Obłąkani

0
29

Proszę, druga tutaj recenzja o filmie przedstawiającym szaleństwo, pierwsza tyczyła Silver Linings Playbook.

Obłąkani

Proszę, druga tutaj recenzja o filmie przedstawiającym szaleństwo, pierwsza tyczyła Silver Linings Playbook. Dzisiaj kilka słów o Obłąkanych Brada Andersona z 2014 r.

Z filmami jest jak z książkami. Wspominałem już tutaj o tym: czytasz czasami wielki tom, by odnaleźć w nim jedno inspirujące zdanie. Zdarza się jednak trafić rozdział: tak miałem z nudną jak flaki z olejem Lalką i tym jak Prus opisywał warszawskich Żydów. Podobnie jest z filmami, często zdarza mi się oglądać coś zupełnie słabego, wystarczy jednak jeden gag, jeden slapstick, a już jestem zadowolony. Kiedy znajduję w filmie coś więcej, jestem wprost zaskoczony. Filmy, które mnie oczarowują zdarzają bardzo rzadko. Jeden, może dwa w roku.

Obłąkani nie należą do tej ostatniej kategorii, ma jednak film ten coś, co czyni go wyjątkowym – pomysł. Film powstał na motywach znakomitej humoreski Edgara Alana Poe’go System doktora Smoły i profesora Pierza. Koncept Poe’go został jednak przez scenarzystę filmu – Joego Gangemi – mocno przerobiony: z groteskowego absurdu opowiadania wyłonił się całkiem znośny thriller.

Po obejrzeniu Obłąkanych z ciekawości zapoznałem się z recenzjami umieszczonymi na Filmweb.pl. Cóż, nigdy nie rościłem wielkich pretensji do poziomu intelektualnego i kultury osobistej internautów i teraz też nie będę. Warto jednak odnieść się do nich symbolicznie. W większości komentarzy Obłąkani porównywani są do Wyspy tajemnic z DiCaprio. Myślę, że filmy te da się odnieść do siebie jedynie bardzo ogólnie, ponieważ historie w nich pokazane dzieją się w przybytkach szaleńców. Na tym podobieństwa jednak się kończą. Film Scorsese’go to ostatecznie dość męczący thriller psychologiczny, ażurowa historia terapii pacjenta z głęboką traumą, która osnuta jest w aurze wczesnych lat 50. XX w. Wyspa tajemnic o wiele bliższa jest Pięknemu umysłowi Rona Howarda, choć ten ostatni uważam za znacznie lepszy. Tak na marginesie: jedynym, co mnie ujęło w scenariuszu Wyspy tajemnic, były ostatnie subtelne sceny, kiedy bohater uświadamia sobie, że jednak nie zdoła zaakceptować swojej tragedii i decyduję się na poddanie lobotomii.

Obłąkanych nie da się porównać do Wyspy tajemnic, ani do Pięknego umysłu. Wydaje mi się, że w jakimś ideowym kontekście najbliższym dla niego obrazem jest Lot nad kukułczym gniazdem Formana. Ale dość tych porównań.

Obłąkani pogrywają na kilku płaszczyznach narracji. Mamy tutaj zupełnie trywialną opowieść o miłości, mamy chorobę psychiczną jako efekt wojennych przeżyć, mamy opowieść o barbarzyńskich metodach „terapii” psychiatrycznej (wcale nie tak odległej, elektrowstrząsy były stosowane jeszcze w siedemdziesiątych latach XX w.!). Można też wyjąć kilka pomniejszych tematów, lecz dla mnie najważniejszym wątkiem jest „odwrócona rzeczywistość” instytucji totalnej, jaką jest szpital psychiatryczny: pacjenci stają się personelem, ten zaś zostaje uwięziony i do pewnego stopnia traktowany jak wcześniej kuracjusze szpitala. W Obłąkanych w pierwszych sekwencjach filmu jesteśmy też przekonani, że oglądamy personel szpitala, by wkrótce zorientować się, że ludzie ci są szaleńcami.

