Blog Strona 12

Lost dogs. Dziennik pokładowy R-1 – „Kopaliny”

0

Dziennik pokładowy R-1 – „Kopaliny”
Fragmenty
17.IX.1949
Wybrałem ten oficjalny tytuł, bo choć będą to notatki prywatne, to nie będę pisał o mojej rodzinie (no może czasami tylko). Będę pisał o Przedsiębiorstwie Kowarskie Kopalnie, o ich oddziale położonym w Kletnie k/Stronia Śląskiego w kłodzkim powiecie. Nie jestem zbyt sprawny w piśmie, więc jeśli ktoś przeczyta te zapiski, nie powinien mieć do mnie pretensji nijakiej. Jestem technikiem (a właściwie to uczę się uczę teraz na technika), a nie gryzipiórkiem. Podjąłem się jednak tego zadania, bo uważam, że w zakładzie dzieją się dziwne rzeczy. Czasem aż trudne do opisania, a raczej do zrozumienia, albo do przyjęcia na ludzki rozum… Po prostu trudne do wyjaśnienia rzeczy.

Dziennik pokładowy R-1 – „Kopaliny”
Fragmenty
17.IX.1949
Wybrałem ten oficjalny tytuł, bo choć będą to notatki prywatne, to nie będę pisał o mojej rodzinie (no może czasami tylko). Będę pisał o Przedsiębiorstwie Kowarskie Kopalnie, o ich oddziale położonym w Kletnie k/Stronia Śląskiego w kłodzkim powiecie. Nie jestem zbyt sprawny w piśmie, więc jeśli ktoś przeczyta te zapiski, nie powinien mieć do mnie pretensji nijakiej. Jestem technikiem (a właściwie to uczę się uczę teraz na technika), a nie gryzipiórkiem. Podjąłem się jednak tego zadania, bo uważam, że w zakładzie dzieją się dziwne rzeczy. Czasem aż trudne do opisania, a raczej do zrozumienia, albo do przyjęcia na ludzki rozum… Po prostu trudne do wyjaśnienia rzeczy.
PKK to kopalnia. Ale nie węgla, miedzi, złota lub żelazna, tylko fluorytu. Nie znam się na przeznaczeniu fluorytu, znam się na górnictwie i trochę na geologii, ale na fluorycie to w ogóle. Inżynier Iwan Stanisławowicz Zajcew powiada, że fluoryt to topnik, którego używa się w przemyśle metalowym. Dosypuje się takiego fluorytu do żelaza i zamiast roztapiać się w temperaturze 1000 stopni, to roztopi się ono przy 700 stopniach Celsjusza… Nie jestem pewien tej temperatury, ale taki jest mechanizm, takie przeznaczenie fluorytu.
W naszym oddziale PKK pracuje ok. 2000 ludzi. Ilu dokładnie to nie powiem, bo rotacja załogi nie ma końca. Rzecz w tym, że oprócz zawodowych, prawdziwych górników stale trafiają do nas wojskowi z jednostek w Kłodzku. Zdarzyło się też już niejeden raz, że mieliśmy na kopalni oddziały więźniów z kłodzkiego zakładu. To wszystko zmienia się każdego dnia tak, że czasem mam wrażenie, że nikt nad tym nie panuje. Być może nie miałbym pretensji, ale to pociąga za sobą dramatyczne skutki. Dlatego właśnie postanowiłem opisywać ważniejsze wydarzenia w tym zeszycie. Dzisiaj miało miejsce jedno z takich wydarzeń.
Nie chcę tutaj wchodzić w techniczne detali, powiem tylko, że jak w każdej kopalni tak i u nas są szyby poziome i pionowe. W kopalniach węglowych największym problemem jest metan. U nas największy problem to woda. Gaz wybucha czasami, woda stale płynie w dno kopalni skąd nie ma ujścia. Ta woda ma wpływ na to, że w kopalni panuje stale prawie stuprocentowa wilgotność. Po szybach poziomych wyrobiska ludzie poruszają się pieszo, a kamienny urobek transportowany jest na niewielkich kolebach sunących po torach. Szyby pionowe, co oczywiste, to już problem. Ludzie poruszają się w nich po drabinach. Nie jest tak, jak na kopalni węglowej, że wsiadają do klatki, czyli takiej windy i jadą w dół, ale też trudno sobie wyobrazić górnika, który zasuwa kilometr w dół po drabinach. A tutaj właśnie trzeba się poruszać po drabinach, tyle, że najgłębszy szyb na Kletnie ma tylko 100 metrów. Niby nic, a jednak to 30 pięter w dół! Obok drabin, na mechanicznym taśmociągu, poruszają się niewielkie platformy wywożące urobek na górę.
Nikt oprócz nadzoru technicznego – do którego się zaliczam – nie chodzi po drabinach. Wszyscy górnicy jeżdżą na platformach.
Z powodu wilgoci w kopalni wszystko nadzwyczaj szybko rdzewieje i gnije. Co najmniej raz na kwartał urywa się platforma z urobkiem, zdarza się, że z ludźmi. Dzisiaj, nie dalej niż pięć metrów od wyjścia z pionowego szybu urwała się klatka z trzeba żołnierzami. Na niższej platformie jechali kolejni trzej. Wszyscy polecieli w dół. Tylko jeden, jakimś cudem, przeżył.
30.XI. 1949
Moje urodziny. Obiecałem sobie, że nie będę pisał tutaj o swoim prywatnym życiu, ale wydarzyło się coś, co żąda zapisu. Moja ukochana żona kupiła mi w prezencie urodzinowym nowy zegarek, pięknego Poliota w złotym kolorze! Owszem, zegarek to żaden rarytas, ale ten jest nowy. Mało kto ma nowy zegarek, wszyscy noszą jeszcze przedwojenne. Mój nowiutki Poliot wygląda jak Atlantic. Jestem bardzo dumny. Z zegarka i mojej pięknej żony. Na początku nie chciała się przyznać, ale potem powiedziała, że przywiózł go jej pewien radziecki oficer. Moja żona pracuje w sanatorium wojskowym Armii Radzieckiej w Lądku-Zdroju. Jest intendentką na kuchni jednego z sanatoryjnych domów.
Nigdy w życiu żaden prezent nie sprawił mi tak wielkiej przyjemności!
2.I.1950
O świcie, w drodze do kopalni w Kletnie rozbiła się ciężarówka z żołnierzami. Zginęło czterech z nich. Według plotek kierowca był zupełnie pijany. Efekt sylwestrowej biesiady? Szkoda tych młodych ludzi.
23.II.1950
Od dwóch tygodni coś złego dzieje się z moim zegarkiem, z prezentem od żony na moje 26 urodziny. Najpierw się spóźniał, teraz się spieszy. Złości mnie to, więc postanowiłem, że jutro wybiorę się do zegarmistrza, do Lądku.
5.III.1950
Odebrałem zegarek. Wedle słów zegarmistrza chodzi już jak ta lala… to moje cacko ulubione…
9.III.1950
Po uzgodnieniu z żoną zaprosiłem dzisiaj inż. Zajcewa na niedzielny obiad. Trzeci raz. Trzeci raz odmówił. Pracujemy razem od ponad roku. Wiemy o sobie sporo. Nie rozumiem dlaczego znowu odmówił. To podejrzane, bo nawet gdy usiłuję poczęstować go kanapkami, odmawia. Boi się, że go otruję? To niepojęte.
3.IV.1950
Zegarek znowu mi szwankuje. Cholera mnie bierze. W złości poskarżyłem się inż. Zajcewowi, że mi żona taki lewy prezent sprawiła. Spytał w czym rzecz i poprosił o pokazanie zegarka. Oglądając zapytał jeszcze czy noszę go na okrągło. Odrzekłem, że tylko do kąpieli zdejmuję. Otworzył go swoim nożykiem i zajrzał do wnętrza koperty. Chwilę później zamknął go i oddając poradził, żebym zażądał od zegarmistrza zmianę sprężynki. I żebym już nigdy więcej nie zabierał go do kopalni, bo to sprawa brudu i wilgoci.
Jutro pojadę do zegarmistrza do Lądku.
7.IX.1950
Wczoraj wróciłem ze szpitala po miesięcznym pobycie. Miałem wypadek na kopalni.
Tego dnia miałem dyżur nocny. Ok. 1.30 w nocy zaczęła się burza. W nocy na wyrobisku pracują tylko żołnierze i więźniowie. Wydawałoby się, że robota wtedy jest spokojniejsza. Nic z tego. Bałagan jest większy, a efekty produkcyjne mniejsze. Nieważne.
Ok. 2 doszło do największego wyładowania. Piorun uderzył w wierzę transformatorową. Stanęły wszystkie pompy. Usiłowałem uruchomić agregaty. Mamy trzy, żaden nie zadziałał. Zadzwoniłem do elektryków, ale nikt nie odebrał, więc pobiegłem na ich oddział. Dyżur miał tylko jeden, Słotwiński. Był pijany w sztok. Nie miałem już czasu, musiałem zacząć działać jakoś inaczej. Na dole byli ludzie, a wiedziałem, że w każdej minucie spływa tam kilkaset litrów wody. Zadzwoniłem jeszcze na portiernię i wydałem wyraźne dyspozycje: mieli natychmiast poinformować o wszystkim Zajcewa lub Gribojewa. Oni będą wiedzieli, co zrobić. Mieli dzwonić do skutku.
Sam pobiegłem na wyrobisko. Ludzie pozbawieni prądu powoli wydostawali się z kopalni. w myślach dziękowałem Bogu, że zabezpieczaliśmy bezwzględnie każdy poziom w karbidówki. Minęło ponad dziesięć minut zanim dotarłem na najniższy poziom. Wchodzący zdawali mi relację z tego, co dzieje się na dole. Tam ciągle byli ludzie.
Nie jestem w stanie opowiedzieć co działo się później. Pamiętam jedynie wściekłe ilości wody gotującej się na dnie szybu. Potem żołnierza, którego starałem się wyciągnąć i udało nam się przeskoczyć na drugi poziom. Ale tutaj ja utknąłem, a kiedy drobny zawał wysadził bańkę powietrzną, pofrunąłem w fontannie wody na konstrukcję rur i uderzyłem głową. Kask roztrzaskał się jak łupina orzecha. Straciłem przytomność. Wyciągnął mnie żołnierz, którego wcześniej ja wyciągnąłem.
Tej nocy nikt nie zginął. Wszyscy elektrycy wylecieli na zbity pysk, a Słotwiński dostał 2 miesiące aresztu.
1.I.53
Byliśmy z moją żoną na imprezie sylwestrowej w towarzystwie inż. Zajcewa. Inżynier upił się jak bela i w przypływie pijackiej szczerości wyznał mi, że jest majorem Armii Radzieckiej. Potem powiedział jeszcze ważniejszą rzecz: mój zegarek nie zepsuł się od brudu i wilgoci w kopalni. Psuł się ze względu na to, co wydobywamy w Kletnie, a nie jest to fluoryt. To znaczy jest też, ale to tylko przykrywka. W Kletnie kopiemy uran. Uran to promieniotwórcza ruda, z której produkuje się broń atomową. Kopalnia nosi kryptonim „Kopaliny”. Mało oryginalna nazwa… Powiedział mi to wszystko żądając zachowania tajemnicy. Zachowam ją, ale za kilka miesięcy będzie mało istotna, bo kopalnia idzie do likwidacji.

