Miłoszewski rules!

0
49

Ciekawa sprawa z tym czytelnictwem, nie ma co. Skończyłem wczoraj „Gniew” Miłoszewskiego i naszły mnie przedsenne refleksje o cholernie starych dziejach. Przypomniała mi się ta sprawa mord… Hehe, chcielibyście! Ale nic z tego! Przypomniała mi się młodość nader wczesna i pierwszy rok mojej „edukacji” we wrocławskim LZN, a nie lubiłem wówczas tej szkoły jak diabeł święconej wody.

Mój ojciec rzekłby, że w tym systemie to wyglądało tak, że jako wieśniak spod Śnieżnika mieszkałem w internacie położonym na terenie szkoły, do której mało co uczęszczałem, więc w tym systemie raz na jakiś czas wstępowałem w progi szkolnej biblioteki i nabierałem do siatki połowę półki książek z etykietką „Dramaty”, albo „Proza iberoamerykańska”, ewentualnie „Proza bułgarska” i szedłem z tymi trzema lub czterema kilogramami słów do internackiego pokoiku. O ile nikt mi dupy nie zawracał czytałem w każdym możliwym miejscu i w każdej chwili. A że nie mogłem oderwać się od kolejnych książeczek, to czytałem nieraz do świtu i już do szkoły czy na warsztaty nie szedłem. Potrzebowałem nie lada silnej woli, by w ogóle przerwać czytanie. Równie silne woli a może i większej potrzebowała, jak sądzę, moja wychowawczyni, żeby mnie przepchnąć do kolejnej klasy. Później szkoła przypadła mi do gustu, ale książki nie pokryły się kurzem ani pleśnią, dalej odurzałem się literaturą wszędzie gdzie się dało. Ale bez obaw, nie zamierzam męczyć kocura jak to później było, więc przeskoczmy na raz te trzydzieści lat dalej.

Całkiem niedawno miałem okres fascynacji dziełami Lema i pewnie wciąż bym się nimi zachwycał, gdybym nie przeczytał prawie wszystkich (reszty nie mam w zasięgu ręki). Dość na tym, że przy okazji przeczytałem kilka esejów na temat Lema i w jednym z nich – skreślonym przez jakiegoś akademika – stało mniej więcej, że Lem był także „wytrawnym czytelnikiem”. Wiecie, coś w rodzaju, że był szpeniem, fachurą w czytaniu książek. Naprawdę tak to zabrzmiało! Psiakrew! pomyślałem, jestem w końcu w czym specem!

Tak naprawdę to nigdy nie wpadłbym na pomysł, że można z czytelnictwa uczynić przestrzeń czyjejś nobilitacji na poziomie, na którym jest ono immanentne prawu do wypowiedzi na temat literatury w ogóle. Ludzie to mają pomysły! Ale ja przecież nie o tym…

Obecnie też czytam, mniej i stałem się wybredny. Ale co najważniejsze: zdarza mi się przy większości książek przysnąć, przyciąć komara w najlepsze. Nie pamiętam, by mi się w ostatnich latach film nie urywał przy każdej książce. I to proszę – „Gniew” Miłoszewskiego przywrócił mnie na młodości łono.

Czytałem już jakąś jego książkę, coś tam było o odkryciu któregoś dzieła sztuki z polskich zbiorów, które zrabowali cholerni hitlerowcy, no, dobre to było. Ale „Gniew” pozbawił mnie snu w ostatnie dwie noce! Nie jestem „wytrawnym czytelnikiem” kryminałem, ale trochę się ich naprzerzucałem, od Anglosasów po Skandynawów i Rosjan. Powiem tak: za najlepsze kryminały, jakie w życiu łyknąłem uznaję te Krajewskiego o Mocku, niech się tam chowa Mankell, że o Nesbø nie wspomnę. I oto teraz tę jedną książeczkę Miłoszewskiego stawiam na równi z historiami z Braslau. Nie wiem czy reszta tego cyklu o Szackim jest równie pyszna, mam nadzieję, że tak i że się kiedyś o tym przekonam.

Męczące to, lecz i przyjemne zarazem móc wrócić do zamierzchłej młodości, bo czytanie to jedna z niewielu rzeczy, które w tym wieku nie są upierdliwe.
Miłoszewski rules!

ZOSTAW ODPOWIEDŹ