Okulary

1
107

Okulary

*
Zaczyna się od poczucia zmęczonych oczu, ot, myślisz, za długo siedziałem przed komputerem. Później zauważasz, że cierpisz na chorobę krótkiej rączki. Przypadłość charakteryzuje złośliwy objaw – nie sposób przeczytać tekst na opakowaniu proszku do prania, kiedy siedzisz w cudzej ubikacji i nie znalazłeś żadnej innej lektury. Dopiero, gdy odsadzisz od oczu kartonik na dalszą odległość, coś tam czytasz, ale bardziej z samej grafiki tekstu, niż rozpoznanych liter. Tak to małymi, lecz pewnymi kroczkami zbliża się starość.

Problem powiększa się, gdy przy posiadanym oświetleniu nie jesteś już w stanie poczytać książki przed snem. Raz, że brak czytania zaburza twój najtrwalszy biorytm, dwa, że stajesz przed wizją odwiedzin u okulisty, co dla stroniaka wiąże się z wyborem: a) zaplanowania i przebycia całej ekspedycji do Kłodzka oraz utratą jakichś 150 złotych polskich w prywatnej poliklinice + koszty podróży, włącznie z czasem; b) wizytą u twojego lekarza i półrocznym – albo i lepiej – oczekiwaniem na okulistę na NFZ, o ile jesteś ubezpieczony, rzecz jasna. Oczywiście w żaden sposób nie rozwiąże to twoich trosk, dowiesz się zaledwie jak byczą masz wadę wzroku, kupno okularów bowiem, to następny ambaras.

Tymczasem, no jakże nie czytać przed snem, idziesz do najbliższego marketu i za 9,99 PLN nabywasz okulary metodą prób i błędów: z najbliższego regału bierzesz jakiś towar i czytasz na różnych soczewkach tekst jego opakowania. Jedne za mocne, drugie za słabe, w końcu któreś pasują. Stojąc w kolejce do kasy, przypominasz sobie, że jakieś 20 lat temu twoi rodzice w ten sam sposób kupowali pingle na targu koło Ćwików. Od ruskich handlarzy. To nagłe i niespodziewane nawiązanie więzi z tradycją twoich ojców rozczula cię. Radośnie więc nabywasz ów tani środek zastępczy, będąc świadomym, że ryzykujesz pogłębieniem defektu. – Trochę dam radę – powiadasz w duszy. Mijają miesiące.

*
W końcu stwierdziłem, że moja kieszeń wytrzyma zakup okularów. Dostałem malutkie honorarium za sztukę, utyrałem się na kuchni, otrzymałem pensyjkę za etat. Owszem, są święta, wydatki… Ale no właśnie – święta! Toż zrobię sobie prezent! A że mam Iskę, ona zaś wie wszystko, zapytałem, co począć.

Tak oto trafiłem w tygiel wrocławskiej galerii handlowej. W najbliższym salonie zapytałem czy mogę mieć przebadane oczy, na co pani stwierdziła, że oczywiście, ale kolejka, więc jutro o czternastej. A jutro miałem wracać do Stro. Poszliśmy do drugiego i się zaczęło. Badanie oczu za godzinę i 100 złotych, ale jeśli pan kupi okulary, badanie za 1 zł. Chytrość wzięła górę. Zawsze byłem słaby z rachunków. Mogłem dać tę stówę i kupić kolejne okulary w markecie, oznaczone poziomem mojej wady. Miałbym spokój do dzisiaj. Ileż, myślałem tymczasem, te okulary tutaj mogą kosztować, toż 400 stówy mogę dać. Honorarium dostałem! I się zaczęło.

Ruchliwy salonik oferował okulary, przepraszam, obiekty modowe od jakich pięciu setek w górę. Same tylko Gucci, Diory, Lindbergi, Porsche, Laureny i takie tam. I żeby było jasne: jakieś siedem czwartych zajmowały okulary dla pań. Męskie wisiały na jednej ścianie, zaledwie jakieś 150 par. Nasamprzód przymierzałem tylko te z naklejkami „-20%” i „-50%”. Tyle, że Iza, byłem z Izą: _ Zobacz jak w tych, o, i w tych. I tak przymierzyłem jakieś 150 par. Jak powiedziałby Franky Koval: – Bez sensu.

Na badanie optometryczne czekałem ponad półtorej godziny. Wreszcie wszedłem do gabineciku miłej dziewuszki, poczytałem literki z dalekości i z bliska, jakiś aparacik na nos założyłem, później coś jeszcze w kwestii rozstawu gałek, czy źrenic. – Proszę się nie martwić – powiedziała optometrystka – to fizjologia, dzisiaj ma pan wadę +1.25, ale z pewnością dojdzie pan do +2,30, bo ludzie tak na starość dochodzą. Pyknąłem powieką i wyszliśmy do salonu i stoliczka. – Które oprawki pan wybrał? – O te, te. Były to takie bardziej okrągłe, niebieskie Ray Bany, cena raptem 580 – 20% rabatu.

Pani zaczęła polecać soczewki… Ale zaraz, soczewki…? No, jakoś swawolnie nie pomyślałem o soczewkach, o szkłach, czy inszych plastykach, w zasadzie najważniejszej części okularów. Kto by pomyślał, że się za nie też płaci?! Na starcie dziewczyna ostro weszła w zakręt: 320 zł za jedno szkiełko! Aż mnie przytkało! Czułem jak mi gdzieś z boku ta chytrość moja wychodzi: znowu groch z kaszą na skwarkach, tanie wino i herbata. Ech! – Ukrócę pani cierpienia – rzekłem – najtańsze te szkiełka poproszę. Później był rachunek, połowa 680 złotych wyfrunęła z pugilaresu. Pięknie! Do końca dnia godziłem się z tą niepowetowaną stratą.

