Paard Van Troje – Den Haag

0
36

Parę dni temu postanowiłem odwiedzić stronę Lake Street Dive, ot, zobaczyć czy może nie grają w Holandii, gdy właśnie tutaj jestem (w Polsce nikt jeszcze nie wpadł na pomysł, żeby ich zaprosić; widać nie są znani). Ku zaskoczeniu okazało się, że będą właśnie w Europie i 14 maja zagrają w Hadze.

 

Parę dni temu postanowiłem odwiedzić stronę Lake Street Dive, ot, zobaczyć czy może nie grają w Holandii, gdy właśnie tutaj jestem (w Polsce nikt jeszcze nie wpadł na pomysł, żeby ich zaprosić; widać nie są znani). Ku zaskoczeniu okazało się, że będą właśnie w Europie i 14 maja zagrają w Hadze. Było nie było, z wolna zacząłem „pracować” nad Becikiem, żebyśmy pojechali. Dziewczyna morowa, wyczuła natychmiast, że zależy mi bardzo na tym koncercie.

Po drodze zajechaliśmy do Jagody, gdzie zostawiliśmy samochód Becika i już z przemiłą Jagodzińską (którą poznałem zaledwie tydzień temu na zorganizowanym przez Beatę rodzinnym raucie) wyruszyliśmy do Hagi. Droga krótka, nie zajmująca.

Samej Hagi widziałem kilka przecznic, szczęściem moim, domy towarowe i butiki były już zamknięte, więc dziewczęta zrezygnowane trochę zaciągnęły mnie do jakiegoś pubu na szybką kawę i siku. Poplotkowaliśmy co nieco i po kwadransie poszliśmy do klubu „Paard Van Troje”.

Za bilet zapłaciłem w sumie 12 i pół euro, czyli tanio mi to wyszło, biorąc pod uwagę, iż pewnie za rok lub dwa ich koncerty będą kilka razy droższe. „Paard Van Troje” taki sobie, żadnych frykasów. Za to salka koncertowa do rzeczy, malutka, idealna do nagrań na żywo. Z mikroskopijnym balkonem i równie niewielkim barkiem, którego bufetowa (kolejna uderzająco piękna Holenderka) zalała mnie piwkiem, gdy je kupowałem. Dziewczyny natychmiast ewakuowały się na piętro. Becik znała LSD z moich: musisz koniecznie tego posłuchać i patrz jaka ta Rachael piękna! Nie znaczy to, że w drodze powrotnej nie przyznała szczerze, że nie przepadała za Lake Street Dive, gdy jej ich puszczałem, a koncert tylko potwierdził jej niechęć do bandu (tym bardziej jej postawa – to że chciało się jej do Hagi jechać – jest godna podziwu).

Przez cały występ stałem pod sceną. Jeśli lubię nagrania LSD i to w zasadzie wszystkie, a niektóre jeszcze bardziej, to koncert sprawił mi przyjemność wręcz nieopisaną. Nie ma cienia wątpliwości, że ten zespół stoi głównie na wokalnym talencie i charyzmie Rachael Price. Dziewczyna nie oszczędzała się w żaden sposób podczas występu i było kilka takich momentów, że gdybym nie był łysy jak kolano, z pewnością cała czupryna stanęłaby mi na sztorc. Cóż, zostały mi tylko ciarki biegnące po plecach.

Muszę szczerze przyznać, że dawno nie byłem koncercie, który zachwyciłby mnie w podobny sposób (chyba ostatni to Raz, Dwa, Trzy na lądeckim PFG; no, dobrze, jeszcze -123min. Też w Lądku-Zdroju, tyle że w amfiteatrze). Bridget poczarowała ze dwa razy na kontrabasie składając się prawie w pół, Calabrese trzymał wszystko w kupie, a Olson zrobił kilka niezłych popisówek na trąbce. Price na jeden kawałek wzięła nawet gitarę Olsona, co było dość zabawne, miałem wrażenie, że pierwszy raz trzyma w ręku gitarowe piórko. Duża dynamika, świetnie spreparowane kompozycje i, raz jeszcze powtórzę, cudowny jazzowo-soulowy głos Price, wszystko to na absolutnie światowym poziomie i cholernie pasującym do knajpy. Palce lizać.

I tylko szlag człowieka trafia, że tego typu muzyka jest trochę jakby jednak niszowa, że ten zespół z porządnym jazzowym zadęciem zrobi pewnie karierę, ale tylko do pewnego poziomu. Bądź co bądź, ludkowie ci są młodzi, więc stoją dopiero na progu swej artystycznej drogi.

 

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here