Lost dogs. Dziennik pokładowy R-1 – „Kopaliny”

0
24

Dziennik pokładowy R-1 – „Kopaliny”
Fragmenty
17.IX.1949
Wybrałem ten oficjalny tytuł, bo choć będą to notatki prywatne, to nie będę pisał o mojej rodzinie (no może czasami tylko). Będę pisał o Przedsiębiorstwie Kowarskie Kopalnie, o ich oddziale położonym w Kletnie k/Stronia Śląskiego w kłodzkim powiecie. Nie jestem zbyt sprawny w piśmie, więc jeśli ktoś przeczyta te zapiski, nie powinien mieć do mnie pretensji nijakiej. Jestem technikiem (a właściwie to uczę się uczę teraz na technika), a nie gryzipiórkiem. Podjąłem się jednak tego zadania, bo uważam, że w zakładzie dzieją się dziwne rzeczy. Czasem aż trudne do opisania, a raczej do zrozumienia, albo do przyjęcia na ludzki rozum… Po prostu trudne do wyjaśnienia rzeczy.

Dziennik pokładowy R-1 – „Kopaliny”
Fragmenty
17.IX.1949
Wybrałem ten oficjalny tytuł, bo choć będą to notatki prywatne, to nie będę pisał o mojej rodzinie (no może czasami tylko). Będę pisał o Przedsiębiorstwie Kowarskie Kopalnie, o ich oddziale położonym w Kletnie k/Stronia Śląskiego w kłodzkim powiecie. Nie jestem zbyt sprawny w piśmie, więc jeśli ktoś przeczyta te zapiski, nie powinien mieć do mnie pretensji nijakiej. Jestem technikiem (a właściwie to uczę się uczę teraz na technika), a nie gryzipiórkiem. Podjąłem się jednak tego zadania, bo uważam, że w zakładzie dzieją się dziwne rzeczy. Czasem aż trudne do opisania, a raczej do zrozumienia, albo do przyjęcia na ludzki rozum… Po prostu trudne do wyjaśnienia rzeczy.
PKK to kopalnia. Ale nie węgla, miedzi, złota lub żelazna, tylko fluorytu. Nie znam się na przeznaczeniu fluorytu, znam się na górnictwie i trochę na geologii, ale na fluorycie to w ogóle. Inżynier Iwan Stanisławowicz Zajcew powiada, że fluoryt to topnik, którego używa się w przemyśle metalowym. Dosypuje się takiego fluorytu do żelaza i zamiast roztapiać się w temperaturze 1000 stopni, to roztopi się ono przy 700 stopniach Celsjusza… Nie jestem pewien tej temperatury, ale taki jest mechanizm, takie przeznaczenie fluorytu.
W naszym oddziale PKK pracuje ok. 2000 ludzi. Ilu dokładnie to nie powiem, bo rotacja załogi nie ma końca. Rzecz w tym, że oprócz zawodowych, prawdziwych górników stale trafiają do nas wojskowi z jednostek w Kłodzku. Zdarzyło się też już niejeden raz, że mieliśmy na kopalni oddziały więźniów z kłodzkiego zakładu. To wszystko zmienia się każdego dnia tak, że czasem mam wrażenie, że nikt nad tym nie panuje. Być może nie miałbym pretensji, ale to pociąga za sobą dramatyczne skutki. Dlatego właśnie postanowiłem opisywać ważniejsze wydarzenia w tym zeszycie. Dzisiaj miało miejsce jedno z takich wydarzeń.
