Krople rosy

0
79

Krople rosy
Rankiem wstałem nieszczęśliwy, że wstałem. Nawet się zdziwiłem.

Krople rosy

Rankiem wstałem nieszczęśliwy, że wstałem. Nawet się zdziwiłem. Na ogół wstaję jak tabula rasa, znikąd spływają na mnie melodie starych przebojów Franka Sinatry, Deana Martina, Ewy Bem i Alibabek. Postawiłem czajnik na gaz. Jego szemranie przygłuszyło sąsiedzkie ruszenie z parkingu, który mi burmistrz Łopusiewicz wylał pod oknem. Chyba z pięciu wystartowało jak w Grand Prix Bahrajnu. Uciekłem do łazienki, wysikałem miraże nocy, przemyłem wodą oczy. Dzielnie wróciłem do kuchni, zalałem kawę i postawiłem na blacie. Postanowiłem nie poddać się nastrojowi. Usiadłem do stołu i otworzyłem notes, zdjąłem obsadkę pióra. Tym bardziej, że za plecami miałem otwarte okno, zza którego do mieszkania wlewało się poranne słońce z całym ptasim ambarasem. Ledwie skreśliłem pierwsze słowo, z oddali dotarły do mnie groźne odgłosy wiosennej ofensywy: szwadron kosiarzy z zakładu komunalnego zaatakował trawniki na Morawce. Resztki trawników. Pobłogosławiłem w duchu burmistrza Łopusiewicza, że tak ładnie większość z nich wyłożył asfaltem i wybrukował pięknie betonem. Kosiarze umysłów przeszli bokiem jak wczorajsza popołudniowa chmura, która zlała sążniście Lądek, na Stronie nie zrzucając ani kropli. I tak, pomyślałem, że mam po ptokach. „Dupa z czytaniem, chuj z popisaniem”, jak mawiał defetysta Miauczyński Adaś. Uparcie skreśliłem drugie słowo, uniosłem pióro nasłuchując koniecznego w takich seriach tsunami… Ale nie, nic… Tylko sektor ptasi nadaje niezmordowanie… Poza tym cisza… Piszę…

Każdego dnia zupełnie nieświadomie zaklinam rzeczywistość, wierzę tępo w to, że panuję nad nią, trzymam ją w ryzach umysłu, nie pozwalam jej hasać własnymi ścieżkami. Co więcej, zdaje mi się, że jestem przygotowany na każdy podmuch Chaosu, na każdy obrót koła obłąkanej Fortuny. Od czasu do czasu dociera jednak do mnie, że to nie Chaos, nie Fortuna, lecz ja jestem wariatem. Jestem zupełnie szalony, jeśli choć myślę, że rzeczywistość da się zakląć. Wierzyć w to jest już zupełnym obłąkaniem.

Kawa do połowy wypita zastyga w kubku. Nabieram nagłego rozpędu: łazienka, zęby, ręcznik, krem, pokój, spodnie, skarpetki, przedpokój, buty, bluza, torba, wróć! notes, okulary do torby, do roboty, do pracy, kaszkiet na głowę, wybiegam.

O tej porze na przystanku zawsze czeka kilka osób. Na krawędź pętli podjechał busik Beskidu. Usiadłem, wyjąłem telefon, żeby napisać do Izy. Temat pojawił się nagle. Moja klątwa, skaranie boskie, potępienie niewiernego. Wcale nie żartuję: na dziesięć podróży komunikacją publiczną, trzy z nich odbywam słuchając faceta, który wyje, że pójdzie gdzieś boso. Jakaś cholerna anatema! Schowałem szybko telefon, żeby nie skreślić do Izy całej litanii narzekań, przekleństw, złorzeczeń. Kusiło mnie, ale po co jej moja złość?

Tsunami jednak musi nadejść, myślałem, na kolejnym przystanku wsiądzie zaperzony wierzyciel, porzucona kiedyś kochanka, w najlepszym razie rozmodlony dżihadysta z malutkim detonatorem. Jest kilka osób i nieznośny brak zagrożenia… Ale jest co innego. Na odwyrtkę. Są moje perełki na dnie.

C. i Z. Pierwszy trzydzieści kilka lat, drugi pod pięćdziesiątkę, ale na oko rówieśnicy. Powszechnie znani. Obaj na wytłumiaczach, z obwisłymi nieco ramionami, o twarzach pozbawionych mimiki innej, niż fizjologiczne grymasy. Siadają tuż za mną. Ich rozmowa to zlepek wolno wypowiadanych fraz, które z trudem zamykają się w ledwie czytelną wypowiedź.
– Ale ta pogoda dzisiaj…
– Wczoraj, kurde, wczoraj normalnie siedziałem, a tu jakiś krzyk kobiety słyszę i, kurde, patrzę, a tu gościu jakiś kobiecie torebkę, kurde, wyrywa i ucieka… (Pauza z ciamkaniem i połykaniem pomysłów na rozwój narracji.)
– Ale te ludzie to są…
– To żem się zerwał, kurde (namysł nad kolejną sekwencją scenariusza), pobiegłem i dopadłem gościa, zabrałem mu te torebkę i mówię, co ty, gościu, myślisz, że ja biegać nie potrafię? (Słyszę lekkie pochrumkiwania… świnka wietnamka? młody buldożek francuski?) Gościu normalnie, kurde, myślał, że ja biegać nie potrafię, a ja żem go dogonił i złapał za wszarz, co ty, kurde, gościu, myślisz, że ja szybki nie jestem i cie nie złapię? Żem mu powiedział i żem, kurde, zabrał torebkę.
– Tną te drzewa jedno za drugim…
– I oddałem torebkę, kurde, kobiecie (krótka pauza, bo nie ma czasu na fantazje) a ta szczęśliwa była jak nie wiem, bo w środku i szminki, kurde, i lusterka, pudry jakieś.
– Jak milicjant…
– Pewnie, kurde, bo ja bym chętnie został milicjantem (pauza na wizję wymarzonej policyjnej roboty – biegania za łotrami). Wystarczająco, kurde, szybki jestem (zassanie śliny wymykającej się kącikami ust na brodę), ale cały problem to egzaminy do takiej, kurde, milicji…
– Do gołej ziemi tną (przerwa dla myśli kolebiącej się nad głową). I po co im tyle tego drzewa? Po co?
– Ta pogoda, że nie wiadomo jak się ubrać. Ciepło będzie?
– Też bym do milicji… Dziewczyny milicjantów lubią…
– Patrz, patrz ile tych, kurde, drzew wycieli! Pewno na deski…
– Policjantów lubią… Milicjantów nikt nie lubił…
Wysiadają na tym samym przystanku. Puszczam ich przodem, asystuję im w drodze, bo idziemy w tę samą stronę. W końcu panowie skręcają.

Szedłem do CKIR-u uśmiechnięty, zapamiętywałem zasłyszaną przed chwilą rozmowę. Byłem szczęśliwy, nie bałem się już lawiny codzienności, pod którą zaraz wejdę. W weekend zagram w totolotka, rzuciłem w myśli, wygram te sześćdziesiąt baniek, w końcu, jak widać, w czepku jestem rodzony.

I wygrałbym. Tyle, że zapomniałem zagrać.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