Jak w niebie

5
27

Wybraliśmy się w ostatnią sobotę na Odpust św. Anny do Starégo Města w Czechach. Ale jakże to, katolickie święto w kraju ateistów? Ano! Proč ne? Znacie przecież to czeskie poczucie humoru, co im zostało po największym wesołku nowoczesnej Europy, Franciszku Józefie.

Wybraliśmy się w ostatnią sobotę na Odpust św. Anny do Starégo Města w Czechach. Ale jakże to, katolickie święto w kraju ateistów? Ano! Proč ne? Znacie przecież to czeskie poczucie humoru, co im zostało po największym wesołku nowoczesnej Europy, Franciszku Józefie.

Wyruszyliśmy więc we troje, Iza, Kosa i ja. Iski autkiem. Super-trio: ciotka, wuj i stryjo. To był jeden z tych pięknych dni, kiedy dwóch facetów jest wiezionych przez kobietę wprost do piwnego raju. I gdyby nie fakt, że jestem łysy, zaraz namówiłbym kolegę Kosowskiego, żebyśmy przed wypiciem pierwszego łyka Holby lub Litovela, natarli sobie nim włosy, oddając hołd wspaniałej tradycji, której oddawali się pan Hrabal i pan Boundík, genialni entuzjaści życia i praskich mordowni.

Wyruszyliśmy w dzień upalny, przedzierając się przez szykany druhów miejscowej jednostki OSP i organizatorów jakiegoś maratonu MTB. Po drodze minęło nas nawet dwóch lub trzech kolarzy. Skrzywiliśmy się na ich widok ze smutkiem, bo męczą się bidoki nieludzko, gdy my w chłodnym samochodzie jedziemy sobie posmakować plzeńskiego Pilsnera albo budziejowickiego Budweisera i posłuchać rodzimego języka tych boskich napojów. I kiedy oni cisną od rana pedały swoich górali, my tniemy przestrzeń (Iska ma ciężką nogę) jak nożem, a kapsułę naszego pojazdu wypełnia wspaniały łomot nieistniejącego już jesenickiego zespołu Naarden. Przypominam sobie, jak to Ivan Kalafatič, basista Naardenu, wyjaśniał mi onegdaj, jaki to gatunek muzyki grają: to jest taka nenormalni music, powtarzał.

Basy walące z głośników poruszają naszymi głowami, gdy mijamy Zalew w Starej Morawie. Ci jeszcze bladzi i ci już spaleni słońcem plażowicze cieszą się z kolejnego letniego dnia i z tej radości już za chwilę rozpoczną swoje dzikie, plemienne obrzędy, swoje szalone tańce. Już za moment odpalą swoje grille i wokół rozejdzie się cudowny dym o zapachu ropy naftowej i parafiny, a nad grillami ojcowie i kochankowie roztańczą się jak głuszce podczas toków. Zapłoną ognie w malutkich kociołkach, pod malutkimi rusztami, niczym dziesiątki olimpijskich zniczy, a potem rzucą plażowicze na te wątłe druty marynowane boczki, polędwiczki, steki, kiełbaski, kaszanki, wszystko pachnące ropą naftową, stearyną, hydrolizatami, dwutlenkiem siarki. A później szczęśliwi będą się rozkoszować smakiem pieczystego i aż ślinkę musiałem przełknąć, która mi w ustach jak na drożdżach urosła od tych myśli, ale potoczyliśmy się już dalej, w stronę Bolesławowa i czeskiego piwka.

Wspaniale się jechało do Starégo Města, nawet ten długi odcinek specjalny przygotowany przez Polaków pod tor enduro – tak od Nowej Morawy po granicę państw – całkiem nieźle się zgrywał z Naardenami, bo nam łby latały na wyłapywanych dziurach jeszcze mocniej, choć często bez ładu i składu. Ale wreszcie minęliśmy ten bujający odcinek polskiej drogi i wjechaliśmy na prawie autostradę wijącą się od Płoszczyny w dół, więc Iska znowu mogła pofolgować, aż doszło do moich napomnień, włącznie z groźbami użycia przemocy zaraz po wyjściu z leżącego w rowie pojazdu.

Kiedy Iska już zwolniła, a chluba dolnośląskich scen teatralnych inspirował swój talent widokami Masywu Śnieżnika i kolejnych czeskich wiosek, zatopiłem się w rozmyślaniach na temat instytucji odpustu. Żaden ze mnie etnolog czy inny antropolog, ale zawsze podobały mi się rozmyślania o ostatnich dwóch tysiącach lat historii naszego europejskiego społeczeństwa i zawsze bardzo bawiła mnie szowinistyczna ignorancja Europejczyków względem Żydów. Bo weźmy chociaż taki odpust właśnie. Gdyby Pan Jezusek leżał wtedy w grobie, to na wieść o usankcjonowaniu tej instytucji przez papieża Urbana II, przewracałby się w te i we w te tak, że ten jego całun zsunąłby mu się na ziemię i biedak zamarzłby na marach, jak ta biedna dziewczynka z zapałkami w sercu Kopenhagi. Bo czy odpust nie jest starotestamentową kontynuacją geszeftu, jaki Abraham chciał przeprowadzić z Jahwe oddając mu życie Izaaka? Oczywiście, gdyby Semici wcześniej spotkali Fenicjan, Abraham na kamieniu położyłby zamiast syna  odpowiednią ilość hajsu i stanął z pochodnią gotów wymieszać roztopione złoto z błotem.

