Blog Strona 13

Polska. Naród, państwo, rząd.

0

Pewnie spodziewacie się napaści na rząd i parlament pod przewodnictwem PO? Bardzo chętnie, bardzo chętnie, tyle że ja niewiele o nich wiem, gdy idzie o nazwiska, urzędy, stanowiska i personalne postępki naszych polityków. Fakt, co do rządów Platformy Obywatelskiej, to ogólnie możemy już sobie szczerze powiedzieć, że literalnie nas okłamali w swych przedwyborczych deklaracjach. Z perspektywy czasu expose pana Tuska okazało się żenującą fanfaronadą ignoranta. Może nawet chciał dobrze, a wyszło jak zwykle.
W latach 90-tych namiętnie czytywałem „Rzeczpospolitą”. Aspirowałem w swym wiejskim umyśle i prowincjonalnej egzystencji do osoby światłej, no, z pewnością byłem nieźle, jak na tutejsze realia, oczytany. Chciałem zatem być tak choć trochę jak sam Noam Chomsky, który uznaje, że jako intelektualista zmuszony jest wyrażać swoje opinie o otaczającym go świecie, o ludziach i ich polityce. Łykałem więc te prasowe kawałki jak bułki słodkie i cieszyłem się, że jestem oblatany nie tylko w sprawach polskich, ale i światowych. Cieszyłem się, że mogę wyrażać opinie na te tematy. I tak przeleciał rok, potem drugi, trzeci i powoli zacząłem odkrywać, że ktoś mnie tutaj nabiera. Zmieniają się tylko nazwiska, a sprawy, problemy, afery, domniemania, prowokacje, cały ten polityczny interes kręci się w kółko według tych samych scenariuszy.
W efekcie doszedłem do przekonania, że nasz naród – i pewnie wszystkie narody świata, wszystkie, wszędzie i prawie zawsze – cierpią na schizofrenię, zaś politycy to schizofreniczna dobudowa narodu, jego chora, nigdy nie urzeczywistniająca się wizja. Co ciekawe, choróbsko to roztacza się politykami na wszystkich szczeblach władzy. Od parlamentu i rządu po samorząd; choć ci ostatni w im mniejszej społeczności funkcjonują, tym mniej nienormalni się zdają.
A ponieważ, jak wyżej rzekłem, nie bardzo wiem co w trawie dzisiaj piszczy, to na ilustrację wezmę kliniczny przypadek politycznej schizofrenii. Czy pamiętacie naszego pierwszego prezydenta i jego styl, sposób bycia, wypowiedzi, które wygłaszał już po utracie prezydenckiego tronu? Otóż oglądając go i słuchając, wciąż miałem przerażające przeświadczenie, że oglądam jakiegoś szalonego mesjanistę. Ten człowiek swoim zachowaniem chciał nam powiedzieć, że w jest w stanie zbawić Polskę. Był to przypadek wybitny, ale trzeba przyznać, że lata oddalenia od Pałacu Prezydenckiego przywróciły mu nieco realniejsze spojrzenie na rzeczywistość. Tego rodzaju zachowania i, jak sądzę przekonanie u tych ludzi, nie są wyjątkiem. Istnieją jednak także inne, częstsze rodzaje odrealnienia.
W pierwszym przypadku delikwentowi uderza woda sodowa do głowy. To żałosny, ale jakże popularny scenariusz skutków osiągnięcia sukcesu. Trochę to bliskie wersji mesjanistycznej, ale ten tutaj nikogo prócz siebie nie chce zbawić. Rozpisywanie się na temat tej nędzy nie ma większego sensu, wszyscy znamy ten rodzaj zachowań. Ten pacjent jednak, jak mogę przypuszczać, najłatwiej wraca do rzeczywistości, bo prawie zawsze zalicza glebę.
Drugi przypadek jest o wiele bardziej skomplikowany i śmiem sądzić, że najczęstszy. Dotyczy polityków i w równym stopniu urzędników państwowych wyższego szczebla. Otóż polityk, jak i urzędnik, z natury rzeczy nie mogą widzieć rzeczywistości, ponieważ rzeczywistość to miejsce położone za grubą, mleczną szybą systemu, która oddziela i spaja go zarazem. Nie chodzi mi o problem uwarunkowań prawnych, ale system jako całość, z jego politycznymi i urzędniczymi hierarchiami, nomenklaturą, korupcją i elementarną charakterystyką egzystencji takiego pacjenta, w którą wkomponowana jest nieodmiennie także potrzeba odniesienia sukcesu i częsty pracoholizm.
Przyszła mi teraz na myśl rozmowa, której kiedyś byłem świadkiem. Niby z innej beczki, a jednak do złudzenia podobnej. Otóż podczas jakiegoś spotkania towarzyskiego ktoś atakował lekarza na temat lichoty jego kolegów po fachu. Lekarz ów przyznał wreszcie rację rozmówcy, stwierdził, że rzeczywiście większość jego kolegów to kanalie i często partacze. Nie wyjaśniał dlaczego tak jest. Cóż, w młodości obserwowałem kilku co najmniej rówieśników, którzy studiowali medycynę i mogę sobie wyobrazić jak niewielu ludzi jest w stanie oprzeć się temu procesowi, czy też nie dać skrzywić. I tutaj nie idzie o kwestie elitarności, ale czystą praktykę życiową. Chodzi o to, że taki adept sztuki medycznej najpierw przechodzi 5 lat ciężkich, odmóżdżających studiów. Później kolejne 2 – lub więcej – lata specjalizacji, która odkorowuje go równie mocno jak wcześniejsze studia. Kto więc nie będzie cyborgiem po takim siedmioletnim wypruwaniu własnych flaków? Czy sądzicie, że ci ludzie zajmują się człowiekiem, że w ogóle pamiętają kim jest człowiek, lub kiedy oni sami byli ludźmi? Nic z tego. Oni zajmują się przypadkiem chorobowym. O człowieku prawie nic nie wiedzą. I tylko wybitne jednostki pamiętają po co szły na studia; nie mówię tutaj, co oczywiste, o osobach kierujących się merkantylizmem.
