Mikro-Pamir

0
74

Mikro-Pamir
Nie było nas, był las” będzie nie lada gratką czytelniczą dla stronian i wielbicieli Stronia Śląskiego.

Mikro-Pamir
Kilka tygodni temu trafiłem do biblioteki w Stroniu Śląskim i oczekując na kserowanie jakichś papierów nabyłem za dwa złote polskie dwa tomy Dzieł wybranych Henryka Worcella.
Henryk Worcell (1909 – 1982), czyli Tadeusz Kurtyka najbardziej znany jest jako twórca Zaklętych rewirów, które przeniesione zostały na ekran w 1975 r. przez Janusza Majewskiego; świetne role zagrali w filmie Marek Kondrat i Roman Wilhelmi.
Henryk Worcell w latach 1945 – 1957 mieszkał w Skrzynce i Trzebieszowicach, pisząc o tutejszych ludziach. Pisał na tyle „barwnie”, że w 1957 r. w gospodzie w Trzebieszowicach, leśnik Maślanka pojedynczym prawym prostym wybił mu oko, ponieważ odkrył w jednym z opowiadań samego siebie, cóż, odmalowanego w niezbyt pastelowych barwach.

Czytając tom trzeci owych Dzieł wybranych, trafiłem dzisiaj na reportaż Nie było nas, był las, który opowiada o dziennikarskiej wyprawie Worcella do Stronia Śląskiego. Tekst wydał mi się na tyle fascynujący, że nie zdołałem się opanować i przepisałem go żywcem z tomiszcza, by umieścić poniżej.
Pierwodruk tekstu pojawił się we wrocławskiej „Odrze” w 1958 r., natomiast przedruk w zbiorze Nocą, kiedy przychodzi świnia w 1976 r. Zauważyłem, że w tekście pojawia się wyraźny błąd: zapewne redaktor lub zecer zamiast nazwy Bolesławów użył nazwy Bolesławiec.

Nie było nas, był las będzie nie lada gratką czytelniczą dla stronian i wielbicieli Stronia Śląskiego. Serdecznie namawiam również do głębszego poznania twórczości Worcella (może z pominięciem PIS-tafarian, bo to jednak po części socrealistyczna proza), który był jednym z najważniejszych kronikarzy początków polskości na Dolnym Śląsku.