Fakty
W latach 1948 – 53 w Kletnie funkcjonowała kopalnia uranu… Ale po cóż to wyjaśniać, lepiej pojechać tam samemu, do Nieczynnej Kopalni Uranu w Kletnie. Warto.
Powyższa opowieść jest luźną adaptacją wspomnień byłego pracownika Zakładów Przemysłowych R-1 w Kletnie, Mieczysława Musiała, które spisane zostały w wywiadzie przeprowadzonym z nim w latach 90-tych XX w. i opublikowanym w miejscowym dwutygodniku „Wiadomości Lokalne”.

Lost dogs. Michał z Bieli

0

Kwiecień 1705
Michał z Bieli
Z annałów kłodzkiego konwiktu jezuitów
Zwą mnie Paul Stralano. Jestem jezuitą, który w świętym przekonaniu, w żarze miłości, ale i równaniach logicznych własnych myśli, oddaje cześć Bogu Najwyższemu. Łgałbym zaś twierdząc, że z równą miłością podchodzę do tworów Jego wszelakich, szczególnie od niebezpiecznych żywiołów atmosferycznych począwszy, a zakończywszy na ludziach nieprawego umysłu i niegodziwego serca. Nie mam wszakże o to pretensji do siebie, nie jest bowiem, jak sądzę, przykazaniem Najwyższego, byśmy wszystko kochali na siłę niejako, ale to raczej, byśmy umieli na wszystko spojrzeć z takiej odległości, która daje nam całokształt zjawiska widzianego. Z tej dopiero perspektywy zdolni jesteśmy dostrzegać dobro ostatecznie we wszystkim.