Nie chcę tutaj wchodzić w techniczne detali, powiem tylko, że jak w każdej kopalni tak i u nas są szyby poziome i pionowe. W kopalniach węglowych największym problemem jest metan. U nas największy problem to woda. Gaz wybucha czasami, woda stale płynie w dno kopalni skąd nie ma ujścia. Ta woda ma wpływ na to, że w kopalni panuje stale prawie stuprocentowa wilgotność. Po szybach poziomych wyrobiska ludzie poruszają się pieszo, a kamienny urobek transportowany jest na niewielkich kolebach sunących po torach. Szyby pionowe, co oczywiste, to już problem. Ludzie poruszają się w nich po drabinach. Nie jest tak, jak na kopalni węglowej, że wsiadają do klatki, czyli takiej windy i jadą w dół, ale też trudno sobie wyobrazić górnika, który zasuwa kilometr w dół po drabinach. A tutaj właśnie trzeba się poruszać po drabinach, tyle, że najgłębszy szyb na Kletnie ma tylko 100 metrów. Niby nic, a jednak to 30 pięter w dół! Obok drabin, na mechanicznym taśmociągu, poruszają się niewielkie platformy wywożące urobek na górę.
Nikt oprócz nadzoru technicznego – do którego się zaliczam – nie chodzi po drabinach. Wszyscy górnicy jeżdżą na platformach.
Z powodu wilgoci w kopalni wszystko nadzwyczaj szybko rdzewieje i gnije. Co najmniej raz na kwartał urywa się platforma z urobkiem, zdarza się, że z ludźmi. Dzisiaj, nie dalej niż pięć metrów od wyjścia z pionowego szybu urwała się klatka z trzeba żołnierzami. Na niższej platformie jechali kolejni trzej. Wszyscy polecieli w dół. Tylko jeden, jakimś cudem, przeżył.
30.XI. 1949
Moje urodziny. Obiecałem sobie, że nie będę pisał tutaj o swoim prywatnym życiu, ale wydarzyło się coś, co żąda zapisu. Moja ukochana żona kupiła mi w prezencie urodzinowym nowy zegarek, pięknego Poliota w złotym kolorze! Owszem, zegarek to żaden rarytas, ale ten jest nowy. Mało kto ma nowy zegarek, wszyscy noszą jeszcze przedwojenne. Mój nowiutki Poliot wygląda jak Atlantic. Jestem bardzo dumny. Z zegarka i mojej pięknej żony. Na początku nie chciała się przyznać, ale potem powiedziała, że przywiózł go jej pewien radziecki oficer. Moja żona pracuje w sanatorium wojskowym Armii Radzieckiej w Lądku-Zdroju. Jest intendentką na kuchni jednego z sanatoryjnych domów.
Nigdy w życiu żaden prezent nie sprawił mi tak wielkiej przyjemności!
2.I.1950
O świcie, w drodze do kopalni w Kletnie rozbiła się ciężarówka z żołnierzami. Zginęło czterech z nich. Według plotek kierowca był zupełnie pijany. Efekt sylwestrowej biesiady? Szkoda tych młodych ludzi.
23.II.1950
Od dwóch tygodni coś złego dzieje się z moim zegarkiem, z prezentem od żony na moje 26 urodziny. Najpierw się spóźniał, teraz się spieszy. Złości mnie to, więc postanowiłem, że jutro wybiorę się do zegarmistrza, do Lądku.
5.III.1950
Odebrałem zegarek. Wedle słów zegarmistrza chodzi już jak ta lala… to moje cacko ulubione…
9.III.1950
Po uzgodnieniu z żoną zaprosiłem dzisiaj inż. Zajcewa na niedzielny obiad. Trzeci raz. Trzeci raz odmówił. Pracujemy razem od ponad roku. Wiemy o sobie sporo. Nie rozumiem dlaczego znowu odmówił. To podejrzane, bo nawet gdy usiłuję poczęstować go kanapkami, odmawia. Boi się, że go otruję? To niepojęte.
3.IV.1950
Zegarek znowu mi szwankuje. Cholera mnie bierze. W złości poskarżyłem się inż. Zajcewowi, że mi żona taki lewy prezent sprawiła. Spytał w czym rzecz i poprosił o pokazanie zegarka. Oglądając zapytał jeszcze czy noszę go na okrągło. Odrzekłem, że tylko do kąpieli zdejmuję. Otworzył go swoim nożykiem i zajrzał do wnętrza koperty. Chwilę później zamknął go i oddając poradził, żebym zażądał od zegarmistrza zmianę sprężynki. I żebym już nigdy więcej nie zabierał go do kopalni, bo to sprawa brudu i wilgoci.