Henryk Worcell
NIE BYŁO NAS, BYŁ LAS

    – Czyście zauważyli, że leśnicy, to ludzie przyjemni. Widocznie wpływ lasu…
    – Diabła tam przyjemni! Wszyscy dranie i tyle!
    – Czemuż to?
    – Dranie, kawałka drewna żałują, a najgorsi ci nowi, co teraz nastali.
    – Ależ oni muszą pilnować lasu, bo inaczej…
    – Do diabła tam muszą! Nie było nas, był las, nie będzie nas, będzie las.
    – Będzie lasek, a nie las.
    – No, widzę, że pan coś za bardzo za tymi gajowymi. Jak panu wybiją drugie oko, to się pan przekona.
    Tu już się wtrącił mój towarzysz od stołu – Luśniak:
    – Ej ty… Hamuj się! Uchlałeś się, to się siedź spokojnie.
    – A co, może ci się nie podoba? Za swojem wypił, ty się odpieprz, bo ci mogę…
    – Możeś taki mocny jak ten, co tego inżyniera wczoraj kropnął? No to chodź, spróbuj!
    Siedziałem w towarzystwie dwóch robotników leśnych, a tamten przy drugim stole wtrącił się do naszej rozmowy. Znaliśmy się z czasów, kiedy to mieszkałem we wsi Skrzynka, a teraz spotkaliśmy się osiemnaście kilometrów dalej, w Stroniu Śląskim. Przy dalszych stołach siedzieli robotnicy z „Kryształówki” i z tartaku.
    – Panie Gabryś – zwróciłem się do zadziornego chłopa – o co tyle szumu? Przecież Luśniak was nie zaczepiał.
    – No to może pan zaczepi?
    – Ja nie mam o co. A inna rzecz, że wiem, o co panu chodzi. O tę swoją działkę leśną.
    – A co, może mi się nie należy?
    Wyprzedził mnie Luśniak:
    – Co pan będzie z nim gadał! On by chciał wyrąbać całą działkę i tylko maliny zostawić. Jak by tak każdy chciał…
    – Słuchaj pan – zwrócił się Gabryś do mnie. – Jest prawo własności, czy nie ma?
    – Oczywiście, że jest.
    – No i co mi to za własność, kiedy nie wolno mi jej używać! To jest sprawiedliwość?
    – Ale co pan z nim gada! – zirytował się Luśniak. – On ma fisia na tle tej działki. Leśniczy już mu sto razy tłumaczył, a on ciągle swoje: własność, własność. A pole to nie własność? Ma siedem hektarów, to co roku gnoi, orze, sieje. A z lasu to chciałby ino brać. Niech ptaki sieją.
    Ktoś przy sąsiednim stole skinął głową przytakująco i to zmitygowało Gabrysia. Zrobiło się spokojniej, pomyślałem: „Rozeszło się po kościach”.
    Natomiast na dworze działy się rzeczy niesamowite. Wprawdzie nie pamiętam, aby kiedyś w Stroniu wiatr nie hulał, ale to, co dziś wyprawiał, to już były harce niedozwolone. Z siłą huraganu zlatywał ze zboczy Śnieżnika, rozpylał się po szerokim płaskowyżu, owym mikroskopijnym Pamirze, jakim jest Morawka ze swymi zabudowaniami szpitala psychiatrycznego, i stąd jakby wessany, w ciasną dolinę Stronia. Szalał. Słyszeliśmy, jak za oknem gospody łomotało raz głośno, raz jeszcze głośniej – wijjuuu – gwizdało po ścianach. Nikomu nie chciało się opuścić przytulnej izby.
    Ludzie ze Skrzynki czekali na pociąg, a mnie też się nie spieszyło.
    Luśniak, od kiedy go znam, pracował w lesie przy zrywce i obróbce drzewa. W zeszłym roku dwa miesiące koczował ze swymi towarzyszami pod samym szczytem Śnieżnika, na pograniczu świerka i kosodrzewiny. Mieszkali w szałasie, posiłki gotowali nad ogniskiem, raz w tygodniu schodzili na dół po zakupy – w połowie września mróz zaglądał im pod koce. To były taakie czasy! I premia też. Bo raz przyjechali tam delegaci z ministerstwa i widzieli jaka to robota. Ubocza takie strome, że ścięte drzewa razem z gałęziami leciały w dół. Wyciąganiem to już się trudnili sezonowi górale ze swymi końmi. Oni też ściągali w dół stare drzewa, które tam leżały od roku 1950, a było tego ponad tysiąc metrów. To był zastrzyk ponad plan! O, tu jeszcze, w tych dzikich ustroniach, znajduje się trochę grubizny. W przyszłym sezonie Luśniak przerzuca się w okolice rezerwatu 26 – tam jeszcze będzie robota.
    A później?
    Luśniak zdaje sobie sprawę, że i w tych dzikich stronach wkrótce grube drzewa zostaną wycięte. Wie o tym że są to resztki, ale nie zdaje sobie sprawy, że w skali ogólnokrajowej są to resztki żałosne. Zdziwił się, gdy mu powiedziałem, że już teraz kopalniak i papierówkę musimy sprowadzać z zagranicy.
    – Jak to? Przecież widzę, że od nas idzie papierówka za granicę. Sam widziałem, jak jeden Anglik w Trzebieszowicach grymasił, że okrąglaki sękate, czy coś takiego.