Ostatecznie doszedłem do wniosku, że to ładny przedmiot i będę w nich wyglądać jak sam śp. profesor Rybczyński. Ze 20 lat temu chciałem wyglądać jak Jacek: – O! Tak właśnie chciałbym się prezentować na starość – myślałem sobie podczas naszych spotkań. To teraz mam, jedno i drugie. Ryba miał podobne gogle.

Po tygodniu dotarły do Stronia. Wituś i Iska dorzucili połowę w ramach choinki. Wspaniały gest, a jakie piękne okulary! Problem w tym, że po pierwsze nie mam pojęcia jak w nich wyglądam, bo nie widzę w nich z odległości, a znowu jak gębę do lustra zbliżę, to gęby widzę za mało. Po drugie, mam oto te wspaniałe patrzałki za 680 zł, ale tylko do czytania w łóżku. I w wannie. Owszem, czytam dużo i długo, ale nie móc za tę kasę pochodzić w Ray Banach? Polansować się? Skandal.

*
Wróciłem wczoraj z pracy, zjadłem coś jakby obiad i położyłem się: czytanka i spanie, sjesta, ot, taki rytm dnia. Na nosie Ray Bany, przed nimi Stanisław Lem, jedna z tych jego obłąkańczych powiastek, połączenie Kafki, Orwella i jakoś tak stylistycznie Gombrowicza. Pisarstwo najwyższej próby, ale o tej porze działa na mnie jak podręcznik fizyki w czasach szkoły średniej. Dość pół strony i powieka leci na podłogę. Zakładka w książkę i ciach ją też na podłogę. Okulary jakoś dobrze mi leżą, może ich nie zdejmować? Bez przesady. Zdejmuję i odkładam. Na podłogę. I nagle jakby mnie kto kopnął w brzuch! Muszę je schować do etui, koniecznie! Cóż by się stało, gdybym za godzinę, wstając przydepnął je i połamał? Nie, tak nie mogę ich zostawić!

Ujrzałem tę sytuację: wstaję, nadeptuję, łamię. I poczułem amok bezsilności, okrutną niemoc cofnięcia czasu. Poczułem ten obrzydliwy fragment mojego dziecięctwa, gdy mi rodzice kupili wymarzoną zabawkę, blaszany gazik na kluczyk, i ja, przy całym swoim szczęściu, jakby mi go jeszcze mało było, nie mogłem opanować ciekawości i rozebrałem go. Tylko tak trochę, żeby się dowiedzieć, jak działa. Ale złożyć go już nie umiałem. Nie przesadzę, gdy powiem, że chciałem wówczas walić głową w mur, obudzić się jakkolwiek! Nie dziwię się, że tego nie zrobiłem, byłem tchórzykiem. Ujrzałem więc sytuację: wstaję, depczę, łamię i moją bezsilność wobec tego wydarzenia. Ale co gorsze, ujrzałem swoich rodziców, gdy im powiem, że zepsułem od nich prezent, ujrzałem Witusia i Izę, gdy im powiem, że połamałem Ray Bany, gdy tak się cieszyli, że dają mi coś ładnego.

Kiedym tak daleko zaszedł w tej wizji, zorientowałem się, że wystarczy schować okulary do opakowania, żaden problem. Ale niesmak, to uczucie, ta emocja pozostała: nie dzisiaj, to jutro, pojutrze je połamię i nie obraz już wróci, ale realne uczucie. – Nie – powiedziałem sobie. – Nie chcę takich emocji, niczego nie połamię.

Dzisiaj rankiem usiadłem do pisania dziennika, też taki rytm dnia, jego początek. Po akapicie, może dwóch, wróciły Ray Bany, a właściwie wspomnienie tamtego podłego uczucia niemocy, bezsilności wobec aktu skończonego. W anturażu moich trudnych emocji równie silne i destruujące jest jedynie uczucie zazdrości. I nagle dotarło do mnie olśnienie, cudowna, wyzwalająca myśl: właśnie teraz, w tym momencie biorę zasrane Ray Bany i łamię je w rękach, na własnych oczach!

*
Kilka dni temu obejrzałem film. „Demolition: z Jake’m Gyllenhaalem i Naomi Watts. Coś w ten deseń.

1 KOMENTARZ

  1. Dzięki stary za kolejny post. Co tu dużo pisać. Duch młody a ciało powoli się starzeje. Czasem łapię się na tym, że osoby z którymi pracuje mają mniej lat życia niż ja mam służby. I zawsze przypomina mi się jedna z wizyt w strażnicy WOP w Międzygórzu gdzie się trzeba było zameldować przed noclegiem w Chałupie. Służył tam stary sierżant Zalewski otyły jak biskup. Który nie znał gór bo był za gruby żeby po nich chodzić. Więc kiedy śniegi puszczały ładowali sierżanta do służbowego Gaza i obwozili po okolicy. Próbowałem się dowiedzieć od innych wopistów ile sierżant Zalewski ma służby. W odpowiedzi usłyszałem, że ma więcej lat służby niż życia. I mnie to już niestety dopadło.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