I podobnie jest z politykiem, tyle że ten proces deformacji jest znacznie szybszy, jest niemal natychmiastowy. Polityk lub urzędnik trafiający na wymarzony stołek momentalnie traci kontakt z rzeczywistością. I choćby chciał, to nie jest w stanie rozbić tej szyby dzielącej go od rzeczywistości reszty społecznego organizmu.
I teraz was zaskoczę chyba, bo powiem, że w gruncie rzeczy polityk nie jest łotrem. Polityk jest tylko chorą komórką systemu społecznego, który w tym wypadku zwiemy narodem. Może to i dobrze, że dzieli go od nas ta szyba? W istocie to nie politycy są tutaj problemem, lecz naród. Och! Nie my, tak zwani Polacy, ale naród jako struktura, jako formacja, jako dziejowo wytworzony sztuczny organizm. Naród nie jest niczym innym niż zasadą państwowości, kolejnej ślepej uliczki w dziejach ludzkości, kolejnego zmyślnego narzędzia dominacji.
My, zwani Polakami, mamy piękne tradycje związane z pojęciem narodu i państwa, więc zanim mnie skopiecie za „antypolskość” posłuchajcie jeszcze chwilę. Zauważcie bowiem jedną rzecz: nasze poczucie tożsamości narodowej bierze się w gruncie rzeczy z naszej słabości. Naród i państwo to pojęcia związane w naszym przypadku z obronnością, prawda? Dlatego karty polskości, z górą ostatnich dwustu lat, pisane są często krwawymi, lecz i wzniosłymi ofiarami. Co jednak powiemy, gdy państwo i naród stają się synonimem hegemonii i ucisku? Cesarstwo Rzymskie? Państwo Osmańskie? Rzesza Niemiecka? Hitlerowskie, narodowe przecież, Niemcy? Dzisiejszy neoimperializm amerykański? Wielkie narody i wspaniałe państwa!
Jeszcze nie tak dawno toczyłem zażarte boje ze studentką nauk politycznych, która twierdziła, że twór taki jak USA jest światu jako mocarstwo bardzo potrzebny, ponieważ utrzymuje porządek na naszej planecie. Jestem pewien, że została do tego przekonana podczas zajęć na uczelni i o ile dobrze pamiętam chodziło oczywiście o zagrożenie islamskie.
Zarówno naród, jak i państwo, to w gruncie rzeczy narzędzia ucisku.
Weźmy teraz pod lupę współczesność. Dowiedzmy się ile realnie płacimy podatków z naszych pensji i w dokonywanych zakupach i pomyślmy czy płacąc je do swojej gminy zamiast do skarbu państwu, nie mielibyśmy o wiele lepszej sytuacji od tej, którą mamy. Nawet robiąc zrzutkę na jakąś inwestycję z sąsiadami z regionu mielibyśmy się znacznie lepiej. Nawet robiąc jakąś zrzutkę na biedną gminę z innego regionu mielibyśmy się znacznie lepiej. Płacimy tymczasem… dość narzekań, wiadomo o co chodzi i zaznaczam przy tym, że nie jestem żadnym wielbicielem teorii Janusza Korwina-Mikke. Chciałem tylko powiedzieć, że państwo jest nam coraz mniej potrzebne. Ten twór rzekomo, w swej szlachetnej wersji, powołany został do obrony swych członków i regulowania relacji społecznych z nastawieniem na dobro wszystkich obywateli. To oczywista bzdura. Ani nas nigdy nasza państwowość nie uchroniła przed kataklizmem wojny (mam na myśli pojedyncze rodziny, obywateli, a nawet grupy społeczne, jak polskich oficerów, czy polskich Żydów), ani też nie wsparła nas w ekonomicznej biedzie. W tym ostatnim przypadku jest znacznie gorzej, bo państwo rozbudowuje podziały społeczne i rozszerza różnice między grupami społecznymi.
Swoją drogą słyszałem nie tak dawno, jak ktoś chwalił premiera Tuska, że nie wtrąca się do gospodarki, bo gdyby tak robił, to nasza gospodarka leżałaby już na łopatkach. Po pierwsze, nie ma takiej możliwości, by rząd siłą rzeczy nie gmerał w realiach gospodarczych, co się rozumie choćby przez sam system podatkowy. Innymi słowy coś takiego jak wolny rynek jest brednią, czego najlepszym przykładem jest interwencjonizm państwowy USA po ostatnim krachu bankowości w tym kraju. Po drugie, gospodarka funkcjonuje na zasadzie sinusoidy, raz jest lepiej, raz gorzej, dlatego, co wynika z powyższego, gdy jest gorzej zadaniem rządu powinno być wspieranie gospodarki. Jeśli zatem rząd babrze swe palce w sprawach gospodarki, to niech ją raczej wspiera.
W gruncie rzeczy, choć jeszcze tego nie widać gołym okiem, to państwo staje się tworem anachronicznym i szkodliwym. Wchodzimy w fazę, w której nie rządy, ale korporacje zaczynają swoją hegemonię. Jeszcze tego nie widzimy, bo przywiązani jesteśmy do idei państwa, ale też dlatego, że narodowość jest najgłębiej wyhodowaną w nas tożsamością.
Czy ja tutaj namawiam do separatystycznych dążeń, do uwolnienia regionów do dominacji Warszawy? Cóż, bardzo bym chciał takiej zmiany, ale w chwili obecnej nie dostrzegam żadnej alternatywy, więc w gruncie rzeczy nie o to mi chodzi.
Zależy mi za to na świadomości tego, że w gruncie rzeczy nie ma znaczenia czy zwykły człowiek żyje pod rządami Gierka czy Tuska. Wszystkie rządy mają na celu jedno: czerpanie indywidualnych korzyści i utrzymanie władzy za wszelką cenę. Tak po prostu działa system, który wypracowany został przez nasz naród i nasze państwo.
Na ostatku dodam, że dzisiaj nawet telewizji nie oglądam. Nie jestem w stanie znieść tej komedii, tego cyrku, tej żenady zwanej władzą państwową.
I biorąc powyższe przemyślenia za usprawiedliwienie polityki, wcale by to człowieka nie dotykało, tyle że wszystkie te polityczne kreatury mają wpływ na życie zwykłego człowieka, nie tylko jego myślenie. A ja jestem zwykłym człowiekiem.