Kwiecień 1705
Michał z Bieli
Z annałów kłodzkiego konwiktu jezuitów
Zwą mnie Paul Stralano. Jestem jezuitą, który w świętym przekonaniu, w żarze miłości, ale i równaniach logicznych własnych myśli, oddaje cześć Bogu Najwyższemu. Łgałbym zaś twierdząc, że z równą miłością podchodzę do tworów Jego wszelakich, szczególnie od niebezpiecznych żywiołów atmosferycznych począwszy, a zakończywszy na ludziach nieprawego umysłu i niegodziwego serca. Nie mam wszakże o to pretensji do siebie, nie jest bowiem, jak sądzę, przykazaniem Najwyższego, byśmy wszystko kochali na siłę niejako, ale to raczej, byśmy umieli na wszystko spojrzeć z takiej odległości, która daje nam całokształt zjawiska widzianego. Z tej dopiero perspektywy zdolni jesteśmy dostrzegać dobro ostatecznie we wszystkim.
Jestem pilnym uczniem założyciela naszej reguły św. Ignacego Loyoli, zarazem także mam swoich własnych uczniów, albowiem dostąpiłem godności piastowania urzędu rektora w naszym kłodzkim konwikcie dla młodych chłopców. Bracia moi w zakonie dworują sobie jednak stale, że do franciszkanów powinienem pierwej przystać niźli do nich, bo nie dziatki chować i kształcić winienem, lecz oddać się kontemplacji na dzikim pustkowiu. A także, jak twierdzą, bliżej mi zdecydowanie do odruchów serca, do kierowania się uczuciami i emocjami, niż rachunkami rozsądku, intelektu i bożej woli. Śmieję się razem z nimi, bo wiem, że to nieprawda. Nie ma w żywocie człeka żadnego ani miejsca, ani też chwili jednej, w której zdolny byłby on ominąć swe uczucia. Mamy tego świadomość czy jej nie mamy, to nawet, gdy nam się zdaje, że w rozwiązaniu pewnych problemów kierujemy się tylko racjonalną kalkulacją, pozostajemy w błędzie. Za każdym razem, ostatecznie, to nasze emocje dokonują wyboru.
Takie oto preludium uczyniwszy, przejdę teraz do przedmiotu opowieści, którą w niniejszych annałach pozostawić zamierzam, jako pierwszą po objęciu pozycji rektora.
Łońskiego roku, korzystając z wielkanocnej przerwy w pracy dydaktycznej konwiktu, udałem się na kolejną z moich eskapad. Podczas wypraw tych przemierzam najodleglejsze, górskie zakątki Hrabstwa Kłodzkiego, tyleż Słowo Boże i pociechę niosąc ich mieszkańcom, co samemu swe serce radując krasą przyrody natchnionej Duchem Świętym. Tak tedy trafiłem wonczas w pasmo gór leżące na wschód od Schneeberga, zwanego przez pospólstwo hrabstwa po prostu Śnieżnikiem. Wiedziałem o istnieniu w głębi jednej z dolin, za Stroniem Śląskim i kolejnymi Gierałtowami, wsi jeszcze jednej, niewielkiej, w miejscu zaś tak malowniczym położonej, że handlarze, którzy tam docierali urody jej wysłowić nie potrafili znanymi im słowami. Wieś ta nosi nazwę Bielice, na miejscu zaś przekonałem się, że dalej jeszcze za nią kilka prętów leży wieś następna, przysiółek czy też kolonia ostatnia, czyli Nowe Bielice.
Z racji pełnionego przeze mnie urzędu, winienem podróże odbywać powozami; nie dość, że to wygodne, to ze wszech miar wskazane. Jakże miałbym jednak z powozu świat piękny oglądać, a przecie o to w moich wojażach chodziło? Wybieg więc zawsze czyniłem taki, że w powóz najęty pod konwiktem wsiadałem, który wiózł mnie za Targ Koński na podgrodziu Kłodzka, do  najbliższej stajni, gdzie konia brałem spokojnego temperamentu, a saki nań zarzuciwszy ruszałem już w dalszą drogę pierś sycąc obrazami pięknych gór i dolin.
Minęły cztery godziny, gdy w południe osiągnąłem kuźnicę w Stroniu Śląskim, a po pokonaniu kolejnej mili odnalazłem we wsi karczmę, przaśną z wyglądu, lecz przez tuziemców obleganą, co znaczyło, że dobrą tam strawę dawać muszą. Pozory nie zawsze mylą, słowem, brzuch napełniwszy do syta kaszą ze skwarkami i kubkiem cienkiego cydru, nie zwlekając ruszyłem w dalszą drogę. Po kolejnych dwóch godzinach dotarłem wreszcie do Bielic i bez większego problemu znalazłem izbę u miejscowego gajowego o szlachetnym nazwisku Korytkowski, Adam Korytkowski. Tego dnia nie zapuszczałem się już dalej, niż na skraj tutejszej puszczy a i to bez konia drogę przemierzywszy, a jedynie powolnym krokiem. Po drodze minąłem wspomniane kilka zagród, które miejscowi, jako rzekłem, zwą Nowymi Bielicami. Powróciwszy o zmroku, uraczony zostałem wieczerzą przez gospodarza, a potem już w izbie ledwo na łoże padłszy, natychmiast zasnąłem.
Nazajutrz otwarłem oczy w przekonaniu, że brzask ledwie w okna mojej izby zajrzał. Poleżałem jeszcze chwilę, a potem ubrawszy się zszedłem do kuchni leśniczówki. Wnet się okazało, że minęła właśnie dziewiąta i jestem już mocno względem mych planów spóźniony. Mało to jednak było istotne wobec zaskakującej nowiny: miałem gościa.
Gość ów miał jakieś 12 lat, nie był rosły, ale też nie był mikry. Przedstawił się dość oficjalnie, jako Klahr.
– Czego sobie zatem życzysz, panie Klahrze? – Zapytałem gryząc pierwszy kęs chleba ze smalcem.
Chłopiec patrzył na mnie dziwnie i słowa nie umiał z siebie wydukać.
– Ojcze rektorze – włączył się na to do rozmowy gajowy. – To dobry, ale dziwny chłopak. Przyszedł tutaj, bo was wczoraj na Nowej Bieli widział, tam, w górnej wsi. Powiedział mi, że obejrzał was sobie dokładnie, a potem całą noc nie mógł spać, bo myślał.
Zrobiłem oczy tak wielkie, że gajowy Korytkowski zaczął szybciej mówić.
– Nie obawiajcie się, to dobry chłopak jest, a choć dziwny, to na wsi lubiany – gajowy nie potrafił przejść do sedna.
– Panie Adamie, mówcie jaśniej – zażądałem niecierpliwie.
– On chce, byście mu pozowali – rzekł wreszcie.
Spojrzałem niepewnie na obydwu.
– Do czego?
Wówczas odezwał się mikrus.
– Nasamprzód do rysunku, potem do rzeźby.
Dłuższą chwilę układałem sobie w głowie to, com od szczeniaka usłyszał. W końcu na moich ustach pojawił się ironiczny uśmiech, lecz nim zdołałem słowo rzucić, znowu odezwał się gajowy.
– Czcigodny rektorze – powiedział wiercąc sobie palcem dziurę w uchu – Michał już pół wsi narysował, a potem wyrzeźbił. Do szopki bożonarodzeniowej.
– Będziecie jednym z Trzech Królów – przerwał mu chłopak. – Bądźcie u mnie jak najprędzej, trzecia zagroda w Nowych Bielicach, po prawej stronie.
Rzekł to i wyszedł bez pożegnania z izby kuchennej.
Spojrzałem z rozdziawioną gębą na gospodarza. W dłoni trzymałem kęs chleba, który nie dotarł jeszcze do ust.
– Wcześniejszej zimy mieszkał tutaj pewien człek – powiedział wtedy gajowy. – Nie pomnę jak się zwał, twierdził, że uciekł z Pragi, by odpocząć. To był rzeźbiarz. Mieszkał u Klahrów. Michał całą tę zimę przy nim był spędził. I cos jakby ten tego, dziwny się zrobił.
Jakieś dwie godziny później dotarłem do zagrody Klahrów. Po obejrzeniu figurek przez chłopaka wyrzeźbionych w drewnie, spędziłem tam trzy dni i dwie noce. Potem wróciłem w lecie i zdołałem namówić rodziców Michała, by oddali chłopca do konwiktu mojego, choć chłopiec nie chciał nigdzie wyjeżdżać.
W moim gabinecie stoi na oknie drewniany król Melchior. Słono za niego zapłaciłem Klahrom.
Niezbadane są koncepty Boga Najwyższego na życiową przygodę każdego z nas. Jedni przez życie idą jak nóż przez masło, inni płoną w cierpieniu, inni jeszcze miotają się w szaleństwie. Są też tacy, jak nasz Michał Klahr, ci są błogosławieństwem: pośród morza znanych nam opowieści, pozostają boską tajemnicą. Wierzymy, że zawsze będą nas zaskakiwać.

Fakty
Powyższa opowieść oparta jest na nieudokumentowanej legendzie. Michał Klahr rzeczywiście przyszedł na świat w Nowych Bielicach w 1693 r., kształcił się w Kłodzku, w tamtejszym konwikcie, czyli szkole z internatem dla chłopców. Rektorem ówczesnym konwiktu był ojciec Paul Stralano. Nie ma też wątpliwości co do tego, że Bielice to jedna z najpiękniejszych wsi Hrabstwa Kłodzkiego.

Lost dogs. Ceremonia otwarcia kaplicy św. Onufrego

2

Czerwiec 2045
Ceremonia otwarcia kaplicy św. Onufrego
Już w 2010 roku, ówczesny burmistrza naszego miasta Zbigniew Łopusiewicz wspominał podczas wywiadów prasowych, że jego obecnym marzeniem jest wyremontowanie położonej przy boisku KS „Kryształ Stronie Śląskie” kaplicy św. Onufrego i zaadoptowanie jej na salę koncertową. Dzisiaj, po 35 latach od tamtej wypowiedzi, pragnienie Burmistrza Stulecia spełniło się: w minioną sobotę miała miejsce ceremonia otwarcia Sali Koncertowej „Kaplica św. Onufrego”.

