Kim, do kurwy nędzy, jest Anna Frank?!

1
110

Ja to już we wczesnej młodości dokonałem – na własne konto – sekularyzacji wszelkich dóbr kultury; tych już poznanych i tych, które zaocznie skazałem – Biblii nie wyłączając – na wypływy choćby i genialne, to jednak ludzkie, no, arcyludzkie najwyżej. Zgoda, wciąż tam jeszcze ulegałem kolejnym fascynacjom, ale były to miłostki pompowane moją z góry założoną niewiernością i ani mi w głowie stanęło zatrzymanie się, by pobudować komuś ołtarzyk z tabernakulum mieszczącym jego dzieło. Prułem wprzódy po kolejnych truchłach przed chwilą jeszcze wypełnionych życiem książek, filmów, obrazków i rzeźb, wciąż pragnąc czegoś bardziej nowego, bardziej poruszającego, zmuszającego mnie do jeszcze odważniejszych autowiwisekcji, bo w ostateczności tylko to się liczyło, jak głęboko w siebie zdołam za sprawą literatury i sztuki wejrzeć. Gdy jednak teraz wspominam tamte lata, myślę, że najważniejsze wcale nie były autopsychoanalizy wywoływane kolejnymi lekturami, czy filmowymi seansami, lecz te momenty zetknięć z nowym, chwile prawdziwych olśnień, lub tylko euforycznych eksplozji, o które zawsze przyprawiało mnie przekraczanie granicy znanego, wchodzenie w nieznane.

Kilka dni temu, w niedzielę chyba, rozpoczął się XX Wielkanocny Festiwal Ludwiga van Beethovena organizowany przez madame Penderecką. Trochę śmieszna ta świąteczna nazwa, ale pal sześć, bo chodzi o co innego: w trakcie inauguracji festiwalu – czyli fanfar na cześć sponsorów – wybuczany został w najlepsze obecny minister kultury, niejaki Piotr Gliński. Tego samego dnia w internecie radośnie komentowano to wydarzenie, następnego zaś w prasie i innych mediach na różne już sposoby. Ogólnie, rzecz jasna, podkreślano „polityczny charakter” tego wydarzenia, ale znalazł się też jeden wielbiciel sztuki, prawdziwy obrońca kultury. W Natemat.pl czytamy: Nie wszystkim ze środowiska to się podobało. Andrzej Łukasik, wiceszef Towarzystwa Przyjaciół Muzyki im. F. Chopina, takiego zachowania nie zamierza pochwalać i tolerować. – Miejsca tak kulturalne jak teatr czy filharmonia powinny być dalekie od chamstwa. Trochę idę na skróty, ale niektóre rzeczy graniczą z bardzo nie eleganckim zachowaniem. Dlatego nazywam je po imieniu. Istnieją granice, których nie wolno przekraczać – mówi*.

Co do ministra Glińskiego, to za chwilę do niego wrócę, na razie jednak o wypowiedzi prezesa kieleckiego stowarzyszenia.

Jakiś rok temu byłem z ekipą Teatru Stąd w Grójcu na takim maluśkim grójecko-lądeckim festiwalu teatralnym. W ciągu dwóch dni jego trwania widziałem (ale przede wszystkim słyszałem) podczas spektakli m.in.:
– babę ciamkającą mordoklejkę, której celofanem szeleściła mi później z dziesięć minut,  dopóki jej nie opierdoliłem, bo na scenie leciał jakiś monodram i nic nie słyszałem przez to jej miętoszenie; nerwowy jestem w takich razach bardzo;
– babę – siedziała pośrodku widowni w towarzystwie koleżanek chyba – umawiającą przez telefon komórkowy wizytę pacjentki w swoim gabinecie ginekologicznym (na scenie – znowu jakiś wymagający skupienia spektakl);
– dziadka przemierzającego salę w zimowych butach, które skrzypiały jak podłoga w dwustuletnim domu, albo jakby same były z desek tej podłogi sklepane; skądinąd byłem pewien, że dziadzio przed chwilą wyszedł ze stawu, albo urwał się z grupy grającej gdzieś obok Niech sczezną artyści.
O dziwo jednak doszło do tego, że przekroczyłem swoją irytację, gniew i tak zwany wkurw, by w obronie przed zupełnym szaleństwem, przypomnieć sobie, że zaraz, zaraz, przecież teatr w swych pierwocinach wcale nie był żadnym sanktuarium, jakąś świątynią sztuki, namysłu, dumania itd.

I nie mam wcale na myśli prymitywnych plemiennych form, jasełek czy innych jarmarcznych fizdrygałek, wprost przeciwnie, chodzi mi o teatr wysokiej próby: starogrecki, hiszpański i elżbietański. Cóż, wprawdzie moja wiedza w kwestii obyczajów widzów tamtych epok jest niewielka, ale z tego, co wiem, nie byli to zbyt poprawni konsumenci kultury. Trudno się dziwić, nie modlili się przecież w kościelnej nawie, albo bóżnicy czy innej synagodze, bo do teatru szli po solidną rozrywkę z morałem, który mógł być znakomitym pretekstem do dyskusji w gronie rodziny i przyjaciół. A czy opera była inna? Ludzie szli na operowe przedstawienia zaopatrzeni solidnie w wiktuały i gąsiory napojów, zupełnie jak jeszcze kilka lat temu na mecze żużlowe, szli całymi rodzinami.

Oczywiście, teatr i opera znacznie ewoluowały od czasu ich plebejskich, ludycznych, odpustowych początków. Ajschylosa, Lope de Vegę, czy Szekspira był w stanie zrozumieć prawie każdy, a weź teraz i wybierz się do teatru i zrozum takiego Ionesco, zakumaj Becketta, ba, co tam autorzy! Tych możesz w domu sobie poczytać, teraz się idzie na Ionescę Klaty, Becketta Skotnickiego, Dostojewskiego Wajdy, Jelinek Marciniak! No, spójrzmy, na ten przykład ostatni właśnie, bo  poszliśmy niedawno na skandalizującą Śmierć i dziewczyna: człowiek siada gdzieś na balkonie, kurtyna się unosi i zaczyna się przedstawienie, i tak patrzysz i słuchasz i tak próbujesz zrozumieć o co im tam na scenie chodzi, naprawdę chcesz pojąć „kim, do kurwy nędzy, jest Anna Frank?!” Ale że się do spektaklu nie przygotowałeś, nie posiadłeś „odpowiedniej kompetencji”, toś w dupie czarnej. Szybko więc na fali niewiedzy rośnie złość (wypadłem z obiegu czy co? się stary zrobiłem, bo nie pojmuję? czy nie przegapiłem czegoś? itd.) i nie daj Boże, żeby ci ktoś nagle zaczął obok żreć popcorn, paplać przez komórkę, albo podrywać kobitkę z sąsiedniego fotela – lanie w mordę nieuniknione. Dopiero po kolejnym kwadransie orientujesz się, że tutaj o nic nie chodzi, że dałeś się jak byle gówniarz nabrać jakiejś lasce co ma dyplom reżysera i jedyne, co ci zostaje w tej sytuacji, to cieszyć się, że przynajmniej aktorzy unieśli sztangę, że przynajmniej oni dali z siebie ile można, by ten bełkot cię nie zamęczył, no i że drogo cię to nie wyniosło. I w końcu później o spektaklu możesz powiedzieć: – Ty wiesz, byłem na tej Śmierdzącej dziewczynie. – Że jak? – ktoś zapyta na to. – No wiesz Śmierdzi dziewczyna, ha, ha. – I co, i co? Była ta pornografia? Była? – Gówno tam było! – odpowiadasz i ciągniesz z kufelka potężny łyk piwa.

A zatem wszystko płynie. I sam teatr, jak widać, ewoluował, zmienił się również widz i charakter jego uczestnictwa w tym wydarzeniu, zmieniły się powody, dla których do niego chodzimy. Dzisiaj spora część odbiorców teatru, opery, filmu itd., w żaden sposób nie konsumuje ich w ramach jakichś własnych praktyk intelektualnych czy duchowych. Fakt, że po prostu nie posiadają do tego zdolności niczego nie zmienia – ludzie ci uczestniczą w tego typu kulturze z uwagi na jej dystynkcję. To trochę jak z pewnym typem „narciarzy”, którzy kupują najdroższy, najbardziej kolorowy sprzęt narciarski, kostiumy, kaski itd., jadą do kurortu i stoją w tym sprzęcie gdzieś na stoku, robią sobie zdjęcia, przy czym o jeździe mowy nie ma. Mówiąc wprost, to się nazywa snobizm. Konsumpcja pewnych dóbr kultury w mniemaniu pewnych grup społecznych nobilituje, uszlachetnia, podnosi społecznie.

Ja doceniam sztukę i czasami nawet poważnie ją traktuję, doceniam dobry teatr, film, jakiś ładny landszaft czy figurę św. Trójcy na rynku w Lądku-Zdroju. Co więcej, za wspaniały uważam fakt, że istnieje przestrzeń ludzkiej aktywności, w której znikają różnice klasowe, problemy ciężaru kieszeni, pytania o poziom i rodzaj wykształcenia, bo takie możliwości daje współudział w kulturze: literaturze, sztuce, muzyce. Z trudem jednak znoszę, albo raczej nie znoszę wcale robienia ze sztuki świętości, a z teatru czy gmachu opery świątyni. No bo cóż to znaczy – świątynia sztuki? Czy to znaczy, że Andrzej Łukasik, flecista z Kielc, w teatrze lub filharmonii nie sika, ani kupy nie robi, że siku i kupę zabiera do domu, albo do knajpy, do której po spektaklu idzie na kawę, lub wyszukanego drinka (po wizycie w świątyni nie wypada wszak najebać się browarami, albo wódą, lecz Courvoisierem, Lagavulinem, albo Metaxą 12, to jak najbardziej kulturalne)?

Kończąc temat „świątyni kultury”, uważam, że zachowanie kulturalne oznacza tyle, że nie należy przeszkadzać innym w odbiorze dzieła, które ma być w teatrze, filharmonii czy operze prezentowane. Nie widzę problemu w tym, że ktoś kogoś – szczególnie zaś ministra Glińskiego – wybuczał w filharmonii, o ile nie przeszkodziło to nikomu w późniejszym odbiorze Beethovena. Tak samo nie widzę problemu w tym, że posłanka Pawłowicz plecie bzdury o Wisławie Szymborskiej, a rzeczony minister Gliński wypowiada się na temat spektaklu, którego nie widział itd. Sztuka nie może być hermetycznym słoikiem, przestrzenią świętych przywilejów, zoną tabu, na którą nie wolno wpuszczać profanów, wprost przeciwnie – są jej bardzo potrzebni, może nawet niezbędni, taka jest bowiem natura rzeczy na tym padole: istnieje zboże i plewy, które trzeba od niego oddzielać. I myślę, że dla wolności sztuki o wiele groźniejszy jest Andrzej Łukasik, flecista z Kielc, ze swoją dulszczyzną, niż posłanka Pawłowicz ze swoją szczerą, wspaniałą głupotą. Flecista z Kielc szkodzi sztuce o wiele bardziej od słuchaczy, którzy wybuczeli ministra.

Tak oto ze świątynią może i skończyliśmy, ale nie skończyliśmy z klasowym charakterem udziału w kulturze. Niestety, tutaj właśnie pies pogrzebany, bo tu objawia się cały paradoks kondycji, a w zasadzie społeczna paranoja, w jakiej utknęła sztuka i jej rola we współczesnym świecie: z jednej strony jest to przestrzeń niezwykłej wolności, w której rozpływają się nasze role społeczne i przydziały klasowe, z drugiej jednak sam akt wejścia w tę przestrzeń, sam fakt konsumowania jej dóbr wyraźnie określa nas społecznie, wtłacza nas w pewną grupę, wydziela z innej.

Podziału tego nie widać jeszcze tak dobrze w przypadku czytelnictwa – wszak lektury czytamy raczej indywidualnie – jak w przypadku uczestnictwa w wernisażu czyjejś wystawy, szczególnie zaś w przypadku muzyki, o ile bowiem w domu możemy sobie serwować, co nam się podoba, o tyle udział w koncertach i festiwalach jest już publiczną manifestacją przynależności do określonej grupy odbiorców.

W ostatnią sobotę wybrałem się z Izą, jej przyjaciółką Elą, Natalią i Witkiem na koncert pianisty jazzowego Brada Mehlda’u do Narodowego Forum Muzyki we Wrocławiu. Miesiąc albo dwa cieszyłem się z tego pomysłu. Niewielu jest żywych artystów, na których występ wybrałbym się bez narzekania, a tu proszę, taka gratka. Nie byłem na Jarrecie w Köln w 1976., to chociaż będę na koncercie Mehldau’a we Wro w 2016.!

Muzykę „Brad Mehldau Trio” – ze sporą kolekcją ECM Records, dla której wprawdzie sam nic nie nagrał – polecił mi mój Synuś kilka lat temu. Szybko nasyciłem się tym ich koncercikiem z 2008 r. i poczuwszy głód, zabrałem się za słuchanie kolejnych płyt i solowych nagrań pianisty. O! A tak występ Mehldau’a zapowiedziało NFM na swojej stronie:

mehldau do tekstu

Straszne dziecko jazzu, nieźle, prawda? Nie będę się jednak dalej rozlewać nad „postacią” Mehldau’a, który uważany jest obok Keitha Jarrett’a za jednego z największych improwizatorów fortepianu w historii jazzu – osobiście dodałbym do nich Komedę – ale opowiem krótko o samym koncercie.

Nie jestem muzykiem, więc nie powinienem mówić tutaj o profesjonalizmie tego, co Mehldau we Wrocławiu zaprezentował. O tym krótko, lecz sensownie pisze Magdalena Talik:

http://www.wroclaw.pl/brad-mehldau-w-nfm-rewelacyjny-koncert

Jestem za to melomanem, wielbicielem jazzu, który w pewnych jego kanonach jest nieźle osłuchany, co daje mi podstawową kompetencję do odbioru tej muzyki – wybitną przyjemność wynikającą z jej słuchania. Co więcej, jestem całkiem nieźle obyty w różnych wydarzeniach artystycznych, mogę więc z pewnym dystansem spoglądać na całość przedsięwzięcia, nie tylko jego artystyczną stronę.

Była to moja pierwsza wizyta w tym przybytku NFM. Obiekt robi spore wrażenie i wielką frajdą jest przebywanie w nim w chwili, gdy dosłownie pachnie jeszcze świeżością. Już w środku, w wysokim holu, miałem wrażenie, że wsiadłem pod pokład potężnego, oceanicznego statku. I rzeczywiście w pewien sposób była to podróż transatlantycka.

W foyer Sali Głównej KGHM tłum w stonowanych strojach, za to w różnym wieku; choć nastolatków nie widziałem. Publiczność – taki widać był zamysł organizatora, bo wszystkie bilety zostały wyprzedane – wypełniła parter i pierwsze piętro sali, a biorąc pod uwagę, że sala ma 1800 miejsc, przypuszczam, że widownia liczyła ok. 1000 osób. Ponieważ pianista nie odwiedzał w Polsce innego miasta poza Wrocławiem, założyłem, że w NFM pojawili się wielbiciele jego twórczości z całego kraju. Na scenie fortepian, przed nim krzesło. I to tyle. Asceza. Zanim przygasną nieco światła, Witek mówi, że jakiś jego koleżka pracuje w Forum i koleżka ów opowiadał, że przez dwa dni szukali dla marudnego Mehldau’a odpowiedniej dla jego potrzeb… ławy do fortepianu.

Po krótkiej zapowiedzi organizatora, na scenę wychodzi facecik w koszuli w kratę, bordowych spodniach i tenisówkach. Nie wiem czego oczekiwałem, lecz jego skromność trąci mi mocno bufonadą. Ale co tam! Mehldau kłania się, bez słów siada przed instrumentem i zaczyna grać.

Artysta podzielił koncert na dwie niejako części, a na żądania publiczności powiększył o cztery bisy. Pierwsza część występu rozczarowała mnie, najpierw dlatego, że sam początek słabo słyszałem (nie wiem czy nie uruchomiono jeszcze nagłośnienia, czy może ja sam nie byłem po prostu wyciszony), po drugie, bo miałem wrażenie, że Mehldau maca się jeszcze z instrumentem, wyczuwa go, że rozpoznaje akustykę sali i energię przyniesioną przez publiczność. Do tego maniera skromności, z jaką wyraźnie się obnosi, aż nadto mnie bawiła. Widać jednak chłop poczuł wreszcie dobrą chemię, bo po krótkiej i niezwykle – a jakże – skromnej wypowiedzi, zrobił mi takie pranie mózgu, że sobie nawet przypomniałem, co realnie oznacza słówko katharsis. Grał po prostu fenomenalnie, a kiedy otwierał się w kolejnych frazach, czułem to, co czuję zawsze zbliżając się do końca dobrej książki: czy to musi się kończyć? Później były jeszcze doskonałe improwizacje na bisach i tak, zamiast 90 minut, koncert trwał 110, co u muzyków tego pokroju nie jest częste.

Z jednej strony wrocławski koncert Brada Mehldau’a był wyjątkowym wydarzeniem artystycznym, które mógłbym porównać do koncertów w ramach Festiwalu Chopinowskiego, z drugiej jednak – podobnie jak one – wymagał od słuchaczy wrażliwości i osłuchania, jakimi nie cieszą się wszyscy ludzie, ba, mało kto takie zdolności posiada. Bądźmy szczerzy, ile znam osób, które słuchają Jarrett’a, albo Mehldau’a?

Pisząc ten tekst, przez cały czas zastanawiam się nad pytaniem: co mi daje prawo do tego, by twierdzić, że udział w sztuce, w kulturze wysokiej – a to przecież tak naprawdę tutaj twierdzę – jest bardziej wartościowy od udziału w innych ludzkich pasjach? Dlaczego idąc do „Domu Klahra” na koncert Ani Rejdy, czuję się lepszy – ponieważ lepiej spędzam czas – od gostka, który w tym samym czasie ogląda na telewizorze mecz Barcy lub Bayernu? W czym jawi się ta różnica, tym bardziej, że pewnie i tak obaj po równi się nawalimy, on browarami przed telewizorem, ja w knajpie śliwowicą, albo zwykła luksusową? Z punktu widzenia społeczeństwa niczym się nie różnimy i nie mam prawa do poczuwania się lepszym, a już szczególnie do wygłaszania takich twierdzeń. A jednak upieram się przy tym…

Podstawowa różnica między nami wynika z potrzeb, dla których doświadczamy, on kibicowania piłce nożnej, ja konsumowania sztuki. On od swojego doświadczenia oczekuje li tylko radosnej przyjemności. Ja również oczekuję przyjemności, ale moje żądania na tym się nie kończą, wprost przeciwnie, tutaj dopiero się zaczynają. Idąc na koncert Brada Mehldau’a oczekuję olśnienia, żądam wewnętrznego przeżycia, którego nigdy dotąd nie dostąpiłem, czytając Podróż do kresu nocy pragnę poszerzenia świadomości, przekroczenia wszystkich dotychczasowych przeżyć w obcowaniu z literaturą. Tak, to znowu jest ta pogoń za nowym, nieznanym, poszukiwanie za pomocą sztuki własnej terra incognita. I kiedy on oczekuje gry w oparciu o znane zasady – których nie wolno przekraczać – to ja oczekuję gry, która przekroczy wszelkie znane mi dotychczas kanony, wyniesie mnie, wyrzuci na obszary obce.

Z pewnością dla większości moich zacnych Czytelników niniejsze rozważania to farmazony, jakich mało, ale i tutaj właśnie – w ich odbiorze tego tekstu – jawi się różnica głębsza i o wiele bardziej fundamentalna od powyższej: ja ze swobodą mogę doświadczać przyjemności kibicowania futbolistom, tego symbolicznego gostka tymczasem nie stać na jakiekolwiek głębsze przeżycie wywołane obcowaniem ze sztuką, literaturą, muzyką. I powiem jeszcze dosadniej, bo już słyszę jego głos: – Też mi coś! Komu potrzebne to twoje pałowanie się, to wymóżdżanie? I co z tego masz, z tego obcowania ze sztuką, lepiej zarabiasz, a może lepiej się bawisz ode mnie, albo co? – I jego głos znakomicie wpisuje się w racjonalnego ducha naszych pragmatycznych, funkcjonalnych czasów. Odpowiem jednak w ten sposób: – Nie mogę ci w żaden sposób wyjaśnić, co mam z obcowania ze sztuką, z wysublimowaną muzyką, poszukującą własnego wyrazu książką, z każdą myślą filozoficzną rozszerzającą świadomość, bo musiałbyś choć raz prawdziwie pokosztować tego wszystkiego, choć raz zanurzyć się w ich fenomenach, by zrozumieć o czym mówię, by pojąć motywy, potrzeby, jakimi się kieruję.

No proszę, chciał nie chciał, dotarłem w ten sposób do klamry, będącej także namową: obcowanie ze sztuką jest jednym z najwspanialszych doświadczeń naszej obecności na tym świecie, ale jest ono możliwe tylko przy czynnym i pełnym zaangażowaniu człowieka. W innym wypadku staje się snobizmem.

Rozpisałem się dzisiaj niemożliwie, normalnie nie wiem kto dotarł aż do tego miejsca, ale nie mogę sobie podarować powrotu do wybuczanego ministra kultury i również politycznego wydźwięku tego, co piszę. Jest wprawdzie osoba – Tomasza Nowickiego – odstająca w moim przekonaniu od tego, co zaraz skreślę, a której nie chciałbym znieważyć, ale ponoć zawsze istnieją odstępstwa od reguły, jakieś marginesy systemowe, cóż, muszę być konsekwentny.

Czytając o incydencie na warszawskim festiwalu rozmarzyłem się ogromnie, wyobraziłem sobie bowiem ministra Glińskiego występującego przed koncertem Mehldau’a we Wrocławiu. I wyobraziłem sobie ministra Glińskiego na innych tego typu przedsięwzięciach, w których udział biorą raczej światli ludzie. I jeśli nawet był to pojedynczy incydent – wygwizdanie tego pana we Wrocławiu było raczej formą reakcji wrocławian na jego postawę wobec Śmierdzącej dziewczyny – to mam wrażenie, że dobrze znamy elektorat PIS i jego zdecydowana większość do bywalców filharmonii, teatru i opery nie należy. Tak czy inaczej, doradcy ministra Glińskiego powinni odradzać mu udział w wydarzeniach artystycznych, na które przychodzą ludzie z wyższym od zawodowego wykształceniem.

http://natemat.pl/174359,musi-byc-zle-skoro-nawet-melomani-sie-burza-pierwszy-raz-widzialam-w-filharmonii-taka-polityczna-demonstracje

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułMikro-Pamir
Następny artykułKrople rosy

1 KOMENTARZ

  1. ja wiem, że na Broadway´u w NJ. ministrowie USA przebywają tam incognito, a to dlatego, bo nie muszą rozdawać pseudo artystom kasy na „przeżycie”. No i, też, na pewno, dlatego nikt nie buczy na anonimowego ministra!

    Pozdrawiam

ZOSTAW ODPOWIEDŹ