noc listopadowa

0
13

na tapecie: pożyczony Pearl, pożyczony Marai (2 rzeczy), ukradziony Boll i pożyczony, słaby Irving, więc tylko półgębkiem …

na tapecie: pożyczony Pearl, pożyczony Marai (2 rzeczy), ukradziony Boll i  pożyczony, słaby Irving, więc tylko półgębkiem… leży pożyczony Pratchett, kupiłem po zecie za sztukę: Dygata (Rozmyślania przy goleniu – znamy, ale nie mogłem sobie odmówić), Woltera (Powiastki filozoficzne – będzie dla wnuków), Andrzejewskiego (Popiół i diament – bo nigdy nie miałem) i wielkie opracowanie o polskiej literaturze barokowej (z tego najbardziej się cieszę; zostałem kiedyś najęty do tekstu o polskiej poezji okresu baroku, którego dzieł nigdy wcześniej nie czytałem, nawet w szkole zupełnie po łebkach i oto – zdumiało mnie jej piękno i bogata myśl), też czekają… leci Jarrett (bez końca koncert koelneński), dla odmiany od Lake Street Dive, którzy wrzucili właśnie sklejone 2 płyty na youtube i znowu zdołali mnie zaskoczyć, oczarować, dać mi wiele radosnego zachwytu… tylko tyle mam w tych dniach: obcowanie z literaturą, muzyką, rankiem pisanie do dziennika… wewnętrzna cisza znowu się pojawia, ale skromniej, bardziej melancholijnie, trochę schyłkowo…

nudzę…

za oknem szaleje wiatr już pełną gębą zimowy…

pewnego dnia zgubiliśmy się podczas górskiej wyprawy, noc była niesamowita, najpierw potwornie wietrzna, jakby się tysiąc Japońców powiesiło (tam ponoć samobójstwa najmodniejsze) i nagle zrobiło się właśnie na odwrót, ani cienia wiatru, tylko już niebo z księżycem jak na dłoni, który złośliwie oglądał naszą porażkę, rosnącą tragedię, było to zimne, milczące, bezwzględne spojrzenie, bo taka właśnie jest przyroda: albo radzisz sobie sam, albo giniesz; dlaczego sądzimy, że ludzki świat jest inny? humanitarny? dobry?

innego dnia wyszliśmy, również nocą, na halę pod Śnieżnikiem, ze Zdankiem, wprost w najdzikszą zamieć, jaką przyszło mi przeżyć, jest tam może 150 metrów otwartego terenu z lasu do schroniska, sądzę, że szliśmy najmniej 10 minut, to był jeden z najpiękniejszych „spacerków” – w przedsionku schroniska (żył jeszcze Zbyszek Fastnacht!) siedzieliśmy przy świeczce, jedliśmy chyba powidła i cieszyliśmy się jak dzieci z tej niebezpiecznej przygody, zamierzaliśmy iść dalej, do chatki, ale ktoś nas usłyszał i otworzył drzwi, więc zostaliśmy…

szaleje za oknem, ale słyszę go dobrze, wali wściekle po murach domu, odziera się o rynny, dudni po wnękach jak duch potępiony… chwilami boję się, że zerwie dach z mojego poddasza i już całkiem będę na rynku, całkiem stał z gołą dupą…

listopad tego roku – w odróżnieniu od wcześniejszych miesięcy – dłuży mi się niepomiernie, jakby nie chciał się skończyć i dlaczego? nic szczególnego przecież się nie dzieje, dlaczego więc jest tak uparty w swoim trwaniu? lecz bądźmy szczerzy – czy grudzień przyniesie coś ciekawszego, ważniejszego, bardziej inspirującego?

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here