Czerwiec 2045
Ceremonia otwarcia kaplicy św. Onufrego
Już w 2010 roku, ówczesny burmistrza naszego miasta Zbigniew Łopusiewicz wspominał podczas wywiadów prasowych, że jego obecnym marzeniem jest wyremontowanie położonej przy boisku KS „Kryształ Stronie Śląskie” kaplicy św. Onufrego i zaadoptowanie jej na salę koncertową. Dzisiaj, po 35 latach od tamtej wypowiedzi, pragnienie Burmistrza Stulecia spełniło się: w minioną sobotę miała miejsce ceremonia otwarcia Sali Koncertowej „Kaplica św. Onufrego”.
Przypomnijmy, że ten pochodzący z lat 1734-35 obiekt, po drobiazgowych zabiegach przeniesiony został w całości spod stadionu „Kryształu” do centrum Stronia Śląskiego i ustawiony w pobliżu miejskiego ratusza. Realizację niezwykle trudnego przedsięwzięcia przeprowadziła uznana lądecka firma „Wasama”, która wsławiła się w 2040 r. przeniesieniem krakowskiego Wawelu razem ze wzgórzem i smokiem do Warszawy.
Ceremonii otwarcia „Onufrego” dokonał sam Burmistrz Stulecia Zbigniew Łopusiewicz, który między innymi powiedział:
– Ktoś ostatnio zadał mi pytanie: dlaczego tak długo trwał remont kaplicy św. Onufrego? Odrzekłem, że wprawdzie nie jestem już burmistrzem od kilku lat, ale właściwie mogę odpowiedzieć, bo zawsze było to moje oczko w głowie. Dlaczego zatem remont i adaptacja kaplicy trwały tak długo? Po prostu były pilniejsze zadania. Trzeba było ratusz postawić i rynek, obwodnicę do Siennej wybudować, wieżę na Śnieżniku i kryte lodowisko, a wreszcie sieć naziemnej kolei linowej. Były to inwestycje z wielu względów bardziej nie cierpiące zwłoki. Ale co się odwlecze, to nie uciecze – mamy i naszą zabytkową, a jakby spod igły wyjętą, kaplicę św. Onufrego. Patrząc teraz na nią odczuwam dumę i satysfakcję.
Zbigniew Łopusiewicz, jak pamiętamy, jeden z kilkuset Stronian, którzy już w 2025 r. poddali się programowi Forever Young, przemawiał z dużą swadą i rubasznym poczuciem humoru, co jego i tak docenianej osobie przysporzyło dodatkowych braw.
– Pytają mnie teraz niektórzy, co w Stroniu Śląskim zrobimy następnego. Odpowiadam, że wprawdzie nie jestem już burmistrzem od kilku ładnych lat, ale właściwie mogę opowiedzieć, bo jest to oczko w głowie mojego wielkiego przyjaciela, obecnego burmistrza Stronia Śląskiego. Otóż jeszcze w tym roku występujemy do MKOL-u z ofertą organizacji Zimowych Igrzysk Olimpijskich Stronie Śląskie 2050. Czas najwyższy na ten krok, bo dzisiaj jesteśmy popularniejsi niż Cortina d’Ampezzo czy jakieś tam Lake Placid.
Zbigniew Łopusiewicz, z uwagi na długość piastowania urzędu burmistrza, zwany przez mieszkańców gminy papieżem wszystkich stroniaków, po tych słowach dokonał przecięcia wstęgi i wprowadził wszystkich obecnych do „Onufrego”. Trzeba przyznać, że obiekt ten zrekonstruowany został z niezwykłym pietyzmem, a wkomponowane w jego przestrzeń prace największego naszego artysty plastyka, Jacka Rybczyńskiego, czynią wnętrze wysmakowane pod każdym względem.
Po krótkim toaście wzniesionym we wnętrzu dawnej świątyni odbył się koncert najsłynniejszego polskiego trębacza jazzowego Wojtka Lizureja, który zagrał z kwartetem „Libera, Ofierski, Kolenkiewicz, Kossowski Ukulele Man”. W otwarciu „Onufrego” wzięło udział 150 zaproszonych gości. Ci niezaproszeni, a chętni do udziału w ceremonii nie przejęli się jednak i otwarcie obiektu fetowali pod jego murami. Głównym punktem wspólnej zabawy był powrót do prastarej tradycji, jaka z kaplicą św. Onufrego była związana, kiedy to miejscowe dziewice biegały wokół niej życząc sobie dobrego zamęścia. Z uwagi na epokowe zmiany obyczajowe stronianie dokonali adaptacji tradycji i od tej chwili to prawiczki będą biegać wokół kaplicy.

FAKTY
W tym roku mija 18 lat piastowania przez Zbigniewa Łopusiewicza urzędu burmistrza Stronia Śląskiego, a z końcem obecnej kadencji władz będzie to lat 20. Wprawdzie autor powyższego tekstu nie jest Wernyhorą, ale śmie przypuszczać, że od 1945, czyli od osiedlenia się na tych terenach Polaków, przez następne 100 lat nie pojawi się osoba, która nie tylko tak długo będzie burmistrzem, ale przede wszystkim dokona tak wiele na rzecz rozwoju miasta i gminy.
Kaplica św. Onufrego stale czeka na remont. Jest zdecydowanie bardziej prawdopodobne, że zostanie on zrealizowany w najbliższych latach niż w 2045 r.; do tego roku drzewa porastające jej dach osiągną wielkość baobabów.

Lost dogs. Zgubne skutki amerykanizacji słowiańskiej kultury

0

Czerwiec 1982
Zgubne skutki amerykanizacji słowiańskiej kultury
W grudniu minionego roku Wojskowa Rada Ocalenia Narodowego z tow. gen. Wojciechem Jaruzelskim na czele wprowadziła w naszym kraju stan wojenny, by chronić socjalistyczne zdobycze naszego narodu przed rosnącym wpływem kapitalistycznych ekstremistów. Generał Jaruzelski wraz z członkami WRON uchronił przed upadkiem zdobycze państwowe, okazuje się jednak, że mózgi części obywateli nieodwracalnie już zostały zatrute jadem imperialistycznej kultury.