Pochwała filozofii. (Panoptykon kontynuacja.)

0

A w zasadzie krótki aneks do tematu pt. dlaczego bawię się w teatr?
Otóż ukończyłem jedne z najbardziej nonszalanckich studiów – filozofię. Przyznaję, że sprawiała mi ta nauka maniakalną przyjemność. Ale zgadnijcie co na to mówią całe zastępy ludzi. Oczywiście: na cholerę ci studia, które dają wykształcenie, ale nie dają zawodu a tym samym roboty, w ogóle po co komu filozofia, to takie niepraktyczne, pięć lat nauki o niczym.
Uwielbiam takie reakcje. Odpowiadam wówczas: a bo tak jakoś przyszło mi do głowy, żeby się nauczyć mówić to, co myślę.
W istocie filozofia daje bardzo praktyczne umiejętności, które w znakomity sposób można spożytkować w codziennym życiu – przede wszystkim zawodowym – i w niecodziennych sytuacjach. Zarazem jednak stwarza pozory ekscentryczności. To piękna wieloznaczność. Z teatrem jest podobnie. Jego praktyczna strona opiera się na możliwości poznania pracy własnego ciała i mnóstwa różnych emocji targających człowiekiem.
Studiowanie filozofii otwiera twój intelekt.
Gra w teatrze otwiera twoje emocje i dyspozycję gestem.

Przypomniał mi się Czoch

0

Przeglądałem dzisiaj skromną domową biblioteczkę mojego syna. Lubi pożyczać ode mnie książki i nie zwracać ich. Nic mojego, cholera, nie znalazłem. Zapewne wszystko trzyma w tej swojej studenckiej sadybie z kaflowym piecem w centrum Wrocławia. Ale oko zawisło mi na białym grzbiecie opatrzonym napisem Rafał Czoch Ruiny. Wróciły wspomnienia sprzed kilku lat, gdy korespondowaliśmy ze sobą i Rafał wysyłam mi swoje powieści. Książki te wydawał za własne pieniądze. Na każdą z powieści, nakład 500 egz., brał pożyczkę z zakładowej kasy zapomogowo-pożyczkowej. Nigdy się nie spotkaliśmy. Ruiny zrobiły na mnie bardzo duże wrażenie. Kolejne tytuły również. Wydaje się, że potrzeba tylko rozsądnego redaktora i książki Rafała poszłyby prawie jak powieści Vonneguta.
Został mi po ich lekturze jeden z regionalizmów, jakich w powieściach używa: bohater jest po obiedzie, słowem, jest „pojedzony”. Wspaniałe. Używam tego zawsze: no, to jestem, jakby powiedział pisarz Rafał Czoch, pojedzony.
Tymczasem wyszedłem od syna z Dziećmi północy Rushdiego. Czytelnicza repeta.

Panoptykon

0

Spędziłem prawie 3 godziny na rozmowie z M. dotyczącej obiektywu kamery i aparatu fotograficznego jako determinanta ludzkich zachowań. Dla mnie, foucaultysty, problem ten nierozerwalnie wiąże się z grą władzy.
Zaczyna się od obserwacji w panoptykonie (zakładzie karnym) Benthama, a kończy na kamerach przemysłowych. Po drodze, oczywista, mamy cały melanż, fotografię, kinematografię (nie wyłączając eksperymentów i przemysłu pornograficznego), telewizję, „twórczość rodzinną”, a wreszcie cudo takie jak filmy i zdjęcia robione na telefonach komórkowych. Po drodze w dyskusji mieliśmy Gofmanna, Foucaulta, Luhmanna i kilku innych ludzi znaczących w teoriach społecznych.
Ostatecznie moja teza od kilku lat jest stale ta sama: nasze społeczeństwo dąży do normalizacji, do tego, co Luhmann nazwał państwem bezpieczeństwa socjalnego (czytając go z przerażeniem odkrywałem, że Niemcy niewiele jednak stracili z oświeceniowych koncepcji idealnego systemu, które tak pięknie przepracowali Hegel i Marks; co jest w tym narodzie, że tak dąży wszędzie do ideału?). Aż chciałoby się odnieść do wizji z Nowego wspaniałego świata Huxley’a i w jakimś aspekcie totalności do Roku 1984 Orwella, tutaj jednak zachodzi właśnie różnica między apokaliptycznymi przepowiedniami pisarzy, a wspomnianymi teoretykami.
Dla artystów władza zawsze mieści się jakimś ośrodku zewnętrznym wobec społeczeństwa (to artystycznie o wiele atrakcyjniejsze; po wtóre artysta jakoś tak ufnie wierzy w odwieczny podział na dobrych i złych). Teoretycy są innego zdania: władza już przemieściła się w społeczeństwo, w ciało jednostki. I powoli ją „dyscyplinuje”. Tak czy inaczej wszystko sprowadza się do coraz większej kontroli, coraz większej ilości regulaminów, nakazów, kodeksów, rozporządzeń (maniakalnym wykwitem jest demokratyczna władza Unii Europejskiej), które zamieniają nasze życie w jakiś funkcjonalny operat działający w ich ramach. Jednostka „ma być” odtąd dotąd, ani mniej, ani więcej. Pragmatyzm, funkcjonalizm, użyteczność. Oto są najważniejsze normy przyszłości. Poza nimi nic się nie liczy.
Chcecie przykładu? Od roku grywam w teatrze amatorskim. To działalność projektowa, gramy proste, krótkie rzeczy. Niekiedy jednak jest to czasochłonne zajęcie, więc rezygnuję z innych planów. I cóż słyszę, kiedy komuś mówię, że nie mogę się z nim spotkać, bo mam próbę? Pytanie: A po jaką cholerę ci ten teatr, co z tego masz? W odpowiedzi wymyślam różne rzeczy. Opowiadam, że to powrót do młodzieńczych marzeń o aktorstwie, albo znów, że jestem uzależniony od adrenaliny, teatr zaś jest dość bezpieczną formą jej wytwarzania i przyjmowania; jeśli mam „specjalnego pacjenta” mówię mu z przejęciem, że to kompensacja ubogiego dzieciństwa, choć nie do końca jestem tego pewien, bo może idzie o głębsze pragnienia, skoro tak lubię się przebierać w różne „kostiumy”. Nic z tego nie przekonuje mojego rozmówcy, nawet tego ostatniego słabo intryguję, to dla niego jakieś dziwactwa, absurdalne chimery i strata czasu. Dopiero, gdy nie mam siły na dalsze tłumaczenia, mówię na odczepnego, że gram dla przyjemności. To jeszcze, jak cię mogę, skutkuje. W końcu żyjemy w epoce życia dla przyjemności.
Ale to nie wszystko. Rzecz w tym, że i ja w ciągu tego roku, najmniej kilka razy, przyłapałem się na pytaniu po co to robię? I pytanie to nie było kwestią artystycznych wątpliwości. Krył się pod nim najprawdziwszy pragmatyzm: nie ma z tego pieniędzy i nigdy nie będzie, nie zrobię kariery aktorskiej. Przyjemność? To blef. Praca w teatrze nie jest wcale przyjemna, przyjemne są udane spektakle zagrane przed publiką. Przyjemni są ludzie, z którymi w teatr się bawię, ale sama praca jest na ogół męcząca i trudna.
Po co zatem to robię? Otóż mimo wieku, uczę się siebie.
A wracając do tematu obiektywu? Czy mnie to tak naprawdę interesuje?
Wychodzi na to, że bardzo.

