą”, zaglądałem do Koszernej, od czasu do czasu brałem do ręki poczytniejsze tygodniki. Co do tych ostatnich szybko zorientowałem się, że niewiele tam się zmienia: wystarczy kupić taki tygodnik raz do roku, by przekonać się, że tematy są dokładnie takie same, zmieniają się daty i personalia opisanych delikwentów. Co do dzienników, to zdawałem sobie sprawę, że często trudno jest interpretować świeże fakty w sposób jednoznacznie odpowiadający linii politycznej pisma. Stąd dawało się wyssać więcej informacji o tzw. realnym świecie.

Dzisiaj dotarliśmy do miejsca, w którym nie ma sensu oglądanie telewizji, warto machnąć ręką na gazety. Zdawało się, że w odwodach informacyjnych mieliśmy jeszcze internet, ale i na jego łamach zrobił się taki syf, że nie warto strzępić sobie nerwów na czytanie tego chłamu, nie warto szukać z w tym wielkim bełkocie faktów; nawet zdjęcia nieustannie kłamią. Bądźmy szczerzy: media osiągnęły absolutne dno. Jeśli narkotyków używamy po to, by wejść w jakiś nieistniejący świat fantasmagorii, to dzisiaj zamiast wydawać kupę forsy na dragi, lepiej poczytać, co piszą media – takie samo, a może i bardziej kacowe ogłupienie.

Ponoć pewnego razu Jan Himilsbach namawiany był do występu w anglojęzycznej produkcji filmowej. Warunkiem była umiejętność mówienia po angielsku, w jego wypadku nauki angielskiego. Himilsbach odmówił, a pytany, co nim kieruje, odrzekł: – Już ja was znam, filmowcy, produkcję szlag trafi, a jak z tym angielskim jak głupi chuj zostanę.

Na drodze socjalizacji nauczyłem się czytać i nawet szczerze pokochałem tę czynność. Czytanie informacji biegnących do mnie ze świata jest czymś ważnym, tworzy moją więź z innymi ludźmi. Kiedy więc zrozumiałem, że tych informacji nie da się dalej czytać, poczułem się jak Himilsbach po fakcie, którego ofiarą wszakże nie padł. On dał się wyłgać, ja zostałem z umiejętnością czytania jak ten głupi chuj.

Szybko jednak opanowałem emocję ofiary. Nic nie straciłem. Wprost przeciwnie, uwolniłem się od medialnego szamba, by iść do najpiękniejszej, najczystszej, pierwotnej chyba funkcji czytelnictwa: czytania książek. Nie muszę już czytać książek w tych krótkich impastach życia, pojawiających się gdzieś między obowiązkową lekturą wypływów central informacyjnych, gdzieś w czasie do poduszki i na muszli klozetowej. Mogę bezczelnie czytać, kiedy chcę i zarazem lektury najbardziej oburzające – klasykę literatury.

W jakiś radosny sposób przeczuwam także, że upadek roli mediów jest bliski i zaprocentuje coraz większym powrotem do czytania książek, do tego, co jest na papierze i nie znika po godzinie emisji, nie jest kasowane po kwadransie publikacji w sieci, co będąc na papierze – ze względu na rodzaj papieru – nie nadaje się nawet do palenia w piecu, albo wytarcia dupy.

Z życia kaowca

0

Z życia kaowca

Można pomyśleć, że jako kaowiec mam się w pewnych sprawach całkiem nieźle. Dajmy na to, że mogę sobie samemu sprawiać przyjemność zapraszając na wydarzenia moich ulubionych wykonawców. Prawda jednak jest taka, że zdarza się to bardzo rzadko, ponieważ o większości tych spraw decydują tak naprawdę konsumenci. Oczywiście decydują w sposób niebezpośredni, ale zadaniem kaowca jest właśnie taki dobór artysty, by zadowolić słuchaczy. Czasami wszakże trafia mi się, że mam na scenie ukochanego artystę. Wtedy momentalnie psuje się spłuczka w toalecie, więc biegnę ją naprawić, później podchodzi do mnie szesnastu komiwojażerów chcących opchnąć zestaw noży, biblię mormonów, nietępiące się żyletki i podobne utensylia, zaraz po nich niczym kleszcz czepia się mojego ramienia pijany w trzy dupy facet i błaga mnie, żebym poszedł na scenę i poprosił muzyków, żeby zagrali „Białego misia”, a kiedy udaje mi się uwolnić od typa, kobieta z czwartego rzędu zaczyna rodzić i muszę przyjąć dziecko na świat. Tymczasem, psiakrew, na scenie gra band, który tak bardzo chciałem zobaczyć na żywo!

Organizuję imprezy bez mała 20 lat. Oczywiście różnego kalibru i z pewnymi lukami czasowymi. Wydaje mi się, ale mogę się mylić, że tylko jeden jedyny raz zaprosiłem zespół moich marzeń. W zasadzie dwa razy, ale ten sam band.

Zdaje mi się, że w 2005 roku, Manio Krajewski zaciągnął mnie z ekipą ze Stronia Śląskiego do wrocławskiego klubu „WZ” na koncert „-123min.”. Nie będę się rozpisywał o jakości tego, co chłopaki z Pardubic prezentowali, powiem tylko, że natychmiast ściągnąłem co się da i słuchałem ich zawzięcie. A w mojej głowie zrodziło się marzenie, że pewnego dnia zaproszę ich do Stronia. Cóż, marzenia są tylko marzeniami, więc nie łudziłem się w temacie.