    – Tak, Anglia bierze od nas papierówkę pierwszej klasy na produkcję papieru luksusowego, ale na podlejszą sortę jest u nas zapotrzebowanie tak wielkie, że musimy sprowadzać z zagranicy. Bo przecież nie możemy ciąć młodego lasu.
    – No to co będzie, jak my tu, w górach, wydłubiemy te resztki?
    Ha, co będzie… Tysiące głowią się nad tym zagadnieniem, szukają ratunku, ale z drugiej strony ciągle mamy do czynienia z milionami takich oto jak ten Gabryś: „Nie było nas, był las…” Ciekaw jestem, co mi na ten temat powie nadleśniczy Stachurski, którego mam odwiedzić.
    Chcąc nie chcą musieliśmy opuścić gospodę i wyjść na wichurę – moi znajomi ruszyli ku stacji kolejowej, ja w przeciwną stronę. Na drodze mokra, ubita ślizgawica. Gdzieś górą na zalesionych zboczach huczy nieustannie, jakby tam sunęły eskadry bombowców, a rzadko rozstawione lampy elektryczne drgają alfabetem Morse’a – jedna zgasła zupełnie. Mimo woli spoglądam na przydrożne drzewa – obawiam się, czy któreś nie zwali się na mnie pod naporem wiatru.
    Tu gdzieś, za Stroniem, łupnięto żelazem w głowę inżyniera z kamieniołomów, zrabowano 6000 złotych i zegarek. Stało się to wczoraj. Cała okolica jest pod wrażeniem tego wypadku i ja też czuję się nieswojo. Na płaskowyżu Morawki budynki szpitala psychiatrycznego grają harmonijkami świateł – tu już wiatr nie huczy, lecz świszcze w polu.
    Leśniczówka – istny pałacyk. Brama zamknięta, ogromny pies szczeka barytonem – musiałem odczekać długie minuty, zanim mnie wpuszczono do środka. Bardzo się ucieszyłem zastawszy Stachurskiego w domu. Wiedziałem, że jest on członkiem Związku Łowieckiego, toteż zdziwiłem się, gdy zastałem go majstrującego przy drucianych wnykach, których używają kłusownicy.
Szczury – wyjaśnił mi głosem niemal płaczliwym.
    Plaga szczurów. Pobliski budynek szpitalny to kuchnie i magazyny żywnościowe. Stamtąd właśnie szczury urządzają dobrze zorganizowane wycieczki na leśniczówkę. Lubią ciepło stajenne i pewną odmianę w monotonnym jadłospisie szpitalnym. Trudno je stamtąd przepędzić. Do pułapek, szelmy, nie chcą włazić, trutka więcej szkodzi kurom niż szczurom, więc Stachurski zakłada wnuki, a nagle spłoszone bestie, wskakując do dziur, same sobie zakładają stryczek na szyję i giną straszną śmiercią. Ale ta kłusownicza akcja jest beznadziejna, gdyż baza wypadowa szczurów pozostaje pod ochroną zarządu szpitala, tego – jak to określił mój znajomy – „państwa w państwie”. Nikt nic wyraźnego o tym „państwie” nie chcę powiedzieć, przeważnie tylko półsłówkiem lub wymownym uśmiechem, a jeżeli już ktoś wypowie zarzuty i żale pod adresem dyrekcji to: „Na Boga, niech pan o tym nie pisze i mnie w to nie miesza”. Ale dobrze, nie będę pisał. Ani o tym, co jedzą pacjenci, a co powinni jeść, ani o tym, co się dzieje w szpitalnym folwarku w Trzebieszowicach. Nie ma głupich – ja przeciw państwu nigdy nie występuję. I pan Stachurski też nie – gwarantował mi, że w sprawie tych szczurów nie sprowadzi komisji sanitarnej, bo nuż się okaże, że te szczury są potrzebne do doświadczeń wiwisekcyjnych i wtedy co?
    Zresztą ten 40-letni człowiek ma ważniejsze zmartwienie. Mając za sobą dwadzieścia lat praktyki leśnej porwał się na wyższe studia leśne. Spalono go przy egzaminie, więc zabrał się do nauki po raz drugi i w grudniu ubiegłego roku egzamin zdał. Teraz przydałby mu się odpoczynek, ale sam twierdzi, że jego pragnienie wypoczynku jest złudne, bo taką już ma naturę, że nie wytrzymuje bezczynności i kontemplacji – i prawdopodobnie po śmierci wolałby pełnić ciężką służbę w piekle, niż trwać w błogiej nirwanie.
    Jak wszyscy w Stroniu, jest on pod wrażeniem wczorajszego napadu rabunkowego.
Ja nieraz wiozę z Kłodzka nie sześć, a dwanaście tysięcy. O terminie wypłaty wie wójt i cała gromada. Nie mam przy sobie żadnej broni, konwojenta mi nie przydzielają. W pociągu czy na ulicy – pół biedy, ale tu, na tym ustroniu…
   Podczas kolacji gościnny Stachurski stwierdza to, co już wiem: różne resorty naszego przemysłu i budownictwa wyżyłowały las do ostatka. Kto tu najwięcej zawinił, to raczej sprawa nieaktualna, bo nikt nikogo do odpowiedzialności za to nie pociągnie. Chodzi o najbliższą przyszłość lasu. Bo las się kończy – o tym trzeba nie tylko wiedzieć, trzeba szukać środków ratunku. Ogólnie przyjmuje się dwie koncepcje: 1) Techniczną rewolucję w przemyśle drzewnym, tzw. przejście z technicznej obróbki drzewa na techniczno-chemiczną; 2) Zastosowanie ścisłej oszczędności w gospodarce drzewnej.
