Zachciało mi się remontu – metoda gospodarcza

0
19

Remont prowadzony „metodą gospodarczą” posiada swoją specyfikę. Nie mam pojęcia, co ten zlepek terminologiczny oznacza, może odnosi się chyba do tego, że to gospodarz gospodarstwa remontuje gospodarstwo?

Zachciało mi się remontu – jak nie nauczyłem się kłaść gładzi

 

Remont prowadzony „metodą gospodarczą” posiada swoją specyfikę. Nie mam pojęcia, co ten zlepek terminologiczny oznacza, może odnosi się chyba do tego, że to gospodarz gospodarstwa remontuje gospodarstwo? Tak czy inaczej, prowadzenie remontu takowym sposobem nigdy nie okazuje się jednoznaczne, szczególnie, gdy gospodarz jest gospodarzem samotnie prowadzącym gospodarstwo. W końcu zawsze zjawi się ktoś nie będący mieszkańcem gospodarstwa, kto pomoże. Mnie na ten przykład mój brat Krzysiek. Ewentualnie synalek Witoldo. Albo mistrz uciskania mięśni, szczególnie kobiecych, Jacek Ninjas, który w sukurs przyszedł mi w awangardzie reszty trzyosobowego tłumu.

 

Już pisałem na łamach Nagela kilkakroć o Jacku i jego przypadłości. W dzienniku remontowym również. Dość na tym, że Ninja niezależenie od wszystkiego jest osobą wielce uczynną i chętną do niesienia pomocy; w razie czego w mordę też potrafi dać. Jak malowanie. Wyobraźcie sobie, że pewnego razu zdołał nawet przeprowadzić przez ulicę niewidomą osobę, która uczepiła się jego ramienia przed pasami. Myślał wprawdzie, że to dowcip kolegów, ale popłynął z rzeką i dopiero po drugiej stronie jezdni przyznał się podopiecznemu, że w zasadzie to on sam też nie widzi.

 

Aż mam ochotę na skreślenie całego elaboratu na temat ociemniałości i widzenia tunelowego, ale to nie miejsce. Warto jednak pamiętać, że znam Dżeksona, jak brata, stąd pozwalam sobie na dezynwolturę w tym miejscu. Co on sam o tym powie – zobaczymy.

 

Zdzwaniamy się z Ninją, że będzie koło trzynastej, bo o jedenastej ma masaż do zrobienia, a potem gna już do mnie. Skrobię więc ściany, czujnie sprawdzając godzinę. Rzecz w tym, że Jacek dociera bez problemu pod mój dom, a pod nim natychmiast się gubi, wobec czego muszę go później szukać pośród tego, jak na Stronie, przepastnego osiedla. Nagle rozlega się łomot w drzwi. Cudem udaje mi się zachować równowagę, by nie spaść z podestu, na którym stoję, drżąc zstępuję po taborecie na podłogę i czmycham przez foliową zasłonę do drzwi. – Poczta! – słyszę głos.

 

 W drzwiach stoi Dżekson. Jest za kwadrans trzynasta. Nadchodzi fala działań około remontowych: powitanie, przekazanie informacji o tym, co na Stroniu, smolista kawa 3×3 (tak pije: 3 łyżeczki kawy na 3 łyżeczki cukru), przekazanie o tym, co w mieście Łodzi (Jacek jest ¼ nogi z Łodzi), celebracja zmiany odzienia – u Ninji – na robocze, wreszcie wyznanie, że zaliczył trzy te krzywe, przeklęte latarnie, co je Łopuch postawił na Nadbrzeżnej, ale tylko czołem, tylko czołem, nos nietknięty! Ja, osobiście, uważam, że to najpiękniejsze latarnie, jakie w życiu widziałem, bo tak krzywią się świerki tam wyżej w górach.

 

Byłem przygotowany, miałem wyznaczony dla Nindży front robót. Oparty zasadniczo na metodzie gospodarczej.

