„Nie ma takiego miasta” i co dalej?

0
110

Docierają do mnie pierwsze „recenzje” mojej pierwszej książki. Ciekawe doświadczenie, którego chyba trochę się bałem. Nie jestem wprawdzie nowicjuszem w tej robocie, bo i artykuły, i sztuki, copywriting i inne duperele, ale jednak książka, nawet tak malutka jak ta, to już zabawa innymi klockami. Nikt już za mną nie stoi. Wychodzę na solo z czytelnikiem.

Tak jak się spodziewałem, nikt nie napisał nic konkretnego, bo i to igraszka literacka z jednej strony a z drugiej nawet nie wiem czy trafiła w odpowiednie ku temu ręce. Pozostają drobne teksty docierające z wielu miejsc i rozmowy, które zdarza mi się na temat książki przeprowadzić.

Opinie są dobre, różne, ale ogólnie biorąc dobre. Te nieco krytyczne („No, już od połowy poleciałeś z wyobraźnią chyba aż nadto…”), należące najczęściej do osób znanych mi na co dzień, przyznaję, że jest w tym sporo przekory, zadowalają mnie najbardziej.

– A wie pan, przeczytałam tę pańską książkę. – I jak się pani podobała? – Khm, mhm, no ładnie pan opowiada i o Zatockim i o mieście, no i ten redaktor Mordęga. – Czyli podobała się pani? – Mhm, khe, khe… Ale niech pan mi tylko powie, czy to małżeństwo państwa Prętkich to pan wziął z życia, z naszej Zdrojowej?
– I co, jak ci się podobała książka? – Przeczytałem, ale to nie bardzo mój klimat, taaa… jest tam kilka dobrych pomysłów.
– Przeczytałaś? – Tak. – I? – No właśnie nie wiem, uśmiałaś się jak nie wiem co, tylko czasem miałam problemy ze zrozumieniem.

Co ciekawe, według wielu osób „Nie ma takiego miasta” miała niewielkie szanse powodzenia u ludzi z Lądkiem-Zdrojem nieotrzaskanych, bo to takie lokalne pisanie, że kto się w tym rozezna… Okazuje się, że jest dokładnie na odwrót, wszystkie oceny jakie do mnie docierają ze świata są zdecydowanie lepsze od lokalnych, a bywają nawet euforyczne: – Pisz, pisz więcej, bo chcemy czytać! – Czekam na kolejny tytuł! – Kiedy następna historia, bo już nie mogę się doczekać? I tym podobne teksty wpadają mi w mejlach i na komunikatorach.

Być może największą przyjemnością w tym ambarasie jest fakt, że wiem, iż ta książka już zostanie i za kilka lat kolejni ludzie będą się z nią dobrze bawić. To spora satysfakcja w tego typu działalności.

Dobrze. Zatem ten lekki debiut mam za sobą a co dalej?

Dalej będzie mniej żartobliwie. Przy dobrych wiatrach (wszystko zależy od ostatnich korektorów, czyli Izy Piątek i Gabrysi Naporowskiej-Rodak, składaczki Moniki Słoneckiej i dobrej woli wydawcy Pawła Pawlika) na przełomie kwietnia i maja ukaże się już powieść długometrażowa, taki grubas. Pomyślane toto było jako kryminał i jest kryminałem, ale zdecydowanie odległym od książek Krajewskiego, Miłoszewskiego, czy Jo Nesbø z uwagi na sporą zawartość materii obyczajowej.

Wartości „Nie ma takiego miasta” byłem też w znacznym stopniu pewien, niewiele było można spieprzyć w tych historyjkach (choć kto nie pęka rzucając na forum produkty swojej wyobraźni). Z „Trupami w Kletnie” (tytuł roboczy) jest jednak inaczej, to rzecz pełnoformatowa z mnogością odnóg i zmyłek. Różnie więc może być.

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułKończąc książkę
Następny artykułMiłoszewski rules!

ZOSTAW ODPOWIEDŹ