Z dnia na dzień

0

Tak się przymierzałem do tego blogu i co? Miało być pisanie z dnia na dzień, a co z tego wychodzi? Notatki czynione raz w tygodniu lub rzadziej.
Okazuje się, że pisanie tego rodzaju niesie obwarowania różne od tych, z którymi miałem dotychczas do czynienia… a może tylko mocniejsze natężenie tych obwarowań położone jest na inne akordy? Chodzi oczywiście o kwestię upublicznienia czegoś, co nie jest prasowym artykułem, albo skrzętnie wydłubanym z głowy kawałkiem z marketingu narracyjnego. Jestem w tym momencie wolny od konwencji określonych gatunków, zniewala mnie za to co innego, inne konwencje. Nie mogę, czy raczej nie powinienem opowiadać o nikim innym prócz mnie samego. I wcale nie chodzi o strach przed tym, że ktoś może mi skoczyć do oczu za opisanie jego historii. Idzie raczej o to, by nie dołączyć do całego grona awanturników, którzy w sieci plują jadem w każdego kto się tylko nawinie. Fakt, napisałem tutaj o pani Pawlikowskiej, ale jestem przekonany, że w takich sprawach milczeć nie wolno. Uczyniłem dla niej wielki wyjątek i raczej nie zamierzam już nikogo nękać. Oczywiście złośliwe, lecz wprawnie skreślone teksty o kimś mają niewątpliwie swój smaczek i są dzisiaj ogólnie lubiane. Nie ma to jak przeczytać jakiś zjadliwy tekst na czyjś temat, natychmiast człowiekowi robi się lepiej, bo nie on oberwał, albo dlatego, że sam też nie lubi schłostanego delikwenta. Problem tylko w tym, że media zalane są przez takie personalne wycieczki i staje się to po prostu nudne. Tymczasem moje główne zadanie tutaj, o ile takowe może istnieć, to nie nudzić, to nie zamęczać. Ale ocena jak się w tym względzie sprawy mają, już nie do mnie należy.