Czerwiec 1982
Zgubne skutki amerykanizacji słowiańskiej kultury
W grudniu minionego roku Wojskowa Rada Ocalenia Narodowego z tow. gen. Wojciechem Jaruzelskim na czele wprowadziła w naszym kraju stan wojenny, by chronić socjalistyczne zdobycze naszego narodu przed rosnącym wpływem kapitalistycznych ekstremistów. Generał Jaruzelski wraz z członkami WRON uchronił przed upadkiem zdobycze państwowe, okazuje się jednak, że mózgi części obywateli nieodwracalnie już zostały zatrute jadem imperialistycznej kultury.
W maju br. na ekrany krajowych kin wszedł amerykański film „Wejście Smoka”. Obraz ten to prawdziwa apoteoza zachodniej kultury gwałtu i przemocy. Film o fabule prostej jak konstrukcja cepa nobilituje li tylko właśnie młócenie się po gębach nogami i pięściami (gdzież mu tam do naszych produkcji kina, jak te reżyserowane przez Andrzeja Wajdę czy Wojciecha Jerzego Hasa!). Jedyną wartością, którą film ów wynosi na piedestał jest efektowność. Ale jeśli przemoc jest efektowna, jeśli efektowne są razy i kopniaki, harakiri kawałkiem szkła i kąpiel w kwasie siarkowym, to wkrótce już efektowne będą obrazy krwi sikającej z obciętych członków, termojądrowych detonacji, a nawet obrazy całujących się homoseksualistów! Jeśli zaś dzisiaj pojawiają się takie wpływy zgniłego zachodu na naszych obywateli, to co będzie jutro? A jaki to wpływ? Otóż jak donoszą nasi terenowi korespondenci, w kraju doszło do rozlicznych aktów przemocy spowodowanych obejrzeniem „Wejścia Smoka”. Najkrwawsze zajścia miały miejsce w miejscowości Stronie Śl. w Powiecie Bystrzyca Kłodzka.
Według relacji naszego tamtejszego korespondenta, Mariusza Krajewskiego, tuż po obejrzeniu ww. filmu, w Stroniu Śl. miały miejsce prawdziwie dantejskie sceny. Premiera „Wejścia Smoka” odbyła się w tzw. „Okrąglaku”, jedynym kinie miejscowości słynącej z produkcji wspaniałych wyrobów kryształowych znanych na całym świecie – kino to mieści się właśnie w Zakładowym Domu Kultury „Brylant” Huty Szkła Kryształowego „Violetta”. Podobnie, jak w przypadku projekcji filmu w innych kinach, tak i tutaj na film przybyły dzikie tłumy, które z chwilą otwarcia drzwi przez bileterów niemalże siłą wdarły się do sali projekcyjnej. Skutkiem tego zmasowanego szturmu, po wypełnieniu sali przez widzów, obsługa ZDK zebrała spod drzwi 7 rękawów koszul męskich, 2 rękawy kurtek typu szwetka, 1 nogawkę spodni  młodzieżowych marki „Szarik”, 3 oprawki okularów i ułomków szkła, 8 podeszw butów młodzieżowych, 4 lewe i 3 prawe „pepegi” oraz – co jest bez wątpienia tajemnicze – slipy męskie w kolorze brunatnym. Zajęte zostały wszystkie miejsca siedzące, widzowie podpierali także ściany sali.
Projekcja filmu wywarła na widzach wielkie wrażenie, kino aż huczało od komentarzy i wręcz zwierzęcych dźwięków wywołanego u publiki podniecenia. Podczas pokazu wyniesiono troje widzów omdlałych na skutek dramatycznych scen, jakie pojawiły się w filmie oraz duchoty panującej w sali. Na tym jednak nie skończyły się urazy odniesione przez ofiary imperialistycznej kinematografii. Seans zakończył się długą chwilą milczenia, był to jednak tylko spokój przed burzą. Tuż po filmie, już na zewnątrz domu kultury spora grupa widzów poczuła w sobie moc głównego bohatera filmu, skośnookiego Bruce’a Lee i zaczęła wymachiwać nogami przed nosami innych widzów. Zrazu ta niewinna zabawa przeistoczyła się w prawdziwe lanie po pyskach, bo oto ludzie w ubraniach z pourywanymi rękami i ci bez butów postanowili wziąć odwet za straty w garderobie poniesione przed wejściem na film.
Ostatecznie w zajściu interweniowali miejscowi funkcjonariusze Milicji Obywatelskiej i członkowie ORMO. Nie doszło do zatrzymań, jednak ze źródeł milicyjnych wiemy, że do Kolegium ds. wykroczeń w Bystrzycy Kłodzkiej skierowanych zostało 17 doniesień o uszkodzeniu ciała w różnym stopniu, od kilku siniaków na żebrach i pośladkach po 2 złamane nosy.
Takie, jak widać, są skutki obcowania ze zgniłą zachodnią kulturą. Naszym zdaniem winne wszystkiemu są organy dopuszczające do emisji podobnych filmów w kraju. I tutaj już towarzysze z PZPR powinni poważnie zastanowić się nad działalnością tych stowarzyszeń. Inne pytanie również oczekuje odpowiedzi: czy dalej będziemy zezwalać na wszystkie patologie płynące z imperialistycznych krajów? Bo przecież nie tylko kinematografii dotyczy problem tego kalkowania kultury.
Fakty
W istocie po projekcji „Wejścia Smoka” w kinie ZDK „Brylant” w Stroniu Śląskim nie doszło do opisanej powyżej sytuacji, przynajmniej jeśli idzie o jej dramaturgię, jednak ze wspomnień obecnych na premierze i kolejnych projekcjach filmu, widzowie po wyjściu z kina rzeczywiście machali nogami w lewo i prawo chcąc sprawdzić czy nie mogą zostać następcą Bruce’a Lee. Słowo „pepegi” oznacza obuwie młodzieżowe, czyli tenisówki i trampki, które produkowane były w zakładach Państwowego Przedsiębiorstwa Gumowego (PPG).

Lost dogs. Eksperyment Schreckendorf Delikatessen

1

Wrzesień 1910
Eksperyment Schreckendorf Delikatessen
Nie tylko Berlin, Paryż, czy nawet Londyn, znają smak prawdziwej nowoczesności. Oto i u nas w Hrabstwie Kłodzkim prowadzone są niezwykłe eksperymenty naukowe. I my Stronianie mamy nasz własny, wielki wkład w dokonania myśli technicznej początków wspaniałego XX wieku!

Wrzesień 1910
Eksperyment Schreckendorf Delikatessen
Nie tylko Berlin, Paryż, czy nawet Londyn, znają smak prawdziwej nowoczesności. Oto i u nas w Hrabstwie Kłodzkim prowadzone są niezwykłe eksperymenty naukowe. I my Stronianie mamy nasz własny, wielki wkład w dokonania myśli technicznej początków wspaniałego XX wieku!
I my Stronianie podążamy za geniuszem Thomasa Edisona, Nikoli Tesli, a przede wszystkim wielkiego Rogera-Marina Courtiala des Pereires, którego idee dotarły do nas za sprawą jego pisma Génitron, wynalazek, inwencja, płodność, światło. Ten to właśnie wspaniały wynalazca i autor słynnego podręcznika cyklistyki Wyekwipowanie roweru, jego dodatki oraz oniklowanie, stosowne do danego klimatu całej kuli ziemskiej, za globalną sumę siedemnastu franków dziewięćdziesiąt pięć, stał się natchnieniem dla naszego znanego już w hrabstwie myśliciela, jego wysokości księcia Friedricha Heinricha von Hohenzollerna.
Nieraz już pisaliśmy o eksperymentach księcia Fryderyka Henryka, który od wielu lat mieszka w Stroniu Śląskim, w niewielkim dworze wybudowanym przez jego babkę, jej wysokość,  pokój niech będzie jej czcigodnej duszy, królewnę Mariannę Orańską.
Ten już z wyglądu niezwykły człowiek – w końcu mierzy sobie ponad dwa metry wzrostu, co bardzo go pośród niskopiennych mieszkańców hrabstwa wyróżnia – zajmuje się badaniami w kilku dziedzinach współczesnej nauki. To właśnie „Génitron” jako pierwszy publikował jego uznane już rozprawy medyczne: Zgubny dla zdrowia pomysł stosowania azbestu jako plomb dentystycznych (Génitron, 1895), i Pierwsze w Rzeszy Niemieckiej neurologiczne badania mózgu poprzez otwarcie czaszek dwóm kurom rasy czubatka polska brodata (Génitron, 1897), a także z zakresu architektury Wpływy staroegipskie na chińską sztukę feng shui i geometrię fal tellurycznych przestrzeni zamkniętych (Génitron, 1901). Po tych niesłychanych, naukowych sukcesach w obu dziedzinach wiedzy, książę Fryderyk Henryk odważnie skierował swoje kroki w stronę nowej dyscypliny – badań elektro-agrarnych. Zrelacjonujmy zatem eksperyment zwany przez księcia roboczo Schreckendorf Delikatessen, czyli niezwykły wpływ prądów tellurycznych na wzrost i urodzajność ziemniaków.
Oto więc wiosną bieżącego roku Fryderyk Henryk – po stosownych przygotowaniach teoretycznych i uzgodnieniach natury prawnej – rozpoczął finansowanie pierwszej fazy eksperymentu. Trzech chłopów ze wsi Gompersdorf, Seitenberg i Alt Mohrau dokonało podziemnego rozciągnięcia miedzianego drutu na polach, które zaraz po założeniu instalacji obsadzone zostały ziemniakami. Każdy z parobków rozciągnął drut długości ok. 600 prętów pruskich wpuszczając go we wszystkie z grządek na głębokości ok. jednego łokcia kłodzkiego. W następnej kolejności przy każdym polu postawiona została szopa techniczna, w której ustawiono rower z prądnicą prądu przemiennego, który poprzez drut miedziany wzmagać miał planowany przyrost ziemniaków. Do pedałowania wynajęto trzyosobowe załogi bezrobotnych chłopów po trzech ludzi do każdego dynama.
Po tak przygotowanym eksperymencie zaczęła się jego faza obserwacyjna. W jej ramach książę od pierwszych dni kwietnia codziennie odwiedzał badane uprawy, gdzie notował kolejne stadia rozwoju sadzonek. Kontrolował też dokładnie czy mężczyźni wynajęci do pedałowania rzeczywiście rzetelnie wypełniają swoje obowiązki.
Przez kolejne miesiące obserwacji okazało się, że mimo kapryśnej pogody krzaki ziemniaków rosną jak należy. Wprawdzie w porównaniu z krzakami na innych polach wydawały się nieco rachityczne, karłowate i rzadkie, jednak w mniemaniu jego wysokości był to wynik naturalnej w takiej sytuacji kumulacji sił witalnych rośliny w jej części podziemnej. Wreszcie 10 września 1910 r. książę Fryderyk Henryk Hohenzollern uznał, że część obserwacyjna dobiegła końca, dał wypowiedzenie chłopom z szop, a właścicieli pół eksperymentalnych wezwał do wielkich zbiorów ziemniaczanych.
Wnet okazało się, iż w ziemi zamiast dorodnych bulw ziemniaków gatunku irga, spoczywały ziemniaczane purchawy, szare, pomarszczone i puste w środku. Co więcej, z każdego pola eksperymentalnego zebrano nie więcej niż trzy wiadra owych purchaw. We wnioskach ostatecznych z przeprowadzonego eksperymentu książę Fryderyk Henryk przyznał, iż eksperyment jest wielce obiecujący, albowiem widać wyraźny wpływ prądów radiotellurycznych na rozwój bulw ziemniaka, należy jednak wykonać wiele dodatkowych prób ze zmiennymi parametrami, jak natężenie prądu, ilość dawek itp.
Z nieoficjalnych źródeł wiadomo natomiast, iż książę w wyniku strat finansowych zainteresował się nową, jego zdaniem gwarantowaną inwestycją: postanowił zebrać na powrót chłopów, którzy przez kilka miesięcy pedałowali w szopach, utworzyć z nich team i wysłać na wyścig cyklistów Tour de France 1911. O ewentualnym starcie naszych sportowców poinformujemy Czytelników w kolejnych wydaniach naszego pisma.