I oto proszę, „Minuty” zagrali najpierw w Stroniu w 2009 r. i rok później w Lądku-Zdroju na Przeglądzie Filmów Górskich. I powiem szczerze, że lądecki koncert był niesamowity. Zdenek, Fredrik i Milos byli w zasadzie nieznani przez publiczność, a w ciągu godziny zrobili taki szał, że cztery razy bisowali. Podczas ich koncertu w Stroniu miałem na głowie całkiem dużą imprezę, więc zamiast słuchać, walczyłem z problemami organizacyjnymi. W Lądku-Zdroju było znacznie lepiej, ale też sporą część występu przestałem z boku sceny, najpierw stresując się zapowiedzią występu, później zakończeniem dnia. Oglądanie występu zza kulisy to nie to samo, co stanie, albo siedzenie przed sceną. No i ten cholerny stres.

Niestety, „-123min.” rozpadli się. Zostały tylko płyty i nostalgia.

W zeszłym tygodniu coś mi strzeliło do głowy i z ciekawości napisałem mejla do słowackiego zespołu „Longital” z pytaniem o cenę koncertu w Lądku-Zdroju. „Longital” odkryłem kilka miesięcy temu i w zasadzie niemal natychmiast zostałem ich wielkim fanem. Wczoraj, o dziwo, zamiast menedżera odpisał mi Daniel Salontay, gitarzysta tego wspaniałego tria. Wymieniliśmy kilka miłych, ciepłych listów (Daniel świetnie radzi sobie z pisanym językiem polskim) i stanęło na tym, że istnieje duże, bardzo duże prawdopodobieństwo, że Słowacy zagrają w Lądku-Zdroju 5 sierpnia 2017 r., podczas Lądeckiego Wehikułu Czasu.

ivana_foto_lezataŹródło: www.longital.com

„Longital” to prawdziwa perła, w moim przekonaniu, nie tylko muzyki słowackiej, ale i światowej. Shina, Daniel i Marian komponują rzeczy, które są prawdziwym powiewem świeżości na rynku opanowanym przez niekończące się powtórzenia i całą masę okropnego nudzenia. Subtelne, harmonijne kompozycje, w których czuje się pasję pozbawioną ględzenia o sobie… No tak, nie potrafię pisać o muzyce, pozostaje mi zatem odesłanie Państwa do źródła.

Tutaj wyśmienity koncert z materiałem z przedostatniej płyty zespołu „Longital Suita”z przyzwoitym kwartetem smyczkowym:
https://www.youtube.com/watch?v=hiph99O584Y

Tutaj utwór „Divoko” z występu plenerowego w towarzystwie orkiestry filharmonijnej:
https://www.youtube.com/watch?v=qQgFgJq-75c

I mój ulubiony numer z ostatniej płyty:
https://www.youtube.com/watch?v=c6fV6NpAqiw

O ile w sierpniu dojdzie do występu „Longital” pod lądeckim „Zdrojem Wojciech”, pozostaje pytanie, które kieruję w swoją stronę: czy po wszystkich stresujących zapowiedziach, jakie względem Słowaków będę musiał uczynić, nie pojawi się z nagła turysta poszukujący drogi na Krupówki w Zakopanem, żądający zarazem znalezienia najszybszego transportu, zaś po nim zadzwonią cztery firmy oferujące pożyczki i dwóch telemarketerów z sieci komórkowych, a na koniec pani starsza poprosi, żebym w tej chwili wszedł na scenę i zapytał czy ktoś z publiczności nie widział jej zaginionego psa Fafika?

Strumień świadomości radnego Wiktora

0

Strumień świadomości radnego Wiktora

Bez mała dwa lata temu dałem się namówić dwójce moich przyjaciół – doświadczonych watch dogów – do pracy nad kwartalnikiem „Obywatelskie Stronie”. Gazeta traktowana jest przez naszych Czytelników jako pismo opozycyjne wobec polityki i działań burmistrza Stronia Śląskiego Zbigniewa Łopusiewicza i części członków RM, będących „radnymi burmistrza”. Cóż, sądzę, że gdyby naszym burmistrzem był sam marszałek Piłsudski, to i jego poczynania bralibyśmy pod lupę; w sumie ryzykujemy niewiele mniej niż oponenci marszałka. Nie chodzi o Zbigniewa Łopusiewicza, czy „jego radnych”, lecz o władzę w ogóle i to jak jest ona sprawowana. Bo naszym celem najważniejszym i – co smutne – szalenie odległym, jest budowanie w społeczeństwie świadomości naszych praw obywatelskich i możliwości wpływania na naszą lokalną rzeczywistość. Owszem, jesteśmy szaleńcami, którzy myślą o przyszłości kolejnych pokoleń.