Mnie więc nieodmiennie odpust kojarzy się z handelkiem, w ramach którego dostępujemy  odpuszczenia grzechów po zakupie zaledwie jednego szczebla z drabiny wyśnionej przez św. Jakuba, albo co najmniej połowy kopytka osła, który wiózł świętą rodzinę do Egiptu… Rzecz jasna odpustu można było dostąpić głównie na jarmarku, gdzie obok tych świętych dewocjonaliów dało się nabyć pędzel do golenia sporządzony z brody syryjskiej kozy, nieprzemakalną tykwę z ogrodu tureckiego baszy, ale nadto dla dzieci kawałek drewna kandyzowanego jednym daktylem, figurkę proroka Dawida w kształcie procy, wielką grudę soli z jeziora, po którym chodził Prorok, świetną lizawkę gojącą zajady i zgagę.

I takie właśnie piękne myśli chodziły mi po głowie, gdy przystanęliśmy w Starym Měscie, tam na dołku poniżej kortów tenisowych i wydostaliśmy się z klimatyzacji czerwonego auteczka, a żar lata buchnął we mnie, jak ciało rozpalonej kochanki, którą tym razem miał być dzień spędzony w objęciach czeskich kramów, w smaku czeskiego piwa, w muzyce pięknego czeskiego języka.

Od improwizowanego parkingu wspinamy się krótko, mijając po drodze cygańską enklawę: większy budynek, pod którym w powszedni dzień kłębią się romskie dzieci i kilka małych kundli. Teraz nie ma żadnego. Ani dziecka, ani psiny. Zapewne biegają razem między straganami i ludźmi pod staromestskim ratuszem. Tymczasem w dół schodzą nieliczne grupki ubranych sportowo starszych ludzi. Przekraczamy nieoznaczoną rubież rynku, jak próg weselnego przyjęcia, na którym po raz niezliczony naród czeski kojarzy się z jego własną historią i bogatą tradycją.

Idziemy pod południową pierzeję.

Pierniki, domowe sery, rastamańskie precjoza od bransoletek po zagłuszajki, turecki miód żelki, cukrzone orzeszki ze wszystkich stron świata, kamienna figura Posejdona za straganami, smagła skóra Romów migocąca w przejściach, te malutkie foremki do pieczenia ciasteczek kręcone z taśm nierdzewnej blachy, drewniane świdry do ubijania masła, piękne nogi Czeszek obnażone po ich dygocące tyłki, bufetowe zapachy ciężkie od tłuszczu kotletów i kiełbas, szare mordy starych włóczykijów, których nikt już nie zamyka w narrenturmach, fasada południowa lichego baroku i stopy kobiet, dla kształtu których obuwie projektowałby Andriej Warchoł.

– Może pifko, drogi kolego? – mówię do Kosy, gdy docieramy do parkingu zamienionego na ogródek piwny. – Holbkę serwują.
Rafał krzywi się jednak i spogląda na Iskę.
– Jak ostatnio u Sylwuni w „Małej Czarnej” napiłem się jednej Holby, to mi się świat wywracał do góry nogami, o, tak mnie kręciło, tak! Więc nie, dziękuję. Coś innego może znajdziemy.

Więc prowadzę ich w to przejście pod sceną, żeby stamtąd dotrzeć do uliczki z resztą stanek, bo w Starym Měscie nieraz już dostępowałem odpustu i czuję się tutaj, jak w domu. Po tych staromestskich odpustach Święty Piotr z pewnością ma już odfajkowane: Pawlęga? Do nieba raz! No, pewnie ramion nie otworzy na mój widok, ale raczej skrzywi się i tak po żołniersku potraktuje, może z delikatnym kopem na dupsko. Zanim jednak dotrę do tamtego raju, na razie jestem w ziemskim niebie dla piwoszy i już sobie z Kosą kupujemy po Pilsnerku i Isce nawet takiego malucha, żeby już całkiem nie miała żalu do tego świata, że ją niesprawiedliwie pokarał posiadaniem prawa jazdy, auteczka i znajomością dwóch nicponi, co tylko o piwie marzą i gadaniu bez końca i jak najbardziej bez sensu.

Kolejne kramy. Placki ziemniaczane wielkości stanu Arizona, miody pitne, uwalany sadzą kowal wyklepujący żelazne dzwonki, róże i kości do gry, przyczepa z fast foodem, znowu tureckie specjały, Polak z ceramiką, od którego Iza wyżebruje rysunek ołówkiem, kuwety z czekoladowymi cuksami, wiatraczki i inny dziecięcy szmelc, tureckie specjały. A wyżej już tylko chiński plastyk, który sprzedają skośnoocy mieszkańcy Republiki Czeskiej, Koreańczycy i Wietnamczycy, więc tam już nawet nam się iść nie chce, poza tym to znowu pod górę, a człowiek jest taki, że raczej w dół by chciał. Do tego piwko się nam kończy, bo oglądanie tych kramów wzmaga pragnienie. Słowem wracamy do bufetu i dla odmiany kupujemy po Gambrinusie, z pominięciem naszej dorożkarki, bo już by jej chłopcy z drogówki tego nie wybaczyli, więc Iska tylko kofolę może i już szukamy miejsca z boku sceny, żeby tak na trawce usiąść, po papierosku z Kosą zapalić i rozkoszować się rozmową o dupie Maryni.

