Blog Strona 13

Lost dogs. Eksperyment Schreckendorf Delikatessen

Wrzesień 1910
Eksperyment Schreckendorf Delikatessen
Nie tylko Berlin, Paryż, czy nawet Londyn, znają smak prawdziwej nowoczesności. Oto i u nas w Hrabstwie Kłodzkim prowadzone są niezwykłe eksperymenty naukowe. I my Stronianie mamy nasz własny, wielki wkład w dokonania myśli technicznej początków wspaniałego XX wieku!

Lost dogs. Prolog

Żeby nie było, że nic się tutaj nie dzieje, pomyślałem, że wykorzystam sytuację zaistniałą w innej przestrzeni… mojego pisania.
We wrześniu i październiku pracowałem nad edycją „Twierdza Kłodzko. Kalejdoskop Hrabstwa Kłodzkiego” dla Stronia Śląskiego. W wyniku „sytuacji życiowych” nie doszło do publikacji owego chimeryka i jak widzę, to…

Franz Kafka nie zakracze

Rzec można, iż Proces pana Kafki wysiada przy tym, co o wczoraj przeżyłem podczas podróży. Nie w Pradze, lecz we Wrocławiu.
Dzień wcześniej A., zaglądając na stronę internetową rozkładu jazdy kolei żelaznych, poinformowała mnie, że z Wrocławia do Poznania – przez Kościan, w którym mam wysiąść - pociąg mam o 12.55, jakkolwiek odcinek Wrocław – Rawicz obsługiwany jest przez autobus; na tym odcinku trwa remont, nie wiem już czy torów kolejowych, czy trakcji elektrycznej, albo jeszcze czegoś innego, co z koleją związane nie jest.

Zapiśnik 2009

A oto fragment zapiśnika z grudnia 2009, odnalezionego z bebechach laptopa.
Jest zima. Wprawdzie bez śniegu, ale tym gorzej. Wychodzę do pracy, kiedy jest ciemno i wracam do domu, gdy ciemno. Ranki przy tym są subtelniejsze, zdają się trwać na granicy snu (z łóżka zrywam się o 7.05, na przystanku autobusowym melduję się średnio o 7.27, słowem, stojąc w wiacie nie jestem jeszcze rozbudzony) i niepewnej, często trochę niechcianej, rzeczywistości. Na przystanku przez kilka minut stoję z młodzieżą liceum licealną. Podróżujemy razem. To… No właśnie, nie sposób nie powrócić teraz do Gombrowicza, by stwierdzić, że wieśniacy (chłopi) nasi przestali szczekać, ich mongoidalne rysy wygładziły się do twarzy pięknych i ciał kształtnych. Dodam, iż mam wrażenie, że epoka wulgarnych dzieciaków z zawodówki dojeżdżających do kolejówki czy budowlanki, chyba jakoś już przebrzmiała. Nic mądrzejszego nie wypływa z ich ust, ale wrzaskliwy, barbarzyński język zanikł… sam zdaję się używać większej ilości wulgaryzmów, niż oni wszyscy razem wzięci.

Z codzienności

Dzisiaj, ufam, ostatnia próba przed happeningiem, w którym udaję przedwojennego Żyda. Nawet nie wiem jak się to nazywa. Wiem za to, że będziemy grać w sobotę, gdy padać będzie pierwszy w tym sezonie śnieg.
W środę próba solowej miniatury Przespałem moją stację… według Raymonda Queneau pod jakiś festiwal w Nysie.
U K. oglądałem impresje filmowe ze spektaklu grupy „Strefa ciszy”. Ładne uliczne przedstawienie przypominające Alegrię Cirque du Soleil.
Tymczasem czytam: Tybetańską księgę życia i umierania Sogjala Rimpocze, Buddę z przedmieścia Hanifa Kureishi, Dziecko na niebie Carrolla.
Dla odmiany nie oglądam filmów żadnych od 2 tygodni.
Na ławie leży prosząca o kontynuację pastelowa ilustracja do Trupów.
Przykryłem ją innym kartonem, żeby mnie nie drażniła, nie zmuszała do roboty, bo nie mam ostatnio nuty do tego dziobania.
Z pracy. Skończony skład tabel do cennika katalogu produktów jakiejś firmy; cholernie siermiężna, nudna walka przez półtorej tygodnia. Po prośbie korekta szkolnego tekstu M. Od jutra powrót do książki kucharskiej i adaptacji historycznych wydarzeń w Hrabstwie Kłodzkim. We łbie kolebie się i układa sztuka na czterech aktorów dla M., zręby już są, ba, schemat nawet cały, a raczej wątek fabularny, ale co dalej, co w detalach? Od poniedziałku muszę zacząć pisać adaptację Wigilijnej opowieści na potrzeby lokalnego rynku.
W portfelu parę dych… los pariasa.

Obiady z Ninją

Zjawił się u mnie na obiedzie mój przyjaciel Ninja. W sumie często jadamy razem obiady, które sam gotuję. Rzecz w tym, że Ninjas jest ociemniały, a właściwie to widzi jakiś centymetr przestrzeni jedną źrenicą – prawego oka. Widzenie tunelowe, tak to się nazywa. Zwińcie na chudo kartkę formatu A4 i przyłóżcie do oka, zobaczycie to, co on widzi i na czym dodatkowo ma sporą wadę wzroku, przez co nosi okulary. Innymi słowy, ślepy jest jak kura, ale te okulary mylą. W końcu jak się nosi okulary, to chyba jasne, że się jednak widzi, prawda?
A więc mnie jest o wiele łatwiej niż jemu coś ugotować. Robiłem klasyczne mielone z zapiekanymi ziemniakami i surówką z kiszonej kapusty i kiszonych ogórków.
Dużo przy tych obiadach rozmawiamy. O ludziach, sprawach, problemach naszych osobistych. Ninja jest jedną z najpogodniejszych osób, jakie znam. Jego dystans do siebie jest taki jak stąd do Alaski. Często nasze rozmowy mają żartobliwy ton. Czasem nie stronimy od dokuczania jeden drugiemu. Ogólnie dobrze się ze sobą bawimy.

