Kapitan Konopka na tropie

0
33

Kapitan Konopka wyrusza w teren

Nie zebrałem się w sobie dotychczas, żeby skreślić coś konkretnego o recepcji „Trupów w Kletnie” i dzisiaj tego nie zrobię także. O innym za to Konopce machnę kilka zdań.

Jakoś w styczniu, może w lutym, puszczaliśmy wnioski o dofinansowanie projektów lądeckiego CKIR do powiatu kłodzkiego i urzędu marszałkowskiego we Wrocławiu. Karolina, po kolejnym sprawdzeniu strony starostwa – wniosków z innych instytucji kultury było relatywnie mało – zaparła się, że ślemy kolejne projekty. – Ale na co? – Padło kardynalne i całkiem na miejscu pytanie. Na szczęście nie cierpimy na syndrom grantozy, bo wiemy z czym się je rozliczanie projektów, więc zapał w zespole na jej zew był raczej lichy – nic na siłę. I nie wiem, co mi do łba strzeliło, dość, że mówię: – Zróbmy grę terenową nawiązująca do „Trupów”, może niech będzie… „Kapitan Konopka” na tropie, albo coś w ten deseń. Dziewczyny bez chwili namysłu kazały mi siadać i pisać merytorykę do projektu, w międzyczasie Karola z Monią ustaliły parametry potrzeb i wniosek poszedł. Najpierw do Kłodzka, później, podretuszowany w opisie i podkręcony finansowo, również do Wrocławia. Minął kolejny miesiąc albo dwa i, niech to dunder świśnie! przyznali nam kasę z obu budżetów. Ot! Nie miała baba problemu!

Cała heca może nie miałaby miejsca, gdyby nie fakt, że rok lub dwa lata temu Monia przychodzi do biura i pokazuje mi jakiś tekst, który miał być instrukcją gry terenowej dla dzieci w polsko-czeskim projekcie. Miała do niego zrobić layout i puścić do druku po polsku i po czesku… Dobra, przyznaję się: nie pamiętam za grosz, co tam w tym tekście stało. Ale musiał paść na mnie cień wątpliwości, co do ogólnych walorów tej produkcji i zachowania dobrego imienia Lądka-Zdroju po jego publikacji, bo mówię: – Dawaj to, Moncia, uskrobię im wierszyki w kilka dni i jakoś to obleci. Chwilę później, pisząc owe rymy częstochowskie, poczułem się na pół zakneblowany, ograniczony, że muszę zachować fason zgodny z odbiorcami, powiedziałem więc wówczas Monice: – Znajdź dla mnie czas w robocie i forsę na druk, to zrobimy przyzwoitą grę terenową po Lądku, ostrą jak należy. Czy mam dodawać, że był to wyraz mojej pychy własnej i megalomanii idioty? Ze wszech miar słusznie określam tutaj siebie samego mianem durnia, ponieważ moja wiedza o grach terenowych to nic więcej jak wyobrażenie o grach terenowych – nigdy wcześniej nie napisałem żadnej gry i co mniej zabawne: nigdy wcześniej w żadną nie grałem!

Wreszcie wykombinowałem prostą trasę, wierszyki skreśliłem i poszły do tłumacza, który po przejrzeniu materii powiedział, żebyśmy się cmokali, jak śpiewa Nosowska, „dokładnie tam”, bo na translację poezji (koło której te wypociny nawet nie leżały) trzeba poczekać kilka tygodni i grosza dosypać. Oczywiście beneficjenci projektu czuli już na plecach gorący, co tam, czuli piekielny oddech fundatora tej zabawki, a floty też nie było więcej, usiadłem wobec takiego stanu rzeczy i przerobiłem rymy na proste nierymowanki. I tak to poszło po pięćset a może po tysiącu sztuk na język, by trafić do obiegu, ja zaś chwalebnie zapomniałem o całym przedsięwzięciu; może z końcem zeszłego roku dotarło do mnie przypadkiem, że polska wersja się rozeszła. I teraz drugi przyczynek lub coś takiego, powód narodzin mojego durnowatego pomysłu, bo coś mi się zdaje, że niewiele przed jego podrzuceniem na forum Pokoju Numer 9, doszły mnie słuchy, że są pewne pretensje do gry. Rzecz w tym, że publikację tę bierze z naszej Informacji Turystycznej i lata z nią po mieście nie tylko dzieciarnia, ale i dorośli. Pośród tych ostatnich zjawiali się m.in. kuracjusze lądeckiego sanatorium wojskowego – jak mniemam otrzaskani w prawdziwych bojach wojacy – którzy po przejściu gry wnosili Gracjanie i Małgośce uwagi, że gra „mogłaby być troszkę trudniejsza”. Jak nie dać im satysfakcji?

Ze dwa tygodnie temu – całość muszę zamknąć do końca kwietnia i oddać grafikom – zacząłem się nosić z obecnym tematem, który nagle stał się wrzodem na zdrowym ciele mojego lenistwa. Musiałem nieźle gderać, bo Iza zaczęła mi podrzucać kolejne pomysły – zawsze zadziwia mnie jej wyobraźnia, jej talent do szybkiego prokurowania literackich konceptów. Z dotychczasowych dwa nawet postanowiłem wykorzystać… No, po dzisiejszych przemyśleniach pozostał jeden… W każdym razie maglowanie fabuły okazało się upierdliwym zajęciem, stanąłem bowiem w barykadach istniejących już „Trupów” i kolejnych przygód Konopki, które zacząłem niedawno pisać (zacząłem i na tym z braku czasu na razie się skończyło): nie powtarzać tego, co było i nie zdradzić tego, co będzie przy uznaniu, że wątek gry nie może się z powieściami kłócić co najmniej chronologicznie.

Było nie było w ostatni czwartek lub piątek podjąłem wyzwanie – zacząłem pisać. I, a jakże, zaczęły się kłody. Skreśliłem pierwszy akapit i puściłem Karoli. Idzie to w tej chwili tak:

Kwiecień 1957

Wiem, nie powinienem tego pisać w notesie śledczym. Nie daj Boże, ktoś mi go podpieprzy… Ale mam tu wszystko a moja pamięć już nie ogarnia zdarzeń…

Trzy dni nazad, w środku nocy zerwał mnie na komendę generał Jarguz. Gębę miał umęczoną i kwaśną. – Siadaj, Staszek – rzekł. Oho! pomyślałem, ostatni raz tak do mnie mówił przy trupach w Kletnie!

– Przedwczoraj u Ruskich w sztabie Północnej Grupy Wojsk w Legnicy doszło do porwania jakiegoś grubego fisza – rzekł Stary…

Po przesłaniu go powiedziałem w eter Pokoju Numer 9, że skoro gra ma być jak należy, to będę przeklinać. Dlaczego sobie nie darowałem tej uwagi? Karolina zareagowała zaraz, że starostwo ani marszałkowski nie zaakceptują nam takiego języka a po przeczytaniu akapitu zapytała dodatkowo, czy to podpieprzy nie może być zmienione na podwędzi… No szlag mnie mało nie trafił i nakrzyczałem, że precz z cenzurą i piszcie sobie sami w takim razie, a może i coś gorszego rzekłem. Później Monia zaczęła mi zawalać – skądinąd słusznymi uwagami – mechanikę gry, wszelką jej interaktywność w odniesieniu do potencjalnych instytucji, które mogłyby ją jakoś – we wspólnym promocyjnym interesie – obsługiwać. Wreszcie wczoraj Iska próbowała torpedować świeży i całkiem niezły – w moim przekonaniu – pomysł, którego nie mogę tutaj zdradzić. Do tego nachodziłem się dziś (w tę i we w tę między kładką na Wyspie Młyńskiej i mostem do Kościelnej) – jestem jak jeden z bohaterów czechosłowackiej komedii „Mareczku, podaj mi pióro”, niejaki Viktor Hujer, który nie był w stanie wydukać z siebie zdania jeśli nie chodził – i nasiedziałem nad Białą Lądecką, koncypując ostateczną wersję intrygi, co mnie kosztowało spalenie jakiejś połowy paczki papierosów i sporo irytacji, kiedy nie umiałem zebrać do kupy rozsypanych wątków. W sumie po czterech godzinach pracy mózg miałem sprany do cna, nadawałem się co najwyżej do walenia młotem, bo mi rozdrażnienie przejść nie chciało.

Na dobrą sprawę wpis ten uznać mogę śmiało za kartę kliniczną pacjenta oddającego się zabawie w „kreowanie”. I po raz kolejny wyliczmy, że na myślenie, na kombinowanie zeszło mi już pewnie ze trzydzieści godzin, gdy na samo pisanie może cztery. Wynik? Niecała stronica tekstu. Cóż za efektywność!

Nawet nie chcę myśleć, jak to będzie dalej… Właśnie! Dość myślenia! Bierz się za robotę!

ZOSTAW ODPOWIEDŹ