    Jedna i druga koncepcja teoretycznie jest możliwa do urzeczywistnienia. A praktycznie? Jeżeli chodzi o rewolucję techniczną, budowę fabryk produkujących płyty pilśniowe, miazgę drzewną, celulozę, ligninę, cukier, alkohol, terpentynę, kalafonię, różne fenole, krezole i sto innych, ubocznych, pochodnych produktów – jest to problem zbyt rozległy, trudny, byśmy mogli na ten temat powiedzieć coś istotnego podczas przygodnej pogawędki.
    A jeżeli chodzi o oszczędność… Zgadzam się ze Stachurskim, gdy twierdzi, że łatwiej nam przyjdzie zrewolucjonizować przemysł drzewny, niżeli zdyscyplinować ludzi, nauczyć ich oszczędzania majątku narodowego.
    Pokazał mi kilkanaście egzemplarzy „Lasu Polskiego”.
    – Widzi pan, tu są ciekawe artykuły. Rzeczowe, mądre. Ale to są „głosy wołające na puszczy”. Na przykład sprawa bezpłatnego zbierania jagód i grzybów. Drogo nas kosztował ten piękny gest wobec ludności. Bo ludność się rozwydrzyła. „Las jest własnością Polski Ludowej. Polska Ludowa – to ja. Las jest moją własnością”. Stanowczo powinniśmy pobierać opłaty za zbieranie grzybów i jagód. Niechby tylko dwadzieścia groszy. Chodzi o to, aby zbieracz miał poczucie, że las nie jest krainą bezpańską, że jest majątkiem narodowym, i żeby leśniczy wiedział, kto dziś jest w lesie i co on tam robi.
    – Strasznie nie lubię bić się w piersi, ale… Mieszkając w Trzebieszowicach sam trzebiłem las. Całe lato zbierałem grzyby i ani razu nie spotkałem leśniczego. Upatrzyłem sobie całą kolonię świerkowych suszek, bez wiedzy leśniczego ściąłem je i całą furę przywiozłem do domu. Ja się zadowoliłem żerdziami 10-centymetrowej grubości, ale grubi gazdowie… Kto obliczy, ile grubych kloców w całym kraju idzie do pieca?
    – Nie wiem, dlaczego nadleśniczy Stachurski podczas rozmowy często spoglądał w kierunku szpitala psychiatrycznego na Morawce. Czyżby był to odruch zgoła niewytłumaczalny?
Tylko proszę, niech pan nie pisze o tych sprawach w moim imieniu. To nie są moje sugestie, ja tylko przytaczam opinie tych autorów.
    – Hm….
    – A druga sprawa: czy leśniczy może skontrolować choćby raz w tygodniu 1500 hektarów lasu? Wykluczone. Przecież on musi w biurze wypisywać kwity, sprawozdania, wykazy statystyczne, musi dopilnować robotników leśnych, zwózki drzewa, musi co kilka dni przyjeżdżać do nadleśnictwa, itd… Prawdę mówiąc, jego w terenie nie ma, las jest zdany na łaskę i niełaskę społeczeństwa. Ale na szczęście zaczynami przydzielać każdemu leśnictwu gajowych. Tak, jak to było przed wojną.
    – Z bronią palną czy bez? – zapytałem.
    – Bez broni… Aha, pan myśli, że taki gajowy będzie bezpieczny? Nie, tego bym nie powiedział. On będzie miał pod opieką kilkaset hektarów lasu, będzie stale na swoim rewirze. Ale już sama świadomość, że gdzieś tam niedaleko jest drugi, trzeci gajowy, doda mu odwagi wobec leśnego złodzieja czy chuligana.
    Rzeczywiście. Tak to będzie. Przynajmniej na terenie lasu jakiś porządek. Przyszło mi jeszcze na myśl pytanie, kto będzie pilnował gajowych, tych z bronią czy bez broni, ale dałem spokój. Byłem już śpiący. Gawędziliśmy jeszcze chwilę spoglądając w okno, za którym straszył sudecki wiatr jak młyński czart w filmie Igraszki z diabłem. Umówiliśmy się, że jutro jakimś sposobem ściągniemy tu leśniczych spod Śnieżnika, a jeśli się nam to nie uda, to pojadę autobusem do Bolesławca, a stamtąd na piechotę dotrę do budy leśniczego Oleszewskiego. I dobranoc.
    W gościnnym pokoju na piętrze ciepło i jasno. Gdzieś tam na dworze cienkie gałęzie chroboczą o rynnę i dach, a dalekie światła mikro-Pamiru zdają się drgać w podmuchach wiatru. W siedzibie Dalaj-Lamy służba jeszcze nie śpi, okna jeszcze się jarzą. Któż wie, co się tam kryje poza murami pałacu i w pomroce legend krążących po okolicy?
    Prawdopodobnie to samo, co w innych pałacach tak licznie rozsianych po kraju, tylko, że te inne, zamieszkałe przez znanych już gubernatorów – nie mają w sobie tyle egzotycznego czaru, co ten na Morawce.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