Przygotowując jakiś materiał do ostatniego wydania pisma, skierowany zostałem przez ekipę zespołu redakcyjnego do pewnego nagrania „wypowiedzi” Przewodniczącego Rady Miejskiej w Stroniu Śląskim radnego Ryszarda Wiktora. Nagranie dokonane zostało podczas sesji RM i można je znaleźć w tym miejscu: http://bip.stronie.dolnyslask.pl/dokument,iddok,1415,idmp,46,r,o

Słuchając przewodniczącego Wiktora, po prostu nie mogłem sobie darować i przeniosłem „to” na papier, a w zasadzie dysk komputera. Chciałem zapis ten opublikować w ostatnim numerze „OS”, ale redaktorzy pisma nie pozwolili mi na uprawianie „personalnej polityki”.

Pisząc na Nagela – z wielu różnych względów – omijam szerokim łukiem sprawy lokalnej polityki i miejscowe tematy społeczne. Dla radnego Wiktora czynię jednak wyjątek, sądzę bowiem, że jego „tyrada” nie kwalifikuje się do uznania jej za wypowiedź samorządowego polityka, czy osoby publicznej w ogóle. Myślę, że mamy tutaj do czynienia z praktyką czysto literacką, którą krytycy określiliby strumieniem świadomości, czyli czymś w rodzaju monologu wewnętrznego narratora.

Tak oto wypowiadał się Przewodniczący RM w Stroniu Śląskim podczas sesji Rady 29 sierpnia 2016r. (miejsca, w których występują wielokropki były niezrozumiałe):

„Ja, proszę państwa jeszcze wrócę do tematu, nie poruszałem tego tematu, bo nie chcę zaogniać sytuacji między prasą a radą. Ostatnio w tym kwartalniku, strońskie, coś w tym rodzaju, muszę to powiedzieć, jestem odpowiedzialny za pracę rady jestem odpowiedzialny, kieruję pracami rady i zdarzały się informacje takie pod moim adresem, no ja nie chciałbym, za długo jestem radnym, ja nie mogę sobie pozwolić, bo ja nie czuję się winnym. Po pierwsze, chodzi mi o ten śmiech na sali […] naprawdę, nie wiedziałem, że ktoś się śmiał […], dlatego mam prośbę, jeśli ktoś ma, jeśli ktoś ma kontakt z tymi panami z tej grupy, to bardzo proszę, żeby […] się skontaktowali z przewodniczącym rady i zapytać, jak ta autentyczna sprawa była, czy to było tak, czy było tak, jeśli ja będę kłamał i większość potwierdzi, że ja kłamię, bardzo proszę, proszę napisać to, bo to tak, taka sytuacja trochę nieprzyjemna, bo byłem zaczepiany, panie Ryśku, no co tam się dzieje, już drugi raz piszą, śmiejecie się i śmiejecie na tej sesji i nic nie robicie i ubliżacie radnym. Ja nie wiem, ja się nie czuję, bo na komisji zacząłem zwracać uwagę, na komisjach, żeby się uśmiechali, bo cisza grobowa się zrobi. Jest trochę podobnie, tak, nie chcę, żeby zaogniać sytuacji […], nie chcę pisać w Nowinkach Strońskich, jako przewodniczący: to jest nieprawda, było tak i tak, i tak. Nie chcę tego robić, bo nie na tym rzecz polega, my musimy szanować się. Dlatego pytam państwa czy macie kontakt, kontakt z tym, kontakt z panami, to niech się skontaktuje ktoś zawsze przed spotkaniem ze mną, ja wytłumaczę, przedstawię dlaczego tak się stało, czy tak było, ta grupa radnych, która w większości jest tutaj pokrzywdzona, z której się śmiano, niech złożą skargę, ja chcę to zobaczyć […] Mnie mieszkańcy rozliczają z tego. Ja nie czuję się za to, jako jako radny i przewodniczący rady, który dopilnowuje tych, uważam, że robię to dobrze i staram się robić to, dostajecie państwo informacje, dostajecie wszystko, państwo, na czas. Wszystko, jeszcze nie zdążycie się, se załatwić już pani Agnieszka wszystko wysyła. Każdy dostaje […] i na sesji też nie ma jakichś kpinek, czy żartów, żeby […] poniżali, czy kogoś wyśmiewali. Wszyscy, traktujemy, jesteśmy równi, traktujemy […], bo ja zostałem przewodniczącym z tego względu, chciałem [..] żeby współpraca z burmistrzem układała się dobrze i żeby to nie rzutowało na żadnym, eee, na naszą współpracę, spotykamy się z panem Mazurkiem. [Tutaj ma miejsce dłuższa paplanina o uciekających klientach – inwestorach] Ja czuję tylko przez to, że jak ktoś do mnie uderza, to niech przyjdzie do mnie bezpośrednio, zapraszam, przyjdź do mnie we wtorek: pan jest stąd, to i to było źle, my to napiszemy, bo pan nie działa, pan nie panuje na radzie, pan źle prowadzi obrady sesji, pan źle to robi, ja to przyjmę na klatę, ale nie mogę przyjąć poza plecami, kiedy ktoś mnie obraża. Jestem, czuję się urażony, a tym bardziej, że kolega, człowiek, który, myślałem, że […] No i tyle chciałem powiedzieć, macie państwo z ludźmi kontakt, bo ja nie mam kontaktu, nie chcę mieć kontaktu na takiej stopie jakiejś agresji, no nie chcę mieć takiego kontaktu, to proszę przekazać, że ja służę we wtorki, normalnie przyjmuję mieszkańców i zapraszam, każdą uwagę przyjmę na klatę, jak to się mówi i wytłumaczę, jeśli ktoś czuje się urażony. Dziękuję bardzo.”