FAKTY
Powyższy tekst w swojej warstwie fabularnej jest w całości fikcją literacką, niewielu jednak mieszkańców Stronia Śląskiego wie, że w ich miejscowości żył i zmarł książę Fryderyk Henryk von Hohenzollern, wnuk Marianny Orańskiej, który – podobnie jak jego czcigodna babka – był szanowanym i wielbionym za swą dobroczynność i trafne decyzje inwestycyjne właścicielem ziem „klucza strońskiego”. Mierzący ponad 2 metry wzrostu książę umarł w 1940 r. w Stroniu Śląskim, nie pozostawiwszy żadnego potomstwa.
Postać Rogera-Marina Courtiala des Pereires zapożyczona została z powieści „Śmierć na kredyt” Louisa Ferdinanda Céline’a. Wyścig Tour de France rozgrywany jest od 1903 r.

Lost dogs. Prolog

0

Żeby nie było, że nic się tutaj nie dzieje, pomyślałem, że wykorzystam sytuację zaistniałą w innej przestrzeni… mojego pisania.
We wrześniu i październiku pracowałem nad edycją „Twierdza Kłodzko. Kalejdoskop Hrabstwa Kłodzkiego” dla Stronia Śląskiego. W wyniku „sytuacji życiowych” nie doszło do publikacji owego chimeryka i jak widzę, to…

Lost dogs. Prolog
Żeby nie było, że nic się tutaj nie dzieje, pomyślałem, że wykorzystam sytuację zaistniałą w innej przestrzeni… mojego pisania.
We wrześniu i październiku pracowałem nad edycją „Twierdza Kłodzko. Kalejdoskop Hrabstwa Kłodzkiego” dla Stronia Śląskiego. W wyniku „sytuacji życiowych” nie doszło do publikacji owego chimeryka i jak widzę, to… może kiedyś tam zostanie wydany. Tymczasem uważam, że z kilku co najmniej względów warto go opublikować wcześniej niż kiedyś tam. Nawet jeśli jest to prezentacja internetowa. Względów tych teraz nie wyłuszczę, niemniej winien jestem kilku słów wyjaśnień tyczących całego konceptu.
Pomysł wydawnictwa „Twierdza Kłodzko. Kalejdoskop Hrabstwa Kłodzkiego” narodził się wiosną mijającego roku w głowie Grześka Achrema, który natychmiast namówił mnie do współpracy w tym przedsięwzięciu. Po miesiącu, w kazamatach murowanej Twierdzy Kłodzko, pojawiła się stylizowana czarno-biała gazeta zawierająca teksty będące trawestacjami historycznych wydarzeń, które miały miejsce na Ziemi Kłodzkiej na przestrzeni ostatnich ośmiuset lat. Jest to absolutnie fascynująca historia.
Tak, z tego co się mówi – i tyczy to również Wysp Bergamuta – każdy zakątek świata ma swoją fascynującą historię. Czy jednak mieszkańcy każdego zakątka świata z tak wielką dumą plotą o nim podobne androny?

Franz Kafka nie zakracze

1

Rzec można, iż Proces pana Kafki wysiada przy tym, co o wczoraj przeżyłem podczas podróży. Nie w Pradze, lecz we Wrocławiu.
Dzień wcześniej A., zaglądając na stronę internetową rozkładu jazdy kolei żelaznych, poinformowała mnie, że z Wrocławia do Poznania – przez Kościan, w którym mam wysiąść – pociąg mam o 12.55, jakkolwiek odcinek Wrocław – Rawicz obsługiwany jest przez autobus; na tym odcinku trwa remont, nie wiem już czy torów kolejowych, czy trakcji elektrycznej, albo jeszcze czegoś innego, co z koleją związane nie jest.

