Lost dogs. Kościół pw. Wniebowzięcia NMP w Kłodzku

0
35

Kościół pw. Wniebowzięcia NMP w Kłodzku
Kiedy ryżawy chłystek z Hitlerjugend puścił wreszcie farbę, wyszło na jaw, że Twierdza jest zaminowana, a Kłodzku grozi los zbombardowanego Drezna. Przyszłość miasta i jego mieszkańców wyglądała tragicznie. Jedynym ratunkiem dla tysiącletniego grodu stała się niezwyciężona załoga czołgu Rudy 102, który wyprzedził linię frontu o dzień…

Kościół pw. Wniebowzięcia NMP w Kłodzku
Kiedy ryżawy chłystek z Hitlerjugend puścił wreszcie farbę, wyszło na jaw, że Twierdza jest zaminowana, a Kłodzku grozi los zbombardowanego Drezna. Przyszłość miasta i jego mieszkańców wyglądała tragicznie. Jedynym ratunkiem dla tysiącletniego grodu stała się niezwyciężona załoga czołgu Rudy 102, który wyprzedził linię frontu o dzień…
Dobrze, o jakiś tydzień.Do samobójczej akcji rozminowania fortu zgłosili się: silny jak tur i prosty jak stołowa noga, ładowniczy czołgu, plutonowy Gustaw Jeleń oraz dziarski, choć ewidentnie nierozgarnięty, wąsaty sierżant Grigorij Saakaszwili, pochodzący z Gruzji kierowca-mechanik Rudego 102.
Dzielni czołgiści zaraz po wejściu do kłodzkich podziemi natychmiast się zgubili. Nie mogli znaleźć ani superbomby do uśmiercania miast, ani wyjścia, którym do labiryntu weszli. Zgoda, to prawda, że znaleźli kilka wyjść. Raz była to prywatna piwnica z regałami pełnymi pustych weków. Za drugim razem była to alkowa małżeństwa niemieckich emerytów, którzy w erotycznym uścisku zamierzali pożegnać się z tym światem w salwach eksplodującego miasta. Później był jeszcze magazyn – chłodnia pobliskiego warzywniaka, prawdopodobnie, bo znaleźli tam tylko sterty drewnianych skrzynek o zapachu kiszonej kapusty. Zbliżała się jednak godzina, z wybiciem której przywiązany do pala na szczycie twierdzy młody wyznawca narodowego socjalizmu i führera III Rzeszy, dwóch czołgistów, para niemieckich emerytów oraz średniej wielkości miasto miało się pożegnać z obecnością na tym świecie.
Czołgiści postanowili wydostać się z kazamat pierwszym lepszym wyjściem i wiać z miasta gdzie pieprz rośnie. Otworzyli klapę najbliższego włazu licząc na uwolnienie z wojennej opresji. Tymczasem ich nogi stanęły na posadzce barokowego kościoła, tak pięknego, że zapomnieli o bożym świecie, a przede wszystkim, że za chwilę odbiją od portu, wyjdą z baru świat, kojfną w krótkich abcugach… Oniemiali chłonęli magię ociekających złotem ołtarzy i ambon, kunsztownych konfesjonałów, poruszających fresków.
Naraz z zakrystii wybiegł w ich stronę odziany w rajtuzy i zgrzebną koszulę facet z twarzą Borysa Szyca. Za nim, drobnymi kroczkami, gnał mnich w brązowym habicie i krzyczał:
– Mistrzu Michale, mistrzu Klahr, dajcie się przekonać, wszak jesteśmy w Najświętszej Marii Pannie u kłodzkich jezuitów, gdzie swoje szkoły zaczęli!
Zanim czołgiści zdołali się dowiedzieć do czego człowiek o fizjonomii Artura Barcisia chce Mistrza Klahra przekonać, coś huknęło w głębi kościoła i rozległ się wściekły wrzask.
– Cięcie! – brzmiał piskliwy, lecz bez wątpienia męski głos. – Niech mnie ktoś zastrzeli! Ja tak dalej pracować nie mogę! Znowu obcy na planie!

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here