Polska. Naród, państwo, rząd.

Pewnie spodziewacie się napaści na rząd i parlament pod przewodnictwem PO? Bardzo chętnie, bardzo chętnie, tyle że ja niewiele...

Pochwała filozofii. (Panoptykon kontynuacja.)

A w zasadzie krótki aneks do tematu pt. dlaczego bawię się w teatr?Otóż ukończyłem jedne z najbardziej nonszalanckich studiów...

Przypomniał mi się Czoch

Przeglądałem dzisiaj skromną domową biblioteczkę mojego syna. Lubi pożyczać ode mnie książki i nie zwracać ich. Nic mojego, cholera,...

Panoptykon

Spędziłem prawie 3 godziny na rozmowie z M. dotyczącej obiektywu kamery i aparatu fotograficznego jako determinanta ludzkich zachowań. Dla mnie, foucaultysty, problem ten nierozerwalnie wiąże się z grą władzy.
Zaczyna się od obserwacji w panoptykonie (zakładzie karnym) Benthama, a kończy na kamerach przemysłowych. Po drodze, oczywista, mamy cały melanż, fotografię, kinematografię (nie wyłączając eksperymentów i przemysłu pornograficznego), telewizję, „twórczość rodzinną”, a wreszcie cudo takie jak filmy i zdjęcia robione na telefonach komórkowych. Po drodze w dyskusji mieliśmy Gofmanna, Foucaulta, Luhmanna i kilku innych ludzi znaczących w teoriach społecznych.
Ostatecznie moja teza od kilku lat jest stale ta sama: nasze społeczeństwo dąży do normalizacji, do tego, co Luhmann nazwał państwem bezpieczeństwa socjalnego (czytając go z przerażeniem odkrywałem, że Niemcy niewiele jednak stracili z oświeceniowych koncepcji idealnego systemu, które tak pięknie przepracowali Hegel i Marks; co jest w tym narodzie, że tak dąży wszędzie do ideału?). Aż chciałoby się odnieść do wizji z Nowego wspaniałego świata Huxley’a i w jakimś aspekcie totalności do Roku 1984 Orwella, tutaj jednak zachodzi właśnie różnica między apokaliptycznymi przepowiedniami pisarzy, a wspomnianymi teoretykami.
Dla artystów władza zawsze mieści się jakimś ośrodku zewnętrznym wobec społeczeństwa (to artystycznie o wiele atrakcyjniejsze; po wtóre artysta jakoś tak ufnie wierzy w odwieczny podział na dobrych i złych). Teoretycy są innego zdania: władza już przemieściła się w społeczeństwo, w ciało jednostki. I powoli ją „dyscyplinuje”. Tak czy inaczej wszystko sprowadza się do coraz większej kontroli, coraz większej ilości regulaminów, nakazów, kodeksów, rozporządzeń (maniakalnym wykwitem jest demokratyczna władza Unii Europejskiej), które zamieniają nasze życie w jakiś funkcjonalny operat działający w ich ramach. Jednostka „ma być” odtąd dotąd, ani mniej, ani więcej. Pragmatyzm, funkcjonalizm, użyteczność. Oto są najważniejsze normy przyszłości. Poza nimi nic się nie liczy.
Chcecie przykładu? Od roku grywam w teatrze amatorskim. To działalność projektowa, gramy proste, krótkie rzeczy. Niekiedy jednak jest to czasochłonne zajęcie, więc rezygnuję z innych planów. I cóż słyszę, kiedy komuś mówię, że nie mogę się z nim spotkać, bo mam próbę? Pytanie: A po jaką cholerę ci ten teatr, co z tego masz? W odpowiedzi wymyślam różne rzeczy. Opowiadam, że to powrót do młodzieńczych marzeń o aktorstwie, albo znów, że jestem uzależniony od adrenaliny, teatr zaś jest dość bezpieczną formą jej wytwarzania i przyjmowania; jeśli mam „specjalnego pacjenta” mówię mu z przejęciem, że to kompensacja ubogiego dzieciństwa, choć nie do końca jestem tego pewien, bo może idzie o głębsze pragnienia, skoro tak lubię się przebierać w różne „kostiumy”. Nic z tego nie przekonuje mojego rozmówcy, nawet tego ostatniego słabo intryguję, to dla niego jakieś dziwactwa, absurdalne chimery i strata czasu. Dopiero, gdy nie mam siły na dalsze tłumaczenia, mówię na odczepnego, że gram dla przyjemności. To jeszcze, jak cię mogę, skutkuje. W końcu żyjemy w epoce życia dla przyjemności.
Ale to nie wszystko. Rzecz w tym, że i ja w ciągu tego roku, najmniej kilka razy, przyłapałem się na pytaniu po co to robię? I pytanie to nie było kwestią artystycznych wątpliwości. Krył się pod nim najprawdziwszy pragmatyzm: nie ma z tego pieniędzy i nigdy nie będzie, nie zrobię kariery aktorskiej. Przyjemność? To blef. Praca w teatrze nie jest wcale przyjemna, przyjemne są udane spektakle zagrane przed publiką. Przyjemni są ludzie, z którymi w teatr się bawię, ale sama praca jest na ogół męcząca i trudna.
Po co zatem to robię? Otóż mimo wieku, uczę się siebie.
A wracając do tematu obiektywu? Czy mnie to tak naprawdę interesuje?
Wychodzi na to, że bardzo.