Czy komuś z Państwa udało się przebrnąć przez ten zapis? Gratuluję przeżycia tej masakry. Film „Piła” da się obejrzeć do końca, ale tutaj jest coś trudniejszego od horroru. Człowiek się nie boi, ale wstydzi, że to czyta.

Dla jasności dodam, że strumień świadomości Ryszarda Wiktora dotyczy na ogół artykułu, który ukazał się w „Obywatelskim Stroniu” pt. „Urzędniczy rechot”. Co do innych „stref monologu” radnego, pozostają one dla mnie sekretem jego tajemniczej psychiki.

Nie myślcie sobie jednak, że chodzi mi o szkalowanie szefa naszych radnych i reprezentanta Rady Miejskiej w Stroniu Śląskim. W żadnym wypadku! Dla mnie jest to wspaniały kawałek literatury, który uderza w najczulszą emocję człowieka – wstyd.

Wcielam się w rolę świętego

0

Wcielam się w rolę świętego

Wracałem dzisiaj z pracy. Chwilę wcześniej robiłem maluchom lądeckim za św. Mikołaja. Powiem szczerze, że nic mnie tak nie deprymuje jak rola tego świętego. Weźmy, jak niedawno musiałem w epizodach pajacować jako gazeciarz na scenie „Kinoteatru”. Jedna z sekwencji wyglądała w ten sposób, że oto na froncie sceny Ewa Warta-Śmietana śpiewa cudnie songi Ordonki, a za kulisem Jacek Śmietana mówi mi: przebiegniesz w poprzek sceny wymachując gazetami, dobra? Stoję w spodniach z szelkami wpuszczonymi w wysokie podkolanówki, w półbucikach, w zawadiacko przekrzywionej kaszkietówce na łysinie i z naręczem gazet. – Teraz! – Szepcze Jacek. I ja, prawie pięćdziesięcioletni typ z gębą zakapiora i brzuchem sportofoba, przebiegam, ba! ja przemierzam scenę w podskokach jak ośmioletni smarkulec. No, chwała Bogu, że tam z tyłu światła było niewiele, bo widzowie zaczęliby spadać z foteli ze śmiechu i koncert zostałby przerwany. Ale co? Krępowałem się? Stresowałem? Niepokoiłem się? Gdzie tam!

15387508_10208471110563886_474562178_o
Z Frankiem Sumikiem (fot. A. Sumik)

I tak dzisiaj wracałem i czułem się trochę zmęczony, a wieczór był, ciemno, mroźno trochę i wzięło mnie na nostalgiczne wspomnienia o świętych Mikołajach, a szczególnie o jednym z nich i jego niezwykłym pomocniku.

To musiał być jakiś 1993., najdalej 94. rok. Mieszkaliśmy już na Morawce, w tej kawalerce na poddaszu, w której do dzisiaj z taką przyjemnością żyję sobie w najlepsze. Najechali nas wtedy, prosto z Rotterdamu, Kopeć i Jacqueline z dziećmi, dwoma małymi synami. Nas też było dwoje plus dwoje dzieci w wieku Kopciowych. Sam nie wiem jakim cudem mieszkaliśmy razem w tej ciasnocie ze dwa tygodnie i nikt nie narzekał ani przez sekundę.

Pewnego dnia, był to 6 grudnia, albo jego okolica, wpadłem na arcywspaniały pomysł, że pójdziemy sobie wspólnie do strońskiej Hali Sportowej na rozdanie paczek przez świętego Mikołaja. A trzeba pamiętać, że Polska w tamtych latach wciąż jeszcze nosiła na sobie głębokie rysy komunistycznej szarzyzny i biedy. Tymczasem Kopeć mieszkał w Holandii już od kilku ładnych lat, jego żona była w Polsce może drugi, najwyżej trzeci raz. Ot, pomyślałem, poczujcie trochę naszego przaśnego klimatu. Ja sam byłem po niedawnej kilkumiesięcznej wyprawie na wyspy brytyjskie.

Nie przypominam już sobie czy miał wówczas miejsce jakiś pokaz dla dzieci, wiecie, teatrzyk kukiełkowy, magik, albo fakir z wężami. Pamiętam za to całkiem nieźle postać św. Mikołaja, w którą wcielił się sam J.F. i niezwykłą postać Śnieżynki, czy też Śnieżynka, którą mistrzowsko  wykreował śp. Z.P.

Wręczanie paczek maluchom odbywało się w lekkim półmroku przepastnej sali gimnastycznej, której klimat pasowałby idealnie do amerykańskich horrorów klasy C. Było to znakomite tło dla św. Mikołaja i jego Śnieżynka, którzy mogliby uchodzić za aktorów tego typu filmu. Nasi goście z Laponii wyglądali, jak żywcem wyjęci ze stojącej na strychu szafy, której nie tknął nikt od bombardowania dywanowego Drezna.

