Koleżeńskie żarciki

1
92

Kronika wypadków wujaszka Ninji

Koleżeńskie żarciki

Od dłuższego czasu rozmyślam nad spisaniem przypadków Jacka Ninjasa w jednym miejscu. Póki co nie mam jednak czasu. Pozostaje spisywanie tych historii osobno, byle nie spadły w nieznane czeluście pamięci.

Parę dni temu Monia wspominała dawne dzieje, kiedyśmy pracowali u Achrema, szczególnie wspominała niecne żarciki Radka. Nazajutrz chyba naszła mnie chęć na zrobienie podobnej do Radkowej hecy, choć może bardziej złośliwej.

Jak wiadomo, wujaszek Ninja jest osobą niewidomą; jeszcze kilka lat temu był w stanie tym swoim widzeniem tunelowym przeczytać małe literki, a nawet wystukać sms-a na telefonie, ale dzisiaj, cóż, po prostu nie widzi.

Nie znam zbyt wielu niewidomych, po prawdzie znam tylko jedną taką osobę, Jacka Ninję właśnie, więc nie mam pojęcia czy wszyscy oni są podobnymi kawalarzami, czy Ninjasek jest osobnym gatunkiem. Dość na tym, że lubimy sobie od czasu do czasu uskutecznić jakiś żarcik, szyderstwo, czy inny dowcip. Ostatnio widujemy się – to znaczy ja tylko widuję wujaszka, on mnie nie za bardzo – raczej rzadko, więc pozostaje nam telefon, a że chłop nie widzi, to nie piszę do niego, tylko dzwonię; on do mnie też tylko dzwoni. Pomyślałem, że napiszę mu zgapionego od Radka sms-a, a że sam nie przeczyta, pójdzie do sąsiadów, żeby oni mu przeczytali. Już sobie wyobrażałem jak idzie do Ani i Andrzeja, którzy czytają pierwszą wieść: „Robię kupę”, a potem drugą: „I sikam”. Z uśmiechem od ucha do ucha wklepałem wiadomości i wysłałem.

Po dwóch godzinach rozlega się sygnał telefonu i wyświetla nazwisko Jacka. Mam cię, bratku – pomyślałem i odbieram rozmowę z nadzieją, że już dali się nabrać.
– Przeczytałeś sms-a? – Pytam bezmyślnie, bo już nie mogę wytrzymać.
– Nie, jeszcze nie. – Twierdzi.
– Łe… – oburzam się mocno rozczarowany.
– Nie, jeszcze nie, bo muszę ci coś opowiedzieć.
– Dawaj – mówię.
– Słuchaj, wszedłem przed chwilą do „Klina”, żeby kupić papierosy i staropolankę. Kupiłem, wychodzę, skręcam i po kilku krokach słyszę jakiś ochrypły głos: E, kierowniku, tam jest piń! Dobra, dobra, odpowiadam, dziękuję! Ruszam dalej i myślę o co facetowi chodzi, jaki piń? Może pin, pina ode mnie jakiegoś chciał, ale po co?  I nagle, jak nie wykurwiłem czołem w drzewo, to mi się gwiazdki pokazały!
I pośmialiśmy się obaj z kolejnego teatrzyku, który Ninja urządził przygodnym widzom.
– Człowiek nawet na starość uczy się nowych słówek – skwitował – piń!
Co do sms-ów, to zadzwonił wieczorem. Aj! Trafiło na Renię, która zna mnie znacznie lepiej od sąsiadów Ninji. Oczywiście uśmiała się.
Miło, ale ja tak marzyłem o konsternacji na twarzach sąsiadów Ninjasa.

1 KOMENTARZ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