NAGEL-frontpage demo

0
10

    Ze wspomnień Marianny Orańskiej
    […] Oto wejście do lochów, podziemi ukrytych we wnętrzu skarpy… Właśnie przypomniałam sobie, że przez pewien czas mówiono, iż przyjaźniłam się z niemieckim magiem i czarnoksiężnikiem, niejakim Martinem Naglem. Nagel ów, we wnętrzu tych lochów, miał swoje laboratorium alchemiczne, w którym poszukiwał osławionego lapis philosophorum, owego kamienia filozoficznego, eliksiru, który pozwalałby nieszlachetne metale zamieniać w szlachetne, rtęć w srebro, ołów w złoto.
    Powiada się, że Martin Nagel przyjechał w te strony z chorowitą małżonką na kurację w pobliskim zdroju. Po kilku dniach pobytu u boku żony, wybrał się w samotną, konną eskapadę z postanowieniem zdobycia Śnieżnika. Nie dotarł jednak dalej niż do tego miejsca, albowiem poczuł nagły przypływ potężnej energii tchnący z ziemi w tym miejscu. Postanowił więc, że zbuduje tutaj pracownię, co uczynił w przeciągu roku lub dwóch, a potem zamieszkał wraz z żoną w domu stojącym na tejże skarpie. Przez kilka kolejnych lat żyli tutaj spokojnie, Martin prowadził swoje tajemnicze badania, a w wolnych chwilach spotykał się z miejscowym proboszczem na filozoficznych dysputach przy szklance wina. Pewnego roku los się jednak odwrócił, skończyła się sielanka.
    Wsie okoliczne dotknięte zostały nieurodzajem, a jakby tego było mało, nagle, rażone jakąś nieznaną chorobą krowy, zaczęły zdychać jedna po drugiej. Wreszcie podczas niedzielnej sumy na ołtarzu zmarł ksiądz proboszcz, interlokutor i przyjaciel Nagla. Pewnego wieczoru, w gospodzie zajazdu Nassauerhof, kilku pijanych kmiotów doszło do wniosku, że wszystkiemu winien jest ten nowy, ten mag i czarnoksiężnik Martin Nagel i jego piękna żonka. On to na pewno ma pakt z diabłem!
    Wdarli się tej nocy do pracowni Nagla i go zamordowali. To samo chcieli uczynić jego żonie, jej jednak udało się zbiec. Zbrodniarze uciekli tedy, ale jednemu z nich sumienie nie dawało spokoju i rankiem poszedł do wójta, który natychmiast policmajstra z miasta ściągnął. Po wejściu do lochów okazało się, że ciało Martina znikło. Nikt nigdy więcej nie widział tutaj maga ani jego żony.
I ten nieszczęsny Martin Nagel, jak powiadano, był moim przyjacielem. Cóż, prawda jest taka, że nigdy nie miałam przyjaciela, ani nawet znajomego o tym nazwisku. Wysłuchawszy kiedyś tej historii o nim, nie miałabym nic przeciwko przyjaźni z takim człowiekiem, ale ja go nigdy nawet na oczy nie widziałam. Jeśli prawdą jest, że człek taki zjawił się tutaj i tutaj żył, nastąpić to musiało już po mojej śmierci…

PODZIEL SIĘ
Następny artykułCyfrowa koniwojażerka

ZOSTAW ODPOWIEDŹ