Części garderoby św. Mikołaja składały się na jakiś fascynujący kolaż skomponowany z absolutnie niepasujących do siebie elementów. J.F. na nogach miał męskie kozaki, które dzisiaj uznano by za dizajn projektanta odmrożonego właśnie z bryły lodu ostałej gdzieś w szczelinach Tatr od dwudziestu lat. Nasz święty nie trudził się też zbytnio nad doborem spodni, cóż, w końcu gdzie jest powiedziane, że Mikołaj nie może nosić dżinsów? Na właściwe zaś atrybuty stroju kochanego przez wszystkie chrześcijańskie dzieci świętego składały się: wyjątkowo trafiony, choć nieco wytarty szlafrok frotte w różowym kolorze, całkiem rzetelna czerwona czapa oblamowana aureolą z króliczego futra i bujna, choć rozlatująca się broda z waty przyklejonej do kawałka kartonu z gumką.

Co do Śnieżynka, to brakuje mi słów… No dobrze, postaram się… Śnieżynek od pasa w dół cieszył się podobnym do swego chlebodawcy rynsztunkiem. Co zaś do góry… Śnieżynek, jak przystało na pomocnika św. Mikołaja nie mógł nosić brody, co wszak nie przeszkadzało mu w chwaleniu się kilkudniowym zarostem, który mógł równie dobrze uchodzić za dowód porannej pracy przy przerzucaniu węgla. Czapkę miał mniej więcej prawidłową, choć materiał, z którego uszył ją jakiś chałupnik więcej miał w sobie waty niż wełny. Prawdziwym fenomenem był jednak płaszczyk Śnieżynka, który bez wątpienia uszyty został ze starej, mocno już wyblakłej poszwy na pierzynę. Dla podkreślenia faktu, że obaj przybysze pochodzą z cholernie zimnej Północy, Śnieżynek z pewnej odległości woniał wyraźnie wysokoprocentowym napojem rozgrzewającym, co nie stało na przeszkodzie, by brał na ręce kolejne dzieci i coś tam do nich gaworzył lekko ochrypłym głosem. O dziwo, dzieciom ani lekko zaniedbany fizys Śnieżynka, ani jego zapaszek wcale nie przeszkadzały, śmiały się w jego ramionach do rozpuku.

Przyznaję, że obserwowałem naszych gości z Zachodu w oczekiwaniu na jakąś przykrą reakcję. Rozczarowałem się jednak okrutnie. Oni nie tylko nie krzywili się na takie spotkanie ze świętym i jego dziwnym pomagierem, oni byli zachwyceni całym wydarzeniem.

Pamiętam, że wróciliśmy tamtego wieczoru do domu i przez kolejne dni wspominaliśmy z radością wizytę św. Mikołaja każdemu napotkanemu znajomemu i przyjaciołom.

Minął rok, a może dwa i mnie samemu przypadła pierwszy raz w życiu rola św. Mikołaja, która skończyła się małą awanturą, ale… Ale to już inna historia.

Koleżeńskie żarciki

1

Kronika wypadków wujaszka Ninji

Koleżeńskie żarciki

Od dłuższego czasu rozmyślam nad spisaniem przypadków Jacka Ninjasa w jednym miejscu. Póki co nie mam jednak czasu. Pozostaje spisywanie tych historii osobno, byle nie spadły w nieznane czeluście pamięci.

Parę dni temu Monia wspominała dawne dzieje, kiedyśmy pracowali u Achrema, szczególnie wspominała niecne żarciki Radka. Nazajutrz chyba naszła mnie chęć na zrobienie podobnej do Radkowej hecy, choć może bardziej złośliwej.

Jak wiadomo, wujaszek Ninja jest osobą niewidomą; jeszcze kilka lat temu był w stanie tym swoim widzeniem tunelowym przeczytać małe literki, a nawet wystukać sms-a na telefonie, ale dzisiaj, cóż, po prostu nie widzi.

Nie znam zbyt wielu niewidomych, po prawdzie znam tylko jedną taką osobę, Jacka Ninję właśnie, więc nie mam pojęcia czy wszyscy oni są podobnymi kawalarzami, czy Ninjasek jest osobnym gatunkiem. Dość na tym, że lubimy sobie od czasu do czasu uskutecznić jakiś żarcik, szyderstwo, czy inny dowcip. Ostatnio widujemy się – to znaczy ja tylko widuję wujaszka, on mnie nie za bardzo – raczej rzadko, więc pozostaje nam telefon, a że chłop nie widzi, to nie piszę do niego, tylko dzwonię; on do mnie też tylko dzwoni. Pomyślałem, że napiszę mu zgapionego od Radka sms-a, a że sam nie przeczyta, pójdzie do sąsiadów, żeby oni mu przeczytali. Już sobie wyobrażałem jak idzie do Ani i Andrzeja, którzy czytają pierwszą wieść: „Robię kupę”, a potem drugą: „I sikam”. Z uśmiechem od ucha do ucha wklepałem wiadomości i wysłałem.