Pomysł odwróconej rzeczywistości jest genialny w swej prostocie. Na czym polega jego fenomen? Otóż przyglądając się takiej hipotetycznej sytuacji mamy jak na talerzu wyłożone inne pytanie: jaka jest granica między normalnością a szaleństwem? Z pozoru pytanie to wydaje się błahe, bo niby któż na co dzień, do cholery, zastanawia się dzisiaj na problemem szaleństwa? A jednak, to właśnie tylko pozór.

Z szaleństwem stykamy się każdego dnia. Zastanówcie się ilu Waszych znajomych chodziło, chodzi, będzie chodzić na terapię, ilu z nich nie chce się przyznać (bo tylko część się przyznaje), że jest na granicy wytrzymałości psychicznej i leci na prozaku, xanaxie, innych antydepresantach i psychotropach. Co tam depresje, spróbujcie przebywać dłużej ze swoimi kolegami świeżo wcielonymi do korporacji, którzy nawijają jak zapętleni o wspaniałościach oferowanych przez nich produktów, są na prostej drodze do dewiacji. Najlepszym jednak świadectwem cywilizacyjnego szaleństwa są internetowe portale informacyjne, poziom amoku przedstawiany przez nie jest wręcz bezgraniczny, od pojedynczych tragedii po zbiorowe akty paranoi. Oczywiście w przypadku portali takich, jak np. Wirtualnapolska.pl, obłęd ten jest dodatkowo podkręcany przez pseudodziennikarzy i osoby odpowiedzialne za redakcję, którzy w swoim szczurzym wyścigu już nie tylko ocierają się o niepoczytalność, ale tkwią w niej w najlepsze.

Stworzyliśmy społeczeństwo, którego osnową i udzielnym bogiem w trójcy jedynym stały się rozum – rozsądek – racjonalność. W opozycji do tego boga, jego antytezą, istnym szatanem naszych czasów jest szaleństwo, brak rozsądku, lekkomyślność. Bóg ów, niczym religijni bogowie toczy nieustanną walkę z szaleństwem, która dzisiaj nie ma już dawnego obrazu: dzisiaj szalony – po regularnym przyjmowaniu określonej dawki leku – przysposobiony został na powrót do społeczeństwa, żyje w nim do pewnego stopnia zresocjalizowany. Rozum przecież nie może sobie pozwolić na to, by diabelskie szaleństwo pałętało się po świecie, szaleniec przecież jest bezużyteczny, co więcej jest groźny, bo nie wiadomo nigdy, co uczyni, jest więc elementem, dla którego nie ma miejsca w społeczeństwie.

Widzimy jednak coraz wyraźniej, że im dalej oddajemy się temu bogu w trójcy jedynemu, coraz bliżsi jesteśmy szaleństwa.

Dobrze, nie miejsce to na rozważania głębsze w temacie. Chcę się pokusić o jeszcze jedną, marginalną uwagę. Otóż od lat chodzi mi po głowie średniowieczna tradycja zwana świętem głupców: mieszkańcy ówczesnych miast przez kilka dni w roku pogrążali się w owej rzeczywistości odwróconej. Mężczyźni udawali kobiety i na odwrót, bogacze grali żebraków, mędrcy idiotów; co robili idioci, nie mam pojęcia. I zapewne Obłąkani najlepiej korespondują z tą tradycją. Święto to było nie tylko formą zabawy, ale przede wszystkim swoistym wentylem społecznego bezpieczeństwa. Wcielając się w inne, na ogół przeciwstawne społecznie postaci, uczestnicy święta głupców przez kilka dni spoglądali na świat z innej, rozszerzonej perspektywy. Zapewne to świadome otarcie się o szaleństwo, to zbliżenie do niego stawało się swego rodzaju oczyszczeniem ze sprawowanej na co dzień roli społecznej, ale też formą akceptacji faktu, że szaleństwo w życiu człowieka jest stale obecne i bliskie. Myślę, że tego nam stale brakuje, rozum już jednak nie pozwoli na to powtórne zbliżenie.

Co zaś do filmu… Polecam serdecznie.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