Na dworzec Wrocław Główny dotarłem z okładem, żeby kupić bilet. W wyremontowanej hali jednego z najpiękniejszych europejskich dworców kolejowych panował tłok, ogonki przed kasami stały na całej szerokości hali, a nawet zawijały się w drugą stronę. Nie jest to codzienność polskiej kolei, po prostu dzisiaj mamy Święto Zmarłych, więc szczególnie uczniowie i studenci wydostawali się z miasta do swoich rodzinnych miejscowości.
Swe pierwsze kroki kieruję do jednej z gablot, w których wywieszone są rozkłady odjazdów pociągów i tak oto wkraczam w świat Alicji z krainy czarów. I nie ma w tym cienia przesady!
W zamierzchłych, ukrytych w sentymentach młodości czasach, istniała firma Polskie Koleje Państwowe. Był to jeden potężny organizm, o którym mówiło się „państwo w państwie”. Dzisiaj po państwie tym, po jego strukturze nic nie zostało. Oto w ramach typowej dla polskich praktyk restrukturyzacji tego przedsiębiorstwa, zamiast jednego pojawiło się kilkadziesiąt spółek. Kilkanaście zarządza taborem kolejowym, innych kilkanaście siecią torów, kolejne trakcją elektryczną, następne dworcami kolejowymi, bardzo możliwe, że kolejne zarządzają sprzątaniem, obsługą gastronomiczną pociągów, a może są i takie, które posiadają tylko podkłady i śrubunki do torów kolejowych.
Czytam rozkład jazdy, z którego dowiaduję się, że o 12.55 nie odjeżdża żaden pociąg, a już na pewno nie ma pociągu do Poznania. Nic to, myślę, na stronie internetowej popełnili błąd. I szukam kolejnego połączenia. Jest – pospieszny i 13.14, słowem, nie jest źle, zdążę na spotkanie zaplanowane na 19.30.
Czas kupić bilet. Ale jak to zrobić? W jednych kasach – jak to opisują umieszczone na ich szybach informacje – sprzedają bilety na międzynarodowe, w innych na przewozy krajowe, gdzieś tam jeszcze na koleje dolnośląskie, przy czym dla uatrakcyjnienia pasażerom całej przygody, opisy na rozkładach jazdy noszą skróty IC (InterCity), TLK (nie wiem jakie Linie Kolejowe), lub jeszcze jakoś inaczej. Innymi słowy, za cholerę nie wiesz, gdzie podejść po bilet na swój kurs. Przy pociągu o 13.14 był skrót TLK, więc decyduję po męsku, że stanę w kolejce do „przewozów krajowych”. Po bitym kwadransie docieram do kasy. Jest 12.45. Zaczyna się rozmowa niemego z głuchym.
W okienku siedzi skołowana pięćdziesięciolatka, którą proszę o sprzedaż biletu na najbliższy pociąg do Kościana, czyli prawdopodobnie ten o 13.14. Coś mi odpowiada, ale nic z tego nie rozumiem z powodu grodzącej nas szyby, więc powtarzam, że chcę jechać do Kościana. Kasjerka wyjaśnia mi, że pociąg o 13.14 i owszem, jedzie do Poznania, ale nie przez Kościan. Po chwili jednak chce mi sprzedać bilet na ten pociąg. Kpiąc odmawiam podróży z Wrocławia do Kościana przez Poznań. W takim razie, powiada, mam pociąg o 12.45. – Ale – buntuję się – jest w tej chwili 12.49, nie da się, droga pani, cofnąć czasu.
Kobieta odkrywa wreszcie, że mam pociąg w postaci autobusu o 12.55. Jest 12.50. Żądam biletu na ten pociąg i odpowiedzi na pytanie skąd odjeżdża ten autobus. Otrzymuję bilet za 22 złote i odpowiedź, że z ulicy Suchej. Ale z którego miejsca? Pytam, bo przecież Sucha jest długą ulicą. Z Suchej, otrzymuję krótka odpowiedź. Rozumiem, że nie ma możliwości na porozumienie, a wszystkiemu winna pioruńska szyba. Zadziwiające! W bankach rezygnuje się z kas zaopatrzonych w szyby, tymczasem na dworcu, oddanym do użytku cztery miesiące temu, nie pomyślano o tym. Dlaczego? Zapewne po to, by wściekły pasażer nie wywlekł za klapy kasjera.
Zabieram bilet, resztę pieniędzy i gnam tunelem do ulicy Suchej.
Teraz naprawdę wpadam w króliczą dziurę.
Autobus stoi kilkanaście metrów przed tylnym wejściem na dworzec. U drzwi pojazdu stoi młody facet w uniformie i służbowej czapce na głowie, która jakoś kojarzy mi się z poczmistrzem Moistem von Lipwig z filmowej adaptacji Piekła pocztowego Terry Pratchetta. Wita i prosi o bilet. Wyjmuję z kieszeni blankiet i pokazuję.
– To niewłaściwy bilet, szanowny panie – stwierdza po obejrzeniu papierka. – Ale proszę się nie przejmować, anuluję go panu i wypiszę nowy.
Szlag by, myślę, gdyby nie fakt, że muszę dotrzeć dzisiaj do Kościana, odpuściłbym i został we Wrocławiu. Wsiadam jednak i czekam na odjazd autobusu-pociągu. Ruszamy i zaczyna się dalszy ciąg tego kafkowskiego cyrku.
Pan zabiera mi bilet za 22 zł i anuluje go – czyniąc na nim zapiski charakterem pisma sześciolatka – co oznacza, że mam 3 miesiące na odzyskanie całości kwoty na jaką opiewa bilet. W zamian wypisuje mi bilet za 46 zł, w czym 10 zł stanowi koszt wypisania go w autobusie-pociągu. Pytam czy zdołam odzyskać tę dychę, bo przecież to nie moja wina, że mi kasjerka wydała niewłaściwy bilet. Konduktor, a raczej kierownik pojazdu odpowiada, że nie, ponieważ powinienem był sprawdzić bilet przy kasie. Powiadam, że dwa razy sprawdziłem, ale jakie to ma znaczenie, skoro nie wiedziałem, że pojadę pociągiem widmem, który nie tylko jest autobusem, ale też nie ma go na rozkładach jazdy wywieszonych w holach dworca. Pan wzrusza ramionami i odchodzi. Kilka minut później, pod dworcem Wrocław – Osobowice wychodzę z autobusu i proszę go o poradę.
– Wie pan, ja mam dużo wolnego czasu, proszę mi powiedzieć do kogo powinienem napisać skargę w całej tej sprawie?
– Chyba do Polskich Linii Kolejowych – odpowiada.
Słyszeliście o Polskich Liniach Kolejowych?
W ramach sympatycznej rozmowy zadaję pytanie dodatkowe, betonową oponę ratunkową.
– A już z tego Rawicza to normalnie jedziemy pociągiem?
– Osobowym – wyjaśnia.
– Ale pan mi sprzedał bilet na pospieszny przecież.
– Wie pan – odpowiada – ja pierwszy raz jadę tym składem, nic z tego nie rozumiem.
Cóż zatem ja mam powiedzieć?
Kilkanaście minut później autobus-pociąg rusza dalej. Jeszcze następne kilka minut i przychodzi do mnie kierownik pojazdu i mówi, że mnie bardzo przeprasza, ale rzeczywiście popełnił błąd. Prosi mnie o oddanie biletu za 46 zł i wypisuje mi bilet za 31 zł, w czym 10 zł, to koszt wypisania biletu. Jest to bilet z Wrocławia do Rawicza. Na dalszą trasę mam anulowany bilet, który kierownik musi teraz na nowo opisać, wobec czego odzyskam z niego – co jasne – tylko kwotę przejazdu na trasie Wrocław – Rawicz.
Wreszcie o 16.30 chyba, dotarłem do Kościana z półgodzinnym opóźnieniem i 10 zł mniej w portfelu.
Teraz zastanawiam się co mam z tym fantem zrobić. Prócz napisania powyższej

Zapiśnik 2009

0

A oto fragment zapiśnika z grudnia 2009, odnalezionego z bebechach laptopa.
Jest zima. Wprawdzie bez śniegu, ale tym gorzej. Wychodzę do pracy, kiedy jest ciemno i wracam do domu, gdy ciemno. Ranki przy tym są subtelniejsze, zdają się trwać na granicy snu (z łóżka zrywam się o 7.05, na przystanku autobusowym melduję się średnio o 7.27, słowem, stojąc w wiacie nie jestem jeszcze rozbudzony) i niepewnej, często trochę niechcianej, rzeczywistości. Na przystanku przez kilka minut stoję z młodzieżą liceum licealną. Podróżujemy razem. To… No właśnie, nie sposób nie powrócić teraz do Gombrowicza, by stwierdzić, że wieśniacy (chłopi) nasi przestali szczekać, ich mongoidalne rysy wygładziły się do twarzy pięknych i ciał kształtnych. Dodam, iż mam wrażenie, że epoka wulgarnych dzieciaków z zawodówki dojeżdżających do kolejówki czy budowlanki, chyba jakoś już przebrzmiała. Nic mądrzejszego nie wypływa z ich ust, ale wrzaskliwy, barbarzyński język zanikł… sam zdaję się używać większej ilości wulgaryzmów, niż oni wszyscy razem wzięci.