 

Jednym z ostatnich fenomenów życia społecznego w naszym – jak mawia Michalkiewicz – nieszczęśliwym kraju, jest ustawa śmieciowa. Rzecz polega na tym, że zamiast siedmiu złotych, płacę piętnaście. To jednak żaden dylemat. Problem w tym, że przez ostatnie trzy lata segregowałem sobie śmieci i miałem proste rozwiązania: trzy rodzaje kubłów i potrójna, prosta segregacja. Teraz nie wiem, na czym stoję. Od pół roku zmieniają się zasady, stawki, śmieci w kubłach i naklejki na nich. Czekam aż ostanie to jak muł w zmąconym stawie, wówczas się dowiem. Tymczasem postanowiłem uprawiać własną partyzantkę. Otóż mam na podłodze kilkanaście metrów wykładziny, dwie jej warstwy i nie mogę ot tak, zrolować ją i rzucić pod zbiorowisko kubłów, które mamy na podwórzu. Najpewniej spowodowałbym cały społeczny Armagedon: śmieciarze nie wzięliby śmieci, sąsiedzi obrazili się, że leżą i donieśli do burmistrza, ten nałożyłby mi domiar, ja bym nie zapłacił, tylko zezłoszczony wyniósł rulony do lasu. W ostateczności samorząd straciłby domiar, sąsiedzi zyskaliby – czyli też stracili – opinię konfidentów, ja straciłbym dumę, przyroda kolejny oddech. Tylko śmieciarze mieliby to w głębokim poważaniu. Z góry postanowiłem nie dać się tej apokaliptycznej ewentualności: linoleum należy kroić, ciąć, rwać na mniejsze kawałki, pakować do reklamówek i wynosić do kubłów z napisem „ŚMIECI SUCHE”. Takie otrzymał zadanie szeregowy Ninja: dzielić całość na drobiny.

 

I kiedy ja skakałem z twardą, jak myśl pijanego faceta szpachelką między ścianami, Ninja siedział w fotelu z nożyczkami fryzjerskimi (mam taką parę nabytą z trimerem do brody) i ciachał to linoleum. Miałem w tym momencie wszystko, czego od niego oczekiwałem. Wykonywał trudną i żmudną, bo nudną robotę, a do tego opowiadał. A co opowiadał, tego Wam nie powiem.

 

I w tym spokojnym locie metody gospodarskiej objawiła się kolejna jej cecha. Nakarmić osobę, która przyszła z bezinteresowną pomocą. Och! Wcale tego nie trzeba robić, bo nie na tym polega bezinteresowność. Ale rzecz w tym, iż ja uwielbiam gotować i karmić. A osobą wobec, której mogę to czynić najczęściej, jest właśnie Jacek.

Remont prowadzony „metodą gospodarczą” posiada swoją specyfikę. Nie mam pojęcia, co ten zlepek terminologiczny oznacza, może odnosi się chyba do tego, że to gospodarz gospodarstwa remontuje gospodarstwo? Tak czy inaczej, prowadzenie remontu takowym sposobem nigdy nie okazuje się jednoznaczne, szczególnie, gdy gospodarz jest gospodarzem samotnie prowadzącym gospodarstwo. W końcu zawsze zjawi się ktoś nie będący mieszkańcem gospodarstwa, kto pomoże. Mnie na ten przykład mój brat Krzysiek. Ewentualnie synalek Witoldo. Albo mistrz uciskania mięśni, szczególnie kobiecych, Jacek Ninjas, który w sukurs przyszedł mi w awangardzie reszty trzyosobowego tłumu.

Już pisałem na łamach Nagela kilkakroć o Jacku i jego przypadłości. W dzienniku remontowym również. Dość na tym, że Ninja niezależenie od wszystkiego jest osobą wielce uczynną i chętną do niesienia pomocy; w razie czego w mordę też potrafi dać. Jak malowanie. Wyobraźcie sobie, że pewnego razu zdołał nawet przeprowadzić przez ulicę niewidomą osobę, która uczepiła się jego ramienia przed pasami. Myślał wprawdzie, że to dowcip kolegów, ale popłynął z rzeką i dopiero po drugiej stronie jezdni przyznał się podopiecznemu, że w zasadzie to on sam też nie widzi.

Aż mam ochotę na skreślenie całego elaboratu na temat ociemniałości i widzenia tunelowego, ale to nie miejsce. Warto jednak pamiętać, że znam Dżeksona, jak brata, stąd pozwalam sobie na dezynwolturę w tym miejscu. Co on sam o tym powie – zobaczymy.