Po dwóch godzinach rozlega się sygnał telefonu i wyświetla nazwisko Jacka. Mam cię, bratku – pomyślałem i odbieram rozmowę z nadzieją, że już dali się nabrać.
– Przeczytałeś sms-a? – Pytam bezmyślnie, bo już nie mogę wytrzymać.
– Nie, jeszcze nie. – Twierdzi.
– Łe… – oburzam się mocno rozczarowany.
– Nie, jeszcze nie, bo muszę ci coś opowiedzieć.
– Dawaj – mówię.
– Słuchaj, wszedłem przed chwilą do „Klina”, żeby kupić papierosy i staropolankę. Kupiłem, wychodzę, skręcam i po kilku krokach słyszę jakiś ochrypły głos: E, kierowniku, tam jest piń! Dobra, dobra, odpowiadam, dziękuję! Ruszam dalej i myślę o co facetowi chodzi, jaki piń? Może pin, pina ode mnie jakiegoś chciał, ale po co?  I nagle, jak nie wykurwiłem czołem w drzewo, to mi się gwiazdki pokazały!
I pośmialiśmy się obaj z kolejnego teatrzyku, który Ninja urządził przygodnym widzom.
– Człowiek nawet na starość uczy się nowych słówek – skwitował – piń!
Co do sms-ów, to zadzwonił wieczorem. Aj! Trafiło na Renię, która zna mnie znacznie lepiej od sąsiadów Ninji. Oczywiście uśmiała się.
Miło, ale ja tak marzyłem o konsternacji na twarzach sąsiadów Ninjasa.

„Inwazja jaszczurów”

2

Dostałem niedawno jakieś 40 kg książek. W zdecydowanej większości starych, wydanych w latach 70., 80. zeszłego stulecia. Radocha spora, sam mogłem dokonać wyboru tomów, więc trafiło się wiele wspaniałych tytułów. I wiele, których nie znam. Pokończyłem stare lektury i rzuciłem się na ten zbiór nowy, choć o zapaszku strychu pokrytego pajęczynami, kurzem i starymi, przedwojennymi gazetami.

Otworzyłem nasamprzód de Costera (żeby przypomnieć sobie pieśni o Dylu Sowizdrzale) i Drdy Bajki Czeskie, ale jakoś, po kilku dniach, sam nie wiem dlaczego, w rękę wpadł mi Karel Čapek, jego Inwazja jaszczurów. Nazwisko znane, bo coś mnie tam po głowie latało, że czeski pisarz międzywojenny, ale żeby coś więcej? Głucho. Spodziewałem się, i owszem, poczucia humoru w stylu Haška, Vančury, czy Hrabala, jednak po przeczytaniu jakichś 15 stroniczek poleciałem do komputera, by znaleźć go na Wikipedii.

To zadziwiające: nie gaśnie sława Orwella, podziwiany jest stale Kafka, wielu słyszało o Huxley’u, ale kto zna Čapka? Sam jeszcze chwilę temu nic o nim nie wiedziałem, nie wspominając jego dzieł.

Proces, Folwark zwierzęcy, 1984, Nowy wspaniały świat i dziesiątki innych antyutopii, czy powieści antysystemowych mogą się schować przy Inwazji jaszczurów. Na wspomnianej Wikipedii pisze ktoś, że Stanisław Lem wzorował się na Čapku. A co z całą masą pisarzy tworzących podobne groteski? Na pierwszy rzut przyszedł mi Kurt Vonnegut, zakręcił się Burgess, ale czy nie odbijają się w nim choćby Borges i Cortazar? Chyba jedynymi współczesnymi Čapka, jakże jednak hermetycznymi, których można z nim mierzyć, byli Polacy – Gombrowicz i Witkacy.
Ale te porównania są tylko namową, byście sięgnęli po dziełko absolutnie wyjątkowe.

Geniusz Inwazji opiera się na jej uniwersalności. Niesamowite, jak bardzo opowieść ta pasuje do naszych czasów. Na każdym kroku napotykam analogie z współczesnością (szczególnie polską), a Čapek książkę tę napisał w 1935 r. Do tego dodajcie niebywałe poczucie humoru i najwyższej próby ironię. Podane to wszystko przystępnym, świetnym językiem (znakomite tłumaczenie Jadwigi Bułakowskiej), lecz niepozbawione formalnej przewrotności, która zresztą również stanowi o wizjonerstwie tego pisarza; nie wiem czy znalazłem gdziekolwiek lepszy opis zupełnego chaosu informacyjnego XXI wieku. Prawdziwy majstersztyk literatury i wyjątkowy smakołyk czytelniczy.

Renowatorzy

1

W młodości cieszyłem się pewnymi zdolnościami manualnymi, które pozwalały mi rysować i malować. Nie, żebym był w tym doskonały, ale szło mi całkiem nieźle. Tylko jakoś nie kręciło. Cholera go wie, może, gdy coś już się ma, to traci się ku temu zainteresowanie? Jak z kobietami. To prawdopodobne; co najmniej w młodości. Więc przez ostatnie kilkadziesiąt lat brałem się za malowanie sporadycznie i w sumie z dwóch tylko powodów.

W pierwszym z nich malowanie traktowałem terapeutycznie: zdarzyło się dawno temu, że dopadła mnie depresja, a że ciągnęła się niemożebnie, musiałem znaleźć jakieś lekarstwo. Zapewne gdybym wiedział, że mam depresję, zażywałbym prozac, lexapro, xanax, albo jakieś inne tego typu gówno. Na szczęście nie wiedziałem, bo do dzisiaj chodziłbym naćpany i szczęśliwy, jak po schabowym w Finezji. Dlatego leczyłem się malarstwem, rzeźbą i kilkoma innymi tematami. Udało się, wnoszę zatem, że arteterapia jest lepsza niż psychotropy.