Podziwiam tych młodych Polaków, jak stary Witoldo podziwiał młodych Argentyńczyków. Ale nie rozpatruję ich urody tylko z punktu widzenia relatywnie coraz trwalszego dostatku, w jakim zostały ukształtowane.
I mnie, tak jak Gombra, oni przerażają i zachwycają zarazem z jednego powodu: niedojrzałości. Ta niedojrzałość ma w sobie ten boski rodzaj absolutnej czystości, tej niespolaryzowanej myślą spontaniczności, dziewiczej głupoty. Czystość ta nieskalanie jest pięknem w najbardziej subtelnej, a jednocześnie zwierzęco niewinnej formie. Aż przykro myśleć, że już wkrótce staną się tacy, jak my! Wchłonięci zostaną przez machinę systemu. Zdyscyplinowani, zdominowani przez kulturowe stereotypy, zaczną pracować po to tylko, by mieć, założą rodziny po tylko, by być takimi, jak inni w ich otoczeniu. Bez cienia refleksji. Organiczne automaty.
A jednak nie to mnie przeraża najbardziej. Wpadam w popłoch, gdy sobie pomyślę, że mógłbym nagle wrócić do tego cielęcego stanu młodości. Jestem naprawdę przerażony. Co ciekawe, boję się w tym najbardziej jednej rzeczy: huśtawki emocjonalnych nastrojów. Niczego tak się nie boję, jak tego, że znowu uległbym emocjom, których powodów bym nie znał. Prócz typowych dramatów życiowych (nie zdradzę jakich), nic mnie nie dotykało tak mocno, jak fala złości zalewająca moje wnętrze, której nie byłem w stanie pohamować, bo nie wiedziałem gdzie jest jej źródło. Była tylko złość, która chciała się ulotnić. I może dlatego pomysł na wieczną młodość jest dla mnie pomysłem tragicznym… Być wiecznie młodym? Nic straszniejszego. Po czterdziestu latach życia stale łapię się na powtarzających się sytuacjach. Miałbym więc dojść do momentu, w którym wszystko już byłoby tylko i wyłącznie powtórzeniem? Nawet będąc hedonistą, czy nie musiałbym jednak w końcu uznać, że powodując i pozostając w ciągłym stanie przyjemności w końcu przestałbym przyjemność odczuwać?… Ileż tak naprawdę w każdym z nas jest Doriana Greya?
Wróćmy jednak do młodości.
To dzięki młodym, podróżując rankiem, funkcjonuję na granicy snu i jawy, onirycznej, cóż, nazwijmy to po imieniu, sentymentalnej wycieczki w przeszłość i rzeczywistości przykutej do mnie, jak kula do nogi. A piszę o tym, ponieważ to jeden z tych niewielu momentów w codziennym życiu zwykłego człowieka, w którym można zakosztować owego pęknięcia, złamania czy załamania wizji własnej drogi. To ta chwila, kiedy będąc świadomym i racjonalnym umysłem, wychodzisz zarazem poza jego ramy, oddajesz się bezkrytycznie dostrzeganej wolności. Czy zatem wolności nie posiada się tylko i wyłącznie porzucając jakąkolwiek świadomość swoich dążeń i racjonalizację ruchów? Co na to powiedziałby pan Suzuki?

Z codzienności

0

Dzisiaj, ufam, ostatnia próba przed happeningiem, w którym udaję przedwojennego Żyda. Nawet nie wiem jak się to nazywa. Wiem za to, że będziemy grać w sobotę, gdy padać będzie pierwszy w tym sezonie śnieg.
W środę próba solowej miniatury Przespałem moją stację… według Raymonda Queneau pod jakiś festiwal w Nysie.
U K. oglądałem impresje filmowe ze spektaklu grupy „Strefa ciszy”. Ładne uliczne przedstawienie przypominające Alegrię Cirque du Soleil.
Tymczasem czytam: Tybetańską księgę życia i umierania Sogjala Rimpocze, Buddę z przedmieścia Hanifa Kureishi, Dziecko na niebie Carrolla.
Dla odmiany nie oglądam filmów żadnych od 2 tygodni.
Na ławie leży prosząca o kontynuację pastelowa ilustracja do Trupów.
Przykryłem ją innym kartonem, żeby mnie nie drażniła, nie zmuszała do roboty, bo nie mam ostatnio nuty do tego dziobania.
Z pracy. Skończony skład tabel do cennika katalogu produktów jakiejś firmy; cholernie siermiężna, nudna walka przez półtorej tygodnia. Po prośbie korekta szkolnego tekstu M. Od jutra powrót do książki kucharskiej i adaptacji historycznych wydarzeń w Hrabstwie Kłodzkim. We łbie kolebie się i układa sztuka na czterech aktorów dla M., zręby już są, ba, schemat nawet cały, a raczej wątek fabularny, ale co dalej, co w detalach? Od poniedziałku muszę zacząć pisać adaptację Wigilijnej opowieści na potrzeby lokalnego rynku.
W portfelu parę dych… los pariasa.

Obiady z Ninją

0

Zjawił się u mnie na obiedzie mój przyjaciel Ninja. W sumie często jadamy razem obiady, które sam gotuję. Rzecz w tym, że Ninjas jest ociemniały, a właściwie to widzi jakiś centymetr przestrzeni jedną źrenicą – prawego oka. Widzenie tunelowe, tak to się nazywa. Zwińcie na chudo kartkę formatu A4 i przyłóżcie do oka, zobaczycie to, co on widzi i na czym dodatkowo ma sporą wadę wzroku, przez co nosi okulary. Innymi słowy, ślepy jest jak kura, ale te okulary mylą. W końcu jak się nosi okulary, to chyba jasne, że się jednak widzi, prawda?
A więc mnie jest o wiele łatwiej niż jemu coś ugotować. Robiłem klasyczne mielone z zapiekanymi ziemniakami i surówką z kiszonej kapusty i kiszonych ogórków.
Dużo przy tych obiadach rozmawiamy. O ludziach, sprawach, problemach naszych osobistych. Ninja jest jedną z najpogodniejszych osób, jakie znam. Jego dystans do siebie jest taki jak stąd do Alaski. Często nasze rozmowy mają żartobliwy ton. Czasem nie stronimy od dokuczania jeden drugiemu. Ogólnie dobrze się ze sobą bawimy.

W czasie rozmowy zaczepiłem go o jakąś absurdalną rzecz, którą z pewnością ma w swoim plecaku. Nie pamiętam o co szło, ale było to jakieś zupełnie niedorzeczne pytanie i Ninja nie mógł mieć tego przedmiotu ani w plecaku, ani w nigdzie indziej.
Tymczasem Ninja sięga do plecaka i wyjmuje z kieszonki grubą szpulkę białych nici. Chwilę później wsadza gołą rękę i z tej samej kieszonki wyciąga igłę. Wbija ją w szpulkę i trzymając w dłoni te białe nici opowiada mi anegdotkę.
– Wiesz, u mnie w domu jest taki  półmrok, ale wczoraj postanowiłem doszyć rzep do rękawa kurtki. Piętnaście minut nawlekałem igłę, ale się udało.
– No dumny z ciebie jestem – skwitowałem. – I co, przyszyłeś?
– Pewnie, że przyszyłem – odrzekł. – Tyle, że dzisiaj się okazało, że byłem pewien, że przyszyłem czarnymi nićmi, a przyszyłem białymi. Wiesz, przez ten półmrok.
Kiedy wypuszczam go z mieszkania późnym wieczorem, nie zapalam nawet światła na klatce schodowej. Niepotrzebne mu jest.