Osaczony

0
11

nagelfbZnowu od tygodnia czy dwóch nie potrafię sklecić sensownej myśli w tym moim sieciowym zapiśniku. Słowa i tematy kolebią mi się po głowie garściami – tylko brać.

Znowu od tygodnia czy dwóch nie potrafię sklecić sensownej myśli w tym moim sieciowym zapiśniku. Słowa i tematy kolebią mi się po głowie garściami – tylko brać. Zaledwie jednak wyciągnę któryś, umieszczę w osiach świadomości, a zaczyna mi blednąć, płowieć, wreszcie staje się jedynie jakimś cieniem, pozbawioną sensu plamą pustosłowia.W ostatnich dniach kręciła się we mnie jakaś barwniejsza krytyka współczesnego polskiego feminizmu i po trosze spopularyzowanych ostatnio przez Kościół gender studies.

Pierwotnym pretekstem były wpisy blogowe Małgorzaty Łukowiak; na marginesie – stylistycznie w większości wysmakowane. W zasadzie jeden z ostatnich, w którym autorka dostrzega różnice w sposobie siedzenia u kobiet i u mężczyzn, co zdaje się być dla niej niezwykle poważnym problemem kulturowym.

Spójrzmy, M. Ł. zaczyna tak:

W studiu telewizyjnym redaktor płci męskiej przepytywał dwie bystre kobiety na okoliczność rekonstrukcji rządu i dekonstrukcji Adama H. z PiS. Dyskusja była dość żywa, sensowna, a kiedy kamera obejmowała obecnych szerokim kadrem, oczom telewidzów ukazywał się dziennikarz w standardowej pozie i cztery nogi dwóch komentatorek upozowane na Stanisławę Ryster, cztery idealnie skrzyżowane kończyny, równolegle i w lekkim nachyleniu, nogi z kątomierza. Od pasa w górę merytoryka, elokwencja i wiedza, od pasa w dół pensja dla panien u sióstr sakramentek. W szerokim kadrze traciłam koncentrację na ścieżce dźwiękowej, od wpatrywania się w perfekcyjne damskie pęciny cierpła mi szyja.

Chwilę później padają mocniejsze słowa:

Była taka akcja, chyba zresztą nadal jest „Men Taking Up Too Much Space On The Subway”, swego czasu burzliwie komentowana w „Codzienniku Feministycznym” („Wasze jądra nie są aż tak wielkie” kontra „Feministki, nie bójcie się wietrzyć swoich jąder razem z mężczyznami”, rzecz się działa na wyśrubowanym poziomie polemiki). Tak czy inaczej męski rozkrok jest codzienną przeciętnością, podobnie jak damska stanisławaryster, sama ją sporadycznie uprawiam, nie jestem bez winy.

By rozszerzyć i wzmocnić problem, blogerka Zimno (to sieciowa ksywa M. Ł.), podpiera się osobą Ingi Iwasiów, jednej z ważniejszych polskich teoretyczek gender studies:

„Może kiedyś sukieneczka i dekolt nie będą miały wpływu na postrzeganie i ustawianie nas w przestrzeni publicznej”.

Ton ten utrzymuje w odpowiedziach na odpowiedzi:

sama wskazujesz na aspekt wychowania. tak zostałyśmy wychowane, że nóżki mają być „ładnie”.
sto pięćdziesiąt lat temu panienkom wmawiano, że spod kiecy nie powinno wystawać nic ponad czubek buta.
a rączki w małdrzyk.
dalej w przeszłość – fizjologia wydalania nie była obciachem. vide: kominki w pałacach XVI-wiecznych władców.
estetyka jest kwestią umowy.
pozycja płci w społeczeństwie też jest kwestią umowy.
a nóżki niefizjologicznie skrzyżowane są przejawem ulegania stereotypowi, że kobieta ma wyglądać wdzięcznie i ładnie.
ma wyglądać,
to wystarczy.

Czytam to wszystko i chciałbym natychmiast zareagować. Ba! Zacząłem nawet pisać odpowiedź, która rozbłysła nutą nonszalanckiej groteski! Po trzecim, może piątym akapicie zrejterowałem jednak.

Cóż bowiem mogę krytykować? Kobiety, które nie zdają sobie sprawy, że nie istnieje nic poza kulturą, że nie ma czegoś takiego jak bycie naturalnym, swobodnym? Kobiety, które nie zauważają, że rezygnując z jednej społecznej umowy, porzucając jeden konwenans, wchodzimy natychmiast w konwenans kolejny? Kobiety, które nie potrafią również dostrzec, że zarazem nic poza biologizmem nie istnieje, a stawianie go w opozycji do kultury (której jest spójnym nośnikiem) jest wskrzeszaniem mumii dualizujących systemów myślenia?

I nie bez kozery piszę „kobiety”, bo dyskusja ta, lub raczej pseudodyskurs, rozgrywa się w nowoplemieniu feministek, co tym razem – w  wymiarze społecznym – postrzegam jednak za sympatyczny plus. Plus istnienia takiego nowoplemienia, bo plus istnienia grupy ludzi, którzy realizują swoją pasję (tutaj, poszerzania pola określonej świadomości), plus wreszcie w wymiarze ogólnym: feminizm wzbogaca swym istnieniem jeden z najwybitniejszych wynalazków współczesności – różnorodność.

I proszę, temat wyczerpał się na dobre, zanim zdołał się rozwinąć, bo jaki sens poza akademią ma tłumaczenie komuś pojęć takich, jak „społeczeństwo normalizujące” lub funkcjonalizm? Coś tam w tym kościółku feministycznym czasami podzwoni, roszczone są jeszcze pretensje do dyskursu, ale mnie to już smakuje jak musztarda po obiedzie. Brzmi to dokładnie tak, jak kontestacja Zimno tycząca kobiet, którym kultura zabrania wietrzyć przydawki w pekaesie i studiu telewizyjnym. Kontestacja oznaczająca walkę o swobodę – tylko od czego i ku czemu, skoro nic samo dla siebie i ku sobie się nie dzieje?

Chwytam więc kolejną rzecz Sandora Maraiego. Kolejny zbiór miniatur, „Ziemia i niebo”. Chwaliłem wielce „Dziennik”, coś dobrego wspomniałem o „Żarze”, ale te miniatury… Znowu chciałbym napisać, że czytam doskonały tekst, tymczasem jest to jedynie podręcznik misjonarza kultury, orędownika sztuki i literatury, jakieś entropiczne credo, które po równi mnie zachwyca, co zawstydza swym częstym słodko-pierdzącym patetyzmem.

Jest tych lektur ostatnio więcej i nie ma o czym… rozmieniają się na drobne…

Przyroda? Przyroda znajduje się w upokarzającym mnie stanie zawieszenia: ani to jesień od dawna, zimy zaś na lekarstwo nie wystarcza.

Ostatecznie sądzę, iż początek grudnia jest moim najbardziej marudnym okresem w roku. Znowu zatacza się we mnie ledwie uchwytne poczucie krańcowości, dekadencji, schyłku… końca kolejnego roku, trudnego emocjonalnie okresu świąt Bożego Narodzenia… A może to tylko pozostały we mnie atawizm zwierzęcia osaczonego groźbą nadchodzącej zimy, której niebezpieczeństwa nie pozwolą mu poznać zapachu wiosennej trawy? Kto wie?

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here