W drugim przypadku maluję, kiedy chcę komuś zrobić prezent. Nie żebym zaraz był taki oryginał, ot, kiedy karmany puste, a na ogół puste, jak te cymbały Jezusowe, to trzeba się rzucać na desperackie czyny. Po prawdzie wolałbym zrobić przyzwoity skok na bank amerykański, lub chociaż na żydowskiego jubilera w Amsterdamie, bądźmy jednak szczerzy, do bandytierki trzeba mieć stosowny charakter, albo co najmniej przyzwoite wykształcenie kryminalne. Jestem za dużym tchórzem, przyznaję jednak, że lubię rozmawiać z kryminalistami. Ostatecznie brak mi, jak widać, elementarnych kompetencji złodziejskich, a wtedy pozostaje udawanie, że potrafię coś ładnego namalować.

Nie wiem, zdaje się, przed ostatnim Bożym Narodzeniem nie było mnie stać na prezent pod choinkę dla mojej Izy. Nie miałem pieniędzy na moherową czapkę w śnieżynki, szetlandzki sweterek z łosiem, ekskluzywne perfumy, koronkową bieliznę, ani tym bardziej na biżuterię. Po sprawdzeniu każdej kieszeni mojej garderoby – nie wyłączając kurtek i płaszczy, których nie założyłem od końca lat 90. – uskrobałem w sam raz na dwie butelki portugalskiego wina. Po ich nabyciu w sklepiku u Małgośki, zainstalowałem w kuchni nad stołem dodatkowe lampy, rozłożyłem karton, pastele, obok zaś, na parapecie postawiłem otwartą butelkę wina, z której napełniłem kieliszek, wypiłem większy łyk, westchnąłem odważnie i wziąłem się do roboty.

Oczywiście nie jestem rysownikiem kryminalistyki, nie walę z pamięci martwej natury z obiadu zjedzonego dwa tygodnie temu. Miałem fotografię barwną Izy, do której zamierzałem dokomponować bajeranckie tło. I tak racząc się portugalesem malowałem ze dwa, może trzy wieczory. Nie będę stawiał sobie noty za to arcydzieło, dość na tym, że Izie bardzo się spodobało. Było trochę ambarasu z jego transportem, bo karton to 90×70 cm, a pastele mażą się przy każdym dotknięciu, jak nieszczęśliwa wdowa. Inna sprawa, że powinienem był pomyśleć zawczasu o ramie i nie byłoby problemu. Tyle, że, no właśnie, krucho było u mnie z drobnymi. Żeby się nie przyznać, powiedziałem Izie: – Ty masz, dziewczyno, inny gust ode mnie, gdy idzie o architekturę wnętrz i rama w moim stylu mogłaby ci nie pójść w smak, mogłaby ci nie pasować do wnętrza.

Obrazek złożyłem w sypialni Izowej na jakiejś płycie pilśniowej, wprost na podłokietnikach fotela. I tak sobie leżał swobodnie, całkiem na golasa… kilka miesięcy. Co tam zaszedłem, biesiłem się trochę, że jeszcze nieoprawiony, że nie wisi, tym bardziej, że dom całkiem duży i miejsc na ścianach w nim sporo, ale cóż, rzec można, iż ofiarowanemu koniowi w zęby się nie zagląda. Z drugiej strony rozumiałem, że Iska jest kobietą szalenie zapracowaną i po prosu nie ma czasu na kupno odpowiedniej ramy.

I tak oto w pewien letni sobotni wieczór, zapewne działałem wówczas przy jakimś ważnym lądeckim wydarzeniu kulturalnym, telefon w mojej kieszeni zaczął wibrować, by po chwili wydać irytujące dźwięki. Wyświetlał się numer Izy. W głośniczku usłyszałem szloch dziewczyny. Trochę się przeraziłem, bo Iska to twarda sztuka i z byle powodu nie zapłacze. Cierpliwie jednak czekałem na to, co powie.

– No bo dzisiaj to była pani Asia – chlipała Iza do słuchawki o sprzątaczce, którą co kilka tygodni wynajmuje do ogarnięcia domu – i jak zawsze posprzątała dom, a później odwiozłam ją i wróciłam. A jak wieczorem weszłam do sypialni, to się okazało, że mój portret, ten, co mi go namalowałeś, jest zniszczony, bo go chyba szmatą rozmazała.

Najpierw oburzyłem się i już chciałem ją zrugać, że powinna była zadbać o malowidło dawno temu. Wtem jednak cała sytuacja stanęła mi w oczach: biedna pani Asia widzi, że na fotelu leży jakiś papier z bohomazem, który jest ewidentnie zakurzony (pył pasteli), więc w dobrej wierze wyciera go szmatką, ale dupa z tego! pył nie schodzi, za to portret się zamazuje, lecz ona nie ma okularów na nosie, a szmata coraz bardziej brudna… Przed oczami stanęły mi efekty renowacji fresku w hiszpańskim Borja przedstawiającego Jezuska, którą przeprowadziła gorliwa staruszka. Nie mogłem też nie pomyśleć o głupkowatym Rowanie Atkinsonie, który przeprowadził podobną renowację obrazu Whistlera w którejś komedii. Poszedłem dalej: wyobraziłem sobie, że Iza kupiła na aukcji pastele Degasa, czy innego Pissarro i zostawiła na chwilę na fotelu… I zaprawdę: potrzebowałem wielkiego hartu ducha, by nie eksplodować śmiechem do telefonu… Iza tymczasem płakała: jak ona tak mogła i nawet się nie przyznała? czy zdołasz ten obrazek odnowić? i że to niesprawiedliwe, bo mi się ten portret tak podoba itp., itd. Pocieszyłem ją, że jak się da, to podreperuję, a jak nie, to niech się nie przejmuje, bo przecież to tylko rzecz. Trzy dni później ciągle płakała na samą myśl o tej tragedii. Tydzień później zobaczyłem dewastacje poczynione przez panią Asię, dziewczyna przeprowadziła renowację po całości.