Jutro pojadę do zegarmistrza do Lądku.
7.IX.1950
Wczoraj wróciłem ze szpitala po miesięcznym pobycie. Miałem wypadek na kopalni.
Tego dnia miałem dyżur nocny. Ok. 1.30 w nocy zaczęła się burza. W nocy na wyrobisku pracują tylko żołnierze i więźniowie. Wydawałoby się, że robota wtedy jest spokojniejsza. Nic z tego. Bałagan jest większy, a efekty produkcyjne mniejsze. Nieważne.
Ok. 2 doszło do największego wyładowania. Piorun uderzył w wierzę transformatorową. Stanęły wszystkie pompy. Usiłowałem uruchomić agregaty. Mamy trzy, żaden nie zadziałał. Zadzwoniłem do elektryków, ale nikt nie odebrał, więc pobiegłem na ich oddział. Dyżur miał tylko jeden, Słotwiński. Był pijany w sztok. Nie miałem już czasu, musiałem zacząć działać jakoś inaczej. Na dole byli ludzie, a wiedziałem, że w każdej minucie spływa tam kilkaset litrów wody. Zadzwoniłem jeszcze na portiernię i wydałem wyraźne dyspozycje: mieli natychmiast poinformować o wszystkim Zajcewa lub Gribojewa. Oni będą wiedzieli, co zrobić. Mieli dzwonić do skutku.
Sam pobiegłem na wyrobisko. Ludzie pozbawieni prądu powoli wydostawali się z kopalni. w myślach dziękowałem Bogu, że zabezpieczaliśmy bezwzględnie każdy poziom w karbidówki. Minęło ponad dziesięć minut zanim dotarłem na najniższy poziom. Wchodzący zdawali mi relację z tego, co dzieje się na dole. Tam ciągle byli ludzie.
Nie jestem w stanie opowiedzieć co działo się później. Pamiętam jedynie wściekłe ilości wody gotującej się na dnie szybu. Potem żołnierza, którego starałem się wyciągnąć i udało nam się przeskoczyć na drugi poziom. Ale tutaj ja utknąłem, a kiedy drobny zawał wysadził bańkę powietrzną, pofrunąłem w fontannie wody na konstrukcję rur i uderzyłem głową. Kask roztrzaskał się jak łupina orzecha. Straciłem przytomność. Wyciągnął mnie żołnierz, którego wcześniej ja wyciągnąłem.
Tej nocy nikt nie zginął. Wszyscy elektrycy wylecieli na zbity pysk, a Słotwiński dostał 2 miesiące aresztu.
1.I.53
Byliśmy z moją żoną na imprezie sylwestrowej w towarzystwie inż. Zajcewa. Inżynier upił się jak bela i w przypływie pijackiej szczerości wyznał mi, że jest majorem Armii Radzieckiej. Potem powiedział jeszcze ważniejszą rzecz: mój zegarek nie zepsuł się od brudu i wilgoci w kopalni. Psuł się ze względu na to, co wydobywamy w Kletnie, a nie jest to fluoryt. To znaczy jest też, ale to tylko przykrywka. W Kletnie kopiemy uran. Uran to promieniotwórcza ruda, z której produkuje się broń atomową. Kopalnia nosi kryptonim „Kopaliny”. Mało oryginalna nazwa… Powiedział mi to wszystko żądając zachowania tajemnicy. Zachowam ją, ale za kilka miesięcy będzie mało istotna, bo kopalnia idzie do likwidacji.

Fakty
W latach 1948 – 53 w Kletnie funkcjonowała kopalnia uranu… Ale po cóż to wyjaśniać, lepiej pojechać tam samemu, do Nieczynnej Kopalni Uranu w Kletnie. Warto.
Powyższa opowieść jest luźną adaptacją wspomnień byłego pracownika Zakładów Przemysłowych R-1 w Kletnie, Mieczysława Musiała, które spisane zostały w wywiadzie przeprowadzonym z nim w latach 90-tych XX w. i opublikowanym w miejscowym dwutygodniku „Wiadomości Lokalne”.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here