Zdzwaniamy się z Ninją, że będzie koło trzynastej, bo o jedenastej ma masaż do zrobienia, a potem gna już do mnie. Skrobię więc ściany, czujnie sprawdzając godzinę. Rzecz w tym, że Jacek dociera bez problemu pod mój dom, a pod nim natychmiast się gubi, wobec czego muszę go później szukać pośród tego, jak na Stronie, przepastnego osiedla. Nagle rozlega się łomot w drzwi. Cudem udaje mi się zachować równowagę, by nie spaść z podestu, na którym stoję, drżąc zstępuję po taborecie na podłogę i czmycham przez foliową zasłonę do drzwi. – Poczta! – słyszę głos. 

W drzwiach stoi Ninjas. Jest za kwadrans trzynasta. Nadchodzi fala działań około remontowych: powitanie, przekazanie informacji o tym, co na Stroniu, smolista kawa 3×3 (tak pije: 3 łyżeczki kawy na 3 łyżeczki cukru), przekazanie o tym, co w mieście Łodzi (Jacek jest ¼ nogi z Łodzi), celebracja zmiany odzienia – u Ninji – na robocze, wreszcie wyznanie, że zaliczył trzy te krzywe, przeklęte latarnie, co je Łopuch postawił na Nadbrzeżnej, ale tylko czołem, tylko czołem, nos nietknięty! Ja, osobiście, uważam, że to najpiękniejsze latarnie, jakie w życiu widziałem, bo tak krzywią się świerki tam wyżej w górach.

Byłem przygotowany, miałem wyznaczony dla Nindży front robót. Oparty zasadniczo na metodzie gospodarczej.

Jednym z ostatnich fenomenów życia społecznego w naszym – jak mawia Michalkiewicz – nieszczęśliwym kraju, jest ustawa śmieciowa. Rzecz polega na tym, że zamiast siedmiu złotych, płacę piętnaście. To jednak żaden dylemat. Problem w tym, że przez ostatnie trzy lata segregowałem sobie śmieci i miałem proste rozwiązania: trzy rodzaje kubłów i potrójna, prosta segregacja. Teraz nie wiem, na czym stoję. Od pół roku zmieniają się zasady, stawki, śmieci w kubłach i naklejki na nich. Czekam aż ostanie to jak muł w zmąconym stawie, wówczas się dowiem. Tymczasem postanowiłem uprawiać własną partyzantkę. Otóż mam na podłodze kilkanaście metrów wykładziny, dwie jej warstwy i nie mogę ot tak, zrolować ją i rzucić pod zbiorowisko kubłów, które mamy na podwórzu. Najpewniej spowodowałbym cały społeczny Armagedon: śmieciarze nie wzięliby śmieci, sąsiedzi obrazili się, że leżą i donieśli do burmistrza, ten nałożyłby mi domiar, ja bym nie zapłacił, tylko zezłoszczony wyniósł rulony do lasu. W ostateczności samorząd straciłby domiar, sąsiedzi zyskaliby – czyli też stracili – opinię konfidentów, ja straciłbym dumę, przyroda kolejny oddech. Tylko śmieciarze mieliby to w głębokim poważaniu. Z góry postanowiłem nie dać się tej apokaliptycznej ewentualności: linoleum należy kroić, ciąć, rwać na mniejsze kawałki, pakować do reklamówek i wynosić do kubłów z napisem „ŚMIECI SUCHE”. Takie otrzymał zadanie szeregowy Ninja: dzielić całość na drobiny.

I kiedy ja skakałem z twardą, jak myśl pijanego faceta szpachelką między ścianami, Ninja siedział w fotelu z nożyczkami fryzjerskimi (mam taką parę nabytą z trimerem do brody) i ciachał to linoleum. Miałem w tym momencie wszystko, czego od niego oczekiwałem. Wykonywał trudną i żmudną, bo nudną robotę, a do tego opowiadał. A co opowiadał, tego Wam nie powiem.

I w tym spokojnym locie metody gospodarskiej objawiła się kolejna jej cecha. Nakarmić osobę, która przyszła z bezinteresowną pomocą. Och! Wcale tego nie trzeba robić, bo nie na tym polega bezinteresowność. Ale rzecz w tym, iż ja uwielbiam gotować i karmić. A osobą wobec, której mogę to czynić najczęściej, jest właśnie Jacek.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here