Dzisiaj obrazek mam znowu w domu. Niestety: sprawdziłem kieszenie każdego mojego płaszcza, kurtki, każdej pary spodni – póki co brak pieniędzy na portugalesy! Chyba zmuszę Izę, żeby przywiozła z winnego kubryka ze dwie flaszki, mogą być i hiszpany!

We Wro

0

We Wro
Przy Joannitów, na tymczasowym dworcu autobusowym, kupiłem u korpulentnej szatynki w kiosku dwa pączki hiszpańskie.

We Wro

Przy Joannitów, na tymczasowym dworcu autobusowym, kupiłem u korpulentnej szatynki w kiosku dwa pączki hiszpańskie. Takie, wiecie, kręcone, z dziurką w środku. Do pekaesu miałem dobrą chwilę, usiadłem więc na ławce vis a vis stanowiska, wyjąłem z kieszeni foliowy worek z pączkami i wygrzebałem na krawędź jednego z nich. Zacząłem gryźć, w zamyśleniu oglądając podróżnych. W pewnym momencie odwróciłem głowę zapatrzony w jakiś punkt. Z obserwacji wyrwało mnie dziwne trzepotanie w kącie oka. Przede mną, na bruku skakało co najmniej dziesięć wróbli, cały zmasowany atak latających chomików. Nie jestem, jak pan Hrabal, wielbicielem miejskiego ptactwa, ale co by nie rzec, te kurdupelki to jednak żywe istoty. No i cały ich walor żebraczy wielki, bo nie wali od nich zjełczałym potem, brudem, nalewką i nie proszą o dwa zety na tak zwaną bułkę lub bilet do „domu”.

Rzuciłem okruch, dziobnięty, rzuciłem drugi, przechwycony. Trzeciego nie zdołałem rzucić, pan wróbel podleciał i wydziobał mi okruch spomiędzy palców! Urwałem kawałek i ledwo wystawiłem przed siebie – to samo: wróbel, niczym koliber zawirował do mojej dłoni tak szybko, że się przestraszyłem i cofnąłem ją nagle. Był jednak szybszy i wyrwał mi ten okruch pączka hiszpańskiego. Wystawiłem drugi, przygotowując się na dziobnięcie w palec. Nic z tego, te maluchy mają jakiś szybki procesor w łebkach, szybszy od ludzkiego. Chwytają ciasto, mięsa nie tkną. Zjedliśmy tego pączka razem, ja trzy części, one jedną. I pewnie drugiego byśmy spałaszowali z tą pierwszą grupką żebraków, ale zrobiło się gęsto, już ze dwadzieścia kanalii zleciało, w asyście kilku gołębi. Tego było za wiele i nie, żebym im pączka żałował, ale już dostrzegłem, że stałem się z tą hałastrą widowiskiem publicznym: „Tomek z braci był najmłodszy, ciągle mówił coś trzy po trzy…”

Podniosłem się z ławki dla rozruszania kości, tak w stronę Dyrekcyjnej. Stanąłem przed barem z nudy czytając menu. W przestrzale, pomiędzy budą baru, a „góralskim” kioskiem z kierpcami, chustami, oscypkiem i skarpetami z waty, dostrzegłem atrakcyjną blondynę sunącą chodnikiem w stronę Dawida. Oko zawisło na chwilę – w zupełnie bezwarunkowym odruchu – na dziewczynie, która szła pijąc wodę z plastykowej butelki. Ale przeszła.

Parę sekund później słyszę kobiecy pisk dobiegający z tej samej strony. Zza węgła wybiega ta sama piękność, krzyczy i leje wodę z peta nad głową. Wariatka, można było pomyśleć, ale na myślenie nie było czasu, bo zniknęła zaraz za budą baru. Z wrodzonej – bezwarunkowej – ciekawości ruszyłem w te pędy do jego krawędzi: o co chodzi? żaden zboczuch za nią nie biegnie, więc co? Była już kilkanaście metrów dalej, gdy znowu ją ujrzałem. Wariatka, teraz już rzeczywiście tak pomyślałem. I oto, gdzieś spomiędzy drzew nadleciało ptasie bydlę, fruwający terrorysta, latający psychol – wrona, gawron, czy jak się tam nazywa to spore czarne ptaszysko – przypikował nad głową kobiety i hajda z powrotem do góry.

Czego chciał? Wkoło też byli ludzie, ale ich ten ptak nie napastował. Ani wróble, ani wrona nie mogły czuć zapachu pączków, a tym bardziej wody. Przyleciały na ruch dłoni unoszącej się do ust. Ciekawe, pomyślałem, cholerne ptaszyska znają język ciała! – Przepraszam pana – usłyszałem za plecami – nie ma pan złoty dwadzieścia, bo mi do biletu brakuje, bardzo pana proszę.