Z dnia na dzień

0

Z dnia na dzień

Niedziela, 10.09.2012
Disco polo psychologii.
Od kilku dni chodzi za mną kultura masowa, a właściwie to uczepił się mnie jeden z największych jej wybryków, z jakimi w życiu miałem do czynienia – książka „W dżungli miłości” Beaty Pawlikowskiej, domorosłej podróżniczki i pisarki.
W zasadzie ani ze mnie wielbiciel, ani wróg kultury masowej. Niby powinienem oburzać się na jej produkcje, ale równie dobrze mogę się złościć na coca-colę czy disco polo. Nie jestem też typem, który chce chronić niewinne ofiary tego zjawiska, wielokrotnie bowiem usiłowałem komuś udowodnić, że kultura masowa to szajs. Nic z tego, większość ludzi, których znam lubi jej łatwość i trudno się dziwić, skoro życie wystarczająco daje im w kość, żeby mieli jeszcze męczyć się myśleniem. Czasami jednak kultura ta wytwarza produkty chcące pretendować do czegoś, co poza kulturę masową wykracza. I wtedy mam problem.
Nie będę owijał w bawełnę, nie zgadzam się z teoretykami, którzy twierdzą, że podział na kulturę wysoką i niską zniknął. Siedzą takie mądrale na uczelniach, odcięci od szarego człowieka i produkują masę podobnych bzdur. Często mam wrażenie, że nie różnią się w tym od polityków. Oczywiście rozumiem ich, w końcu też muszą z czegoś żyć, więc produkują „tę wiedzę”. No, ale to inna sprawa. Tym, co – moim zdaniem – poza wszystkim innym odróżnia kulturę masową od tej wysokiej jest sposób, w jaki obie podejmują określone problemy. Kultura masowa jest bliżej obyczaju, stereotypów, jest płytka i jest bezpośrednio osadzona w  emocjach. Kulturze wysokiej natomiast zdecydowanie bliżej jest do wyrafinowanych wypowiedzi, w których emocje ukryte są pod wachlarzami metafor, porównań, alegorii, wreszcie konkretnych analiz, bliżej jej do nauki, niż naiwności naszych przekonań.
Pani Pawlikowska, swoją książką rości sobie pretensje do literatury poradniczej z zakresu psychologii. Pokazuje nam problemy życiowe i uczy nas jak mamy sobie z nimi radzić. Rzeczywiście autorka pisze o poważnych sprawach, jednak wymyślone przez nią metody ich rozwiązywania wołają po prostu o pomstę do nieba. Pani Pawlikowska w większości nie pojmuje ani istoty problemu, który opisuje, ani mechanizmu jego powstawania i funkcjonowania w życiu człowieka. Co gorsza, często nie potrafi go właściwie nazwać, co świadczy o jej zupełnej ignorancji w zakresie wiedzy, w której obszary usiłuje się wpisać.
Szkoda mi czasu na pełniejszą rozprawę z tym poradniczym gniotem, ot, po prostu wynotowałem na chybił trafił kilka cytatów, które ukazują „kunszt” psychologicznej wiedzy Pawlikowskiej. Oto one.
„Twoim problemem jest to, że tak naprawdę nie wiesz, co o sobie myśleć.”
„Zbierz się na odwagę i przestań unikać samego siebie.
Chwyć za ster. Szybko nauczysz się nim posługiwać.
Musisz zaufać samemu sobie.
To jest najważniejsze. Daj sobie przynajmniej próbny kredyt zaufania na miesiąc i spróbuj nauczyć się być sobą.”
„Moim odkryciem była prosta i stuprocentowo powtarzalna zależność między czynem a jego konsekwencjami i związanymi z tym moimi uczuciami.”
„Jeśli chcesz być szczęśliwa w miłości, zacznij od posprzątania samej siebie.”
 „Uświadomiłam to sobie pewnego dnia, kiedy wracałam samochodem ze spotkania, które bardzo się przedłużyło i okazało się tak kompletnie bez sensu, że w gruncie rzeczy zniszczyło mi resztę dnia. Miałam w planie zrobienie jeszcze kilku ważnych rzeczy, a wracałam do domu stojąc w korku i myśląc z poczuciem klęski, że niczego już więcej dzisiaj po prostu zrobić nie zdołam, bo zwyczajnie nie zdążę.
Łzy płynęły mi po policzkach, bo czułam się okradziona z mojego czasu i bezsilna, że nie będę w stanie zrealizować moich planów.
Zatrzymałam się na czerwonych światłach. Nawet nie ocierałam łez, tylko mrugałam od czasu do czasu, żeby je strzepnąć z rzęs. Stałam na skrzyżowaniu i czekałam aż będę mogła jechać dalej, gdy w pewnej chwili pomyślałam:
– To dobrze, że zdarzają mi się takie koszmarne chwile, bo dzięki temu mogę teraz poszukać w sobie siły i przezwyciężyć to uczucie.
Nie otarłam łez, które wciąż płynęły mi po policzkach i zaczęłam się zastanawiać, z której strony spojrzeć na moją obecną sytuację, żeby poczuć się lepiej.
Ha! Siedzę w moim własnym samochodzie. Jadę do mojego własnego domu. Mam zmarnowany dzień, ale jutro od rana spróbuję nadrobić to, co dzisiaj straciłam.”
„Życie jest ładne, łatwe i wesołe. Czasami.”
„Piosenki są częścią naszej rzeczywistości. Budzimy się z nimi w radiu i zasypiamy z nimi, powtarzając w myślach najczęściej słyszany refren.”
„Dlatego w przekazie rozmaitych informacji dąży się do tego, żeby była szybka, wywołująca emocje, a przede wszystkim – łatwa do zrozumienia. Dorosły człowiek wychowany w świecie popkultury w lot potrafi zrozumieć wiele takich uproszczonych komunikatów zbudowanych na zasadzie symboli. Nadawca takiego symbolu może dzięki temu łatwo manipulować człowiekiem. Taki był sens powstania świata kultury masowej. Chodziło o to, żeby stworzyć bazę podstawowych symboli, które będą się ludziom w odpowiedni sposób kojarzyły, manipulując ich emocjami i umiejętnością racjonalnego myślenia.
Wystarczy pokazać na ekranie telewizora twarz pięknej kobiety, której towarzyszy zmysłowa muzyka. Człowiek widząc taki obraz dopowiada sobie w myślach znacznie więcej: spotkanie we dwoje, zapach jej włosów, smak jej ust, zaspokojenie tęsknoty i samotności, a co za tym idzie – radość, miłość, szczęście. Dlatego spomiędzy innych telewizorów o tych samych parametrach i tej samej cenie wybierze właśnie ten, na którego ekranie zobaczył twarz dziewczyny, która poruszyła jego wyobraźnię.
Jeśli w piosence towarzyszącej twarzy dziewczyny na ekranie ktoś tęsknie śpiewa o tym, że „umieram bez ciebie, oddałam ci serce i duszę, błagam, bądź ze mną”, to pośrednio może też sugerować, że człowiek, który kupi ten model telewizora, stanie się też właścicielem bez reszty oddanej mu pięknej kobiety, która spełni jego pragnienie i będzie taka, jak on będzie sobie życzył.”
„Trzeba mieć swoje życie, swoje zainteresowania i pasje, bo dzięki temu stajesz się bogatsza wewnętrznie. Trzeba przez całe życie rozwijać się, uczyć, starać się być lepszym. Tylko wtedy będziesz mogła coraz więcej z siebie dać, czyli w najpełniejszy sposób zrealizować to, w czym tkwi sens bycia razem – dzielić się z drugim człowiekiem wszystkim, co masz, dzielić się z nim życiem.”
Nawet Paulo Coelho nie pokusiłby się o wypisywanie podobnych banalnych frazesów i głupot.
Szczególnie uderza tutaj cytat o przedłużonym spotkaniu i łzach z powodu straconego czasu. Nie trzeba mieć żadnego fakultetu z psychologii, gołym okiem widać, że pani Pawlikowska cierpi na pracoholizm, co stawia ją w dziwnym świetle, gdy mowa o uzależnieniach. Swoją drogą, zrobiłem sobie Test Bostoński na to czy jestem alkoholikiem, którym pani Pawlikowska posługuje się w swym dziele. Po pierwszych 10 pytaniach musiałem się przyznać do alkoholizmu. Co więcej, ze smutkiem przekonałem się, że jakieś 97% ludzi, których znam to również alkoholicy! Wyjątek stanowi moja przyjaciółka, której powiedziałem, że z pewnością jest alkoholiczką, bo nie wierzę, że w młodości nie urwał jej się film po jakiejś imprezie, na co odparła, że jednak jej się nie urwał, bo zawsze wcześniej zwymiotowała. Sądzę więc ostatecznie, że autorami owego testu są bostońscy amisze.
Książka wprost roi się od podobnych mądrości. Sama już zerojedynkowa nieadekwatność podziału ludzi na leniwców (to ci leniwi, słowem, słabi, tchórzliwi ludzie) i wojowników (to ci pracowici i odważni dobrzy ludzie), wzbudza po prostu śmiech zażenowania. Inny dowód wybrakowanej edukacji pani Pawlikowskiej, to użycie przez nią pojęcia „negatywnych emocji”, które dobrzy terapeuci dawno wykluczyli ze swoich słowników. Nie ma negatywnych, czy złych emocji, są tylko trudne emocje. Nie mam też bladego pojęcia dlaczego książka ta została opatrzona zdjęciami z podróży autorki i niby to zabawnymi rysuneczkami. Czyżby chodziło o zwiększenie jej objętości?
Nie czytałem żadnej podróżniczej książki pani Pawlikowskiej i w związku z powyższym nigdy już żadnej nie przeczytam, pozostaje mi tylko ufność, że tamte są solidniejszymi pracami. Przeraża przy tym co innego – instytucja wydawcy tego bubla. Korporacja medialna, która wyprodukowała pozłotko gwiazdorstwa tej pani, pozostaje kolejną bezmyślną machiną, której jedynym celem jest trzepanie forsy. I gadanie o wolności wypowiedzi niczego tutaj nie wskóra, za słaby to argument na wypuszczanie takich poczwar.