Miejsce znajdujemy pod murkiem tarasu z jednej i krzewami jakichś iglaków z drugiej, scena z trzeciej, a blok z czwartej. Dobre miejsce, bo można sobie na ludków popatrzeć. Nieopodal przy ławce dwaj starzy penerzy spożywają obiad. Zarośnięte, pomarszczone mordy o kolorze hutniczej szlaki, ale przecież grzeczni, eleganccy nawet, bo nieawanturujący się, w utytłanych lumpach i, a jakże, w klapeczkach, bo to lato i w pełnym trzewiku noga poci się i cuchnie. Dalej gawiedź przetacza się we wszystkie strony, Czesi i Polacy, już nie do odróżnienia, choć jeszcze niedawno Czesi zdawali się być wyjątkowo niechlujni, niedomyci, stale w roboczych ciuchach, kobiety zaniedbane, używające podłych kosmetyków do makijażu i mdłych perfum. Różnice się zatarły, nasi sąsiedzi wyglądają znacznie lepiej.

Od strony sceny trawnikiem zbliża się do nas wycieczka wesołych oligofreników. Mongoidalne rysy, niekształtne sylwetki, króluje tutaj zespół Downa, ale jak to z downowcami bywa, uśmiechnięci są, radośni, zawsze pełni dobrych, ciepłych emocji, a szczególnie, że po chwili, pewnikiem kierowniczka tej szalonej karawany, przynosi im napoje: kofolkę i małe piwczura. Jak się nie cieszyć, cóż więcej do życia trzeba, gdy słońce na niebie, a ze sceny sączy się czeska muzyczka, kiedy siedzisz sobie na trawniku, pijesz browarka, popalasz papieroska i rozprawiasz z bliskimi ci ludźmi o ostatnich wypływach światowej kinematografii. Prostota, przaśność, nieskrępowanie. Zawsze jednak pojawia się ten sam problem: piwo się kończy, trzeba wstać i pomaszerować do bufetu z dystrybutorem. A gdy się człowiek podniesie, to na jaw też wychodzi, że nagle cały literek piwka przesunął się z żołądka do pęcherza, innymi słowy konieczne jest odcedzenie kartofelków, sprawdzenie czy rowery stoją i tak dalej. Jezabel wypiła najmniej, ale nie od dziś wiadomo, że kobiety mają pęcherz sześciolatka i sikają kiedy tylko nadarzy się okazja, więc idziemy razem do tawerny „Goldek”, gdzie się jednak okazuje, że tawerna „Goldek” wyzionęła ducha i nie pozostaje nam nic prócz wejścia na siku do obrzydliwych toi-tojek.

Wracamy na rynek trochę niezdecydowani, co dalej robić ze sobą, ale już do oczu pcha się Penzion „Národní Dům”, no, po prostu nie sposób nie wejść. – Tym bardziej – tłumaczę Isce – że na pewno od lat osiemdziesiątych nie byłaś w podobnym przybytku, który u nas wtedy zwał się gospodą. Jesteś wprawdzie niepaląca, ale przecież z nami wytrzymasz.

Wchodzimy, wchodzę i niemal zastygam, bo w „Národním Důmie” czas przystanął, ukrył się tutaj i uśmiecha się w tej gospodzie do każdego, kto ma wystarczająco dużo lat, by przypomnieć sobie nasze polskie knajpy, te Turystyczne, Ratuszowe, Staromiejskie, Storczyki. I te gęby też żywcem wyjęte z tamtych lat. Ogólnie starszyzna, mężczyźni z twarzami przeoranymi robotą, piwkiem, winkiem, fernetem i samogonem. Kobiet kilka, każda to prawdziwa la belle de jour z hanušovickiej Holby, staromestskiego młyna, odleglejszych fabryk, a może stalowni i skupów butelek. Między stolikami uwijają się kelnerki, pyskate, rozwrzeszczane, dyskusyjnej urody.

Sadzamy Izę przy długim stole, naprzeciw siwego jegomościa w okularach i idziemy z Kosą do bufetu, a Kosa jest jak ten „Chłopiec z plakatu” i zaraz wpada w oko młodej, okrągłej bufetowej, która uśmiechając się do niego szepcze coś koleżance do ucha. Już się obawiam, że będziemy stać przy kontuarze bez końca, bo Czech – choćbyś drania ze skóry obdzierał – w knajpie nie naleje ci piwa inaczej, jak na trzy razy, tak, żeby piana stała na browcu przez miesiąc, a jak piany nie ma, to to jest koