Franz Kafka nie zakracze

1
16

Rzec można, iż Proces pana Kafki wysiada przy tym, co o wczoraj przeżyłem podczas podróży. Nie w Pradze, lecz we Wrocławiu.
Dzień wcześniej A., zaglądając na stronę internetową rozkładu jazdy kolei żelaznych, poinformowała mnie, że z Wrocławia do Poznania – przez Kościan, w którym mam wysiąść – pociąg mam o 12.55, jakkolwiek odcinek Wrocław – Rawicz obsługiwany jest przez autobus; na tym odcinku trwa remont, nie wiem już czy torów kolejowych, czy trakcji elektrycznej, albo jeszcze czegoś innego, co z koleją związane nie jest.

Na dworzec Wrocław Główny dotarłem z okładem, żeby kupić bilet. W wyremontowanej hali jednego z najpiękniejszych europejskich dworców kolejowych panował tłok, ogonki przed kasami stały na całej szerokości hali, a nawet zawijały się w drugą stronę. Nie jest to codzienność polskiej kolei, po prostu dzisiaj mamy Święto Zmarłych, więc szczególnie uczniowie i studenci wydostawali się z miasta do swoich rodzinnych miejscowości.
Swe pierwsze kroki kieruję do jednej z gablot, w których wywieszone są rozkłady odjazdów pociągów i tak oto wkraczam w świat Alicji z krainy czarów. I nie ma w tym cienia przesady!
W zamierzchłych, ukrytych w sentymentach młodości czasach, istniała firma Polskie Koleje Państwowe. Był to jeden potężny organizm, o którym mówiło się „państwo w państwie”. Dzisiaj po państwie tym, po jego strukturze nic nie zostało. Oto w ramach typowej dla polskich praktyk restrukturyzacji tego przedsiębiorstwa, zamiast jednego pojawiło się kilkadziesiąt spółek. Kilkanaście zarządza taborem kolejowym, innych kilkanaście siecią torów, kolejne trakcją elektryczną, następne dworcami kolejowymi, bardzo możliwe, że kolejne zarządzają sprzątaniem, obsługą gastronomiczną pociągów, a może są i takie, które posiadają tylko podkłady i śrubunki do torów kolejowych.
Czytam rozkład jazdy, z którego dowiaduję się, że o 12.55 nie odjeżdża żaden pociąg, a już na pewno nie ma pociągu do Poznania. Nic to, myślę, na stronie internetowej popełnili błąd. I szukam kolejnego połączenia. Jest – pospieszny i 13.14, słowem, nie jest źle, zdążę na spotkanie zaplanowane na 19.30.
Czas kupić bilet. Ale jak to zrobić? W jednych kasach – jak to opisują umieszczone na ich szybach informacje – sprzedają bilety na międzynarodowe, w innych na przewozy krajowe, gdzieś tam jeszcze na koleje dolnośląskie, przy czym dla uatrakcyjnienia pasażerom całej przygody, opisy na rozkładach jazdy noszą skróty IC (InterCity), TLK (nie wiem jakie Linie Kolejowe), lub jeszcze jakoś inaczej. Innymi słowy, za cholerę nie wiesz, gdzie podejść po bilet na swój kurs. Przy pociągu o 13.14 był skrót TLK, więc decyduję po męsku, że stanę w kolejce do „przewozów krajowych”. Po bitym kwadransie docieram do kasy. Jest 12.45. Zaczyna się rozmowa niemego z głuchym.
W okienku siedzi skołowana pięćdziesięciolatka, którą proszę o sprzedaż biletu na najbliższy pociąg do Kościana, czyli prawdopodobnie ten o 13.14. Coś mi odpowiada, ale nic z tego nie rozumiem z powodu grodzącej nas szyby, więc powtarzam, że chcę jechać do Kościana. Kasjerka wyjaśnia mi, że pociąg o 13.14 i owszem, jedzie do Poznania, ale nie przez Kościan. Po chwili jednak chce mi sprzedać bilet na ten pociąg. Kpiąc odmawiam podróży z Wrocławia do Kościana przez Poznań. W takim razie, powiada, mam pociąg o 12.45. – Ale – buntuję się – jest w tej chwili 12.49, nie da się, droga pani, cofnąć czasu.
Kobieta odkrywa wreszcie, że mam pociąg w postaci autobusu o 12.55. Jest 12.50. Żądam biletu na ten pociąg i odpowiedzi na pytanie skąd odjeżdża ten autobus. Otrzymuję bilet za 22 złote i odpowiedź, że z ulicy Suchej. Ale z którego miejsca? Pytam, bo przecież Sucha jest długą ulicą. Z Suchej, otrzymuję krótka odpowiedź. Rozumiem, że nie ma możliwości na porozumienie, a wszystkiemu winna pioruńska szyba. Zadziwiające! W bankach rezygnuje się z kas zaopatrzonych w szyby, tymczasem na dworcu, oddanym do użytku cztery miesiące temu, nie pomyślano o tym. Dlaczego? Zapewne po to, by wściekły pasażer nie wywlekł za klapy kasjera.
Zabieram bilet, resztę pieniędzy i gnam tunelem do ulicy Suchej.
Teraz naprawdę wpadam w króliczą dziurę.
Autobus stoi kilkanaście metrów przed tylnym wejściem na dworzec. U drzwi pojazdu stoi młody facet w uniformie i służbowej czapce na głowie, która jakoś kojarzy mi się z poczmistrzem Moistem von Lipwig z filmowej adaptacji Piekła pocztowego Terry Pratchetta. Wita i prosi o bilet. Wyjmuję z kieszeni blankiet i pokazuję.
– To niewłaściwy bilet, szanowny panie – stwierdza po obejrzeniu papierka. – Ale proszę się nie przejmować, anuluję go panu i wypiszę nowy.
Szlag by, myślę, gdyby nie fakt, że muszę dotrzeć dzisiaj do Kościana, odpuściłbym i został we Wrocławiu. Wsiadam jednak i czekam na odjazd autobusu-pociągu. Ruszamy i zaczyna się dalszy ciąg tego kafkowskiego cyrku.
Pan zabiera mi bilet za 22 zł i anuluje go – czyniąc na nim zapiski charakterem pisma sześciolatka – co oznacza, że mam 3 miesiące na odzyskanie całości kwoty na jaką opiewa bilet. W zamian wypisuje mi bilet za 46 zł, w czym 10 zł stanowi koszt wypisania go w autobusie-pociągu. Pytam czy zdołam odzyskać tę dychę, bo przecież to nie moja wina, że mi kasjerka wydała niewłaściwy bilet. Konduktor, a raczej kierownik pojazdu odpowiada, że nie, ponieważ powinienem był sprawdzić bilet przy kasie. Powiadam, że dwa razy sprawdziłem, ale jakie to ma znaczenie, skoro nie wiedziałem, że pojadę pociągiem widmem, który nie tylko jest autobusem, ale też nie ma go na rozkładach jazdy wywieszonych w holach dworca. Pan wzrusza ramionami i odchodzi. Kilka minut później, pod dworcem Wrocław – Osobowice wychodzę z autobusu i proszę go o poradę.
– Wie pan, ja mam dużo wolnego czasu, proszę mi powiedzieć do kogo powinienem napisać skargę w całej tej sprawie?
– Chyba do Polskich Linii Kolejowych – odpowiada.
Słyszeliście o Polskich Liniach Kolejowych?
W ramach sympatycznej rozmowy zadaję pytanie dodatkowe, betonową oponę ratunkową.
– A już z tego Rawicza to normalnie jedziemy pociągiem?
– Osobowym – wyjaśnia.
– Ale pan mi sprzedał bilet na pospieszny przecież.
– Wie pan – odpowiada – ja pierwszy raz jadę tym składem, nic z tego nie rozumiem.
Cóż zatem ja mam powiedzieć?
Kilkanaście minut później autobus-pociąg rusza dalej. Jeszcze następne kilka minut i przychodzi do mnie kierownik pojazdu i mówi, że mnie bardzo przeprasza, ale rzeczywiście popełnił błąd. Prosi mnie o oddanie biletu za 46 zł i wypisuje mi bilet za 31 zł, w czym 10 zł, to koszt wypisania biletu. Jest to bilet z Wrocławia do Rawicza. Na dalszą trasę mam anulowany bilet, który kierownik musi teraz na nowo opisać, wobec czego odzyskam z niego – co jasne – tylko kwotę przejazdu na trasie Wrocław – Rawicz.
Wreszcie o 16.30 chyba, dotarłem do Kościana z półgodzinnym opóźnieniem i 10 zł mniej w portfelu.
Teraz zastanawiam się co mam z tym fantem zrobić. Prócz napisania powyższej

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułZapiśnik 2009
Następny artykułLost dogs. Prolog

1 KOMENTARZ

  1. Piękne. I to się nazywa podróż. Kiedyś w Bitoli, w Macedonii kasjerka powiedziała mi, ze autobus odjeżdża po zachodzie słońca..

ZOSTAW ODPOWIEDŹ