Strzeż się pociągu

1

Ostatnio często podróżuję pociągami. Mają te podróże swój niezwykły urok. Dwa tygodnie temu wsiadłem we Wrocławiu w pociąg do Poznania. Trzy, cztery godziny wcześniej komentowałem na żywo zawody sportowe i tak się nakręciłem, że nie mogłem gęby zamknąć.
Wsiadłem do wagonu mocno wypełnionego pasażerami. Usiłowałem wejść do przedziału, w którym były dwa wolne miejsca. Jakaś kobieta, bełkocząc niewyraźnie, powiedziała, że miejsca są zajęte. Ja, że jak to zajęte, skoro wolne, bo widzę, że wolne. Ale cóż było dyskutować, znalazłem miejsce w kolejnym przedziale. Wyjąłem książkę i zacząłem czytać, ale zapewne od tego nakręcenia komentatorskiego nie byłem w stanie się skupić, więc po kilkudziesięciu minutach i kolejnym czytaniu tego samego akapitu, zrezygnowałem. Towarzysze podróży nie wyglądali na skorych do jakiejkolwiek dyskusji. Klasyka: kiedy marzysz o wejściu do przedziału i zupełnym zamknięciu się w świecie lektury, spotykasz gości, którzy gadają i gadają, więc w końcu sam się włączasz do dyskusji. I na odwrót: kiedy masz potrzebę rozmowy, nikt nie chce paszczy otworzyć. W końcu wydostałem się z przedziału i jak szczeniak z liceum poszedłem zapalić papierosa w toalecie (w pociągach obowiązuje ustawowy zakaz palenia: państwo dba o zdrowie obywatela, szkoda, że dba o tak niewiele innych interesów tego biedaka). Kiedy wracałem zobaczyłem kobietę, która odprawiła mnie z kwitkiem z pierwszego przedziału. Migała z jakimś facetem, a przez stukot kół pociągu przebijała się słabo artykułowana wypowiedź.
Stanąłem w korytarzu, nie chciałem jeszcze wracać do nudnych współpasażerów. Zerknąłem do przedziału obok. Z innymi siedziała groteskowo wyglądająca para przytulonych do siebie młodych ludzi. Ona solidnych gabarytów, krótko obcięte włosy. On, dla odmiany, raczej szczupły, włosy w kitkę miał upięte. Ogólnie rzecz biorąc, wprawdzie mało atrakcyjni, ale najpewniej zakochani na zabój, co zdradzały koszulki, w jakie byli odziani. Oboje ubrani byli w czerwone t-shirty z napisem „I Love Prague”.
Wróciłem do przedziału i znowu za cholerę nie mogłem czytać. Posłuchałem trochę muzyki z tego sprytnego urządzonka zwanego i-pod. Chyba to było niezniszczalne SBB. I ponownie wynurzyłem się na korytarz. Jakoś tak w okolicach Leszna. Postałem chwilę, gdy z oddalonego przedziału wyszła prawdziwa piękność. Czysta magia. Tyle że okraszona tandetnym, dyskotekowym stylem. Rozbawiona jak żółty ser krzyknęła do mnie pytanie: czy to już do Leszna wjeżdżamy? Odkrzyknąłem, że niechybnie. Coś tam zagadała do wnętrza swojego przedziału i po chwili wytoczyły się stamtąd trzy dziewczęta tej samej klasy. Niezależnie od taniego stylu robiły naprawdę spore wrażenie swoją urodą.
Wkrótce i ja wysiadłem.
Pociąg jest wybitnie socjalnym miejscem. Jeśli tylko nie podchodzimy do podróży jako nieprzyjemnej konieczności, można w nim znaleźć wiele inspiracji. Ha! oczywiście po warunkiem, że nas ktoś nie obrobi z sakwojażu, kurtki czy butów. Można też, jeśli się trafi na gaduły, wymienić się różnymi historiami, pośród jakich znajdziemy niejedną perłę.
Podczas tej akurat podróży, na latarni któregoś z dolnośląskich dworców minęła mi piękna tablica z czasów komunizmu z napisem: „Strzeż się pociągu”.

Czesiek

0

W drodze ze sklepiku do domu mijam Cześka G., miejscowego… no właśnie kogo? Żula, penera? Nic z tego, to żaden pijak. Właściwie to facet z poluzowanymi klepkami we łbie, ale pamiętam jak pracował na hucie i żył całkiem godnie, choć z jego głową i wówczas nie było normalnie. Potem stracił pracę, bo huta upadła i nie znalazł nowego zatrudnienia. Dzisiaj mijam go, gdy grzebie w kontenerze na śmieci. Z tego żyje. Czesiek lubi do siebie mówić, komentować rzeczywistość. Kiedy go mijam, używając niewybrednych, bardzo prostych i dosadnych epitetów narzeka na mieszkańców korzystających z tego kontenera: kurwa ich mać, czy nie mogą wyrzucać śmieci o jednej porze? trzy godziny temu jeszcze tego tutaj nie było. Jak widać profesja śmieciarza też ma swoje wielkie mankamenty.

Discopolo psychologii

3

Disco polo psychologii
Od kilku dni chodzi za mną kultura masowa, a właściwie to uczepił się mnie jeden z największych jej wybryków, z jakimi w życiu miałem do czynienia – książka „W dżungli miłości” Beaty Pawlikowskiej, domorosłej podróżniczki i pisarki.

Disco polo psychologii

Od kilku dni chodzi za mną kultura masowa, a właściwie to uczepił się mnie jeden z największych jej wybryków, z jakimi w życiu miałem do czynienia – książka „W dżungli miłości” Beaty Pawlikowskiej, domorosłej podróżniczki i pisarki.
W zasadzie ani ze mnie wielbiciel, ani wróg kultury masowej. Niby powinienem oburzać się na jej produkcje, ale równie dobrze mogę się złościć na coca-colę czy disco polo. Nie jestem też typem, który chce chronić niewinne ofiary tego zjawiska, wielokrotnie bowiem usiłowałem komuś udowodnić, że kultura masowa to szajs. Nic z tego, większość ludzi, których znam lubi jej łatwość i trudno się dziwić, skoro życie wystarczająco daje w kość, żeby mieli jeszcze męczyć się myśleniem.
Czasami jednak kultura ta wytwarza produkty chcące pretendować do czegoś, co poza kulturę masową wykracza. I wtedy mam problem.
Nie będę owijał w bawełnę, nie zgadzam się z teoretykami, którzy twierdzą, że podział na kulturę wysoką i niską zniknął. Siedzą takie mądrale na uczelniach, odcięci od szarego człowieka i produkują masę podobnych bzdur. Często mam wrażenie, że nie różnią się w tym od polityków. Oczywiście rozumiem ich, w końcu też muszą z czegoś żyć, więc produkują „tę wiedzę”. No, ale to inna sprawa. Tym, co – moim zdaniem – poza wszystkim innym odróżnia kulturę masową od tej wysokiej jest sposób, w jaki obie podejmują określone problemy. Kultura masowa jest bliżej obyczaju, stereotypów, jest płytka i bezpośrednio osadzona w emocjach. Kulturze wysokiej natomiast zdecydowanie bliżej jest do wyrafinowanych wypowiedzi, w których emocje ukryte są pod wachlarzami metafor, porównań, alegorii, wreszcie konkretnych analiz, bliżej jej do nauki, niż naiwności naszych przekonań.
Pani Pawlikowska, swoją książką rości sobie pretensje do literatury poradniczej z zakresu psychologii, dyscypliny określanej mianem „nauki miękkiej”. Pokazuje nam problemy życiowe i uczy nas jak mamy sobie z nimi radzić. Rzeczywiście autorka pisze o poważnych sprawach, jednak wymyślone przez nią metody ich rozwiązywania wołają po prostu o pomstę do nieba. Pani Pawlikowska w większości nie pojmuje ani istoty problemu, który opisuje, ani mechanizmu jego powstawania i funkcjonowania w życiu człowieka. Co gorsza, często nie potrafi go właściwie nazwać, co świadczy o jej zupełnej ignorancji w zakresie wiedzy, w której obszary usiłuje się wpisać.
Szkoda mi czasu na pełniejszą rozprawę z tym poradniczym gniotem, ot, po prostu wynotowałem na chybił trafił kilka cytatów, które ukazują „kunszt” psychologicznej wiedzy Pawlikowskiej. Oto one.
„Twoim problemem jest to, że tak naprawdę nie wiesz, co o sobie myśleć.”
„Zbierz się na odwagę i przestań unikać samego siebie.
Chwyć za ster. Szybko nauczysz się nim posługiwać.
Musisz zaufać samemu sobie.
To jest najważniejsze. Daj sobie przynajmniej próbny kredyt zaufania na miesiąc i spróbuj nauczyć się być sobą.”
„Moim odkryciem była prosta i stuprocentowo powtarzalna zależność między czynem a jego konsekwencjami i związanymi z tym moimi uczuciami.”
„Jeśli chcesz być szczęśliwa w miłości, zacznij od posprzątania samej siebie.”
 „Uświadomiłam to sobie pewnego dnia, kiedy wracałam samochodem ze spotkania, które bardzo się przedłużyło i okazało się tak kompletnie bez sensu, że w gruncie rzeczy zniszczyło mi resztę dnia. Miałam w planie zrobienie jeszcze kilku ważnych rzeczy, a wracałam do domu stojąc w korku i myśląc z poczuciem klęski, że niczego już więcej dzisiaj po prostu zrobić nie zdołam, bo zwyczajnie nie zdążę.
Łzy płynęły mi po policzkach, bo czułam się okradziona z mojego czasu i bezsilna, że nie będę w stanie zrealizować moich planów.
Zatrzymałam się na czerwonych światłach. Nawet nie ocierałam łez, tylko mrugałam od czasu do czasu, żeby je strzepnąć z rzęs. Stałam na skrzyżowaniu i czekałam aż będę mogła jechać dalej, gdy w pewnej chwili pomyślałam:
– To dobrze, że zdarzają mi się takie koszmarne chwile, bo dzięki temu mogę teraz poszukać w sobie siły i przezwyciężyć to uczucie.
Nie otarłam łez, które wciąż płynęły mi po policzkach i zaczęłam się zastanawiać, z której strony spojrzeć na moją obecną sytuację, żeby poczuć się lepiej.
Ha! Siedzę w moim własnym samochodzie. Jadę do mojego własnego domu. Mam zmarnowany dzień, ale jutro od rana spróbuję nadrobić to, co dzisiaj straciłam.”
„Życie jest ładne, łatwe i wesołe. Czasami.”
„Piosenki są częścią naszej rzeczywistości. Budzimy się z nimi w radiu i zasypiamy z nimi, powtarzając w myślach najczęściej słyszany refren.”
„Dlatego w przekazie rozmaitych informacji dąży się do tego, żeby była szybka, wywołująca emocje, a przede wszystkim – łatwa do zrozumienia. Dorosły człowiek wychowany w świecie popkultury w lot potrafi zrozumieć wiele takich uproszczonych komunikatów zbudowanych na zasadzie symboli. Nadawca takiego symbolu może dzięki temu łatwo manipulować człowiekiem. Taki był sens powstania świata kultury masowej. Chodziło o to, żeby stworzyć bazę podstawowych symboli, które będą się ludziom w odpowiedni sposób kojarzyły, manipulując ich emocjami i umiejętnością racjonalnego myślenia.
Wystarczy pokazać na ekranie telewizora twarz pięknej kobiety, której towarzyszy zmysłowa muzyka. Człowiek widząc taki obraz dopowiada sobie w myślach znacznie więcej: spotkanie we dwoje, zapach jej włosów, smak jej ust, zaspokojenie tęsknoty i samotności, a co za tym idzie – radość, miłość, szczęście. Dlatego spomiędzy innych telewizorów o tych samych parametrach i tej samej cenie wybierze właśnie ten, na którego ekranie zobaczył twarz dziewczyny, która poruszyła jego wyobraźnię.
Jeśli w piosence towarzyszącej twarzy dziewczyny na ekranie ktoś tęsknie śpiewa o tym, że „umieram bez ciebie, oddałam ci serce i duszę, błagam, bądź ze mną”, to pośrednio może też sugerować, że człowiek, który kupi ten model telewizora, stanie się też właścicielem bez reszty oddanej mu pięknej kobiety, która spełni jego pragnienie i będzie taka, jak on będzie sobie życzył.”
„Trzeba mieć swoje życie, swoje zainteresowania i pasje, bo dzięki temu stajesz się bogatsza wewnętrznie. Trzeba przez całe życie rozwijać się, uczyć, starać się być lepszym. Tylko wtedy będziesz mogła coraz więcej z siebie dać, czyli w najpełniejszy sposób zrealizować to, w czym tkwi sens bycia razem – dzielić się z drugim człowiekiem wszystkim, co masz, dzielić się z nim życiem.”
Nawet Paulo Coelho nie pokusiłby się o wypisywanie podobnych banalnych frazesów i głupot. W odpowiedzi na powyższe warto jednak zacytować słowa tego wielkiego komediopisarza: „Kajko Jajko”.
Szczególnie uderza tutaj cytat o przedłużonym spotkaniu i łzach z powodu straconego czasu. Nie trzeba mieć żadnego fakultetu z psychologii, gołym okiem widać, że pani Pawlikowska cierpi na pracoholizm, co stawia ją w dziwnym świetle, gdy mowa o uzależnieniach. Swoją drogą, zrobiłem sobie Test Bostoński na to czy jestem alkoholikiem, którym pani Pawlikowska posługuje się w swym dziele. Po pierwszych 10 pytaniach musiałem się przyznać do alkoholizmu. Co więcej, ze smutkiem przekonałem się, że jakieś 97% ludzi, których znam to również alkoholicy! Wyjątek stanowi moja przyjaciółka, której powiedziałem, że z pewnością jest alkoholiczką, bo nie wierzę, że w młodości nie urwał jej się film na jakiejś imprezie, na co odparła, że jednak jej się nie urwał, bo zawsze wcześniej zwymiotowała. Sądzę więc ostatecznie, że autorami owego testu są bostońscy amisze.
Książka wprost roi się od podobnych mądrości. Sama już zerojedynkowy podział ludzi na leniwców (to ci leniwi, słowem, słabi, tchórzliwi ludzie) i wojowników (to ci pracowici i odważni, dobrzy ludzie), wzbudza po prostu śmiech zażenowania. Inny dowód wybrakowanej edukacji pani Pawlikowskiej, to używanie pojęcia „negatywnych emocji”, które światli terapeuci dawno wykluczyli ze swoich słowników. Nie ma negatywnych, czy złych emocji, są tylko trudne emocje i uczucia. Nie mam też bladego pojęcia dlaczego książka ta została opatrzona zdjęciami z podróży autorki i niby to zabawnymi rysuneczkami. Czyżby chodziło o zwiększenie jej objętości?
Nie czytałem żadnej podróżniczej książki pani Pawlikowskiej i w związku z powyższym nigdy już żadnej nie przeczytam, pozostaje mi tylko ufność, że tamte są solidniejszymi pracami.
Przeraża przy tym jeszcze coś innego – instytucja wydawcy tego bubla. Korporacja medialna, która wyprodukowała pozłotko gwiazdorstwa tej pani, pozostaje kolejną bezmyślną machiną, której jedynym celem jest trzepanie forsy. I gadanie o wolności wypowiedzi niczego tutaj nie wskóra, za słaby to argument na wypuszczanie takich poczwar.

Cyfrowa koniwojażerka

0

Od czasu do czasu dopadają mnie telemarketerzy. Najczęściej dzwonią z telefonii komórkowych, albo z firm ubezpieczeniowych. A ponieważ, na ogół, jestem grzecznym człowiekiem, to nie zrzucam ich z werbalnych schodów, staram się cierpliwie znosić ich smutne tyrady, bo wiem, że to trudna, niewdzięczna robota. Bywa jednak, że trafią na dzień, w którym mój szacunek dla wszelkiego boskiego stworzenia daleki jest od chęci wyrażania, ale przede wszystkim nie mam akurat czasu na wysłuchiwanie oferty, z której i tak nie skorzystam.
Dzisiaj w słuchawce zabrzmiał głos kobiety. Doszliśmy ostatnio z K. do wniosku, że  wyrokowanie wieku z brzmienia głosu nad wyraz często okazuje się mylne. Przypomina mi się też jakiś film, w którym kobiety wielka jak Marianne Sägebrecht obsługiwała seks-telefon głosem iście anielskim. Krótko mówiąc, nie powiem, że mówiła do mnie młoda kobieta.
Tak czy inaczej głos pani telemarketerki był jednak całkiem miły. Pani pyta czy mogę poświęcić jej dwie minuty. Oczywiście nie mam na to najmniejszej ochoty.
– Oczywiście, że mogę – odpowiadam. – Ale o co chodzi?
– Chciałam panu zaoferować korzyści płynące z oferty OFE NNG – wyjaśnia. – Żyjemy w niepewnych czasach, a ta inwestycja to gwarancja bezpiecznej emerytury dla pana i renty dla pańskich dzieci. Pozwoli więc pan, że przedstawię pakiet?
– Ale naturalnie, szanowna pani, jeśli zajmie to nie więcej niż dwie minuty chętnie posłucham, ale zanim pani zacznie muszę pani powiedzieć coś w tajemnicy– mówię wtedy i moduluję głos do nienaturalnej słodkiej tajemniczości. – Muszę wyznać, że ja, proszę pani, jestem niebieskim ptakiem.
Pani natychmiast dziękuje za rozmowę i obiecuje, że odezwie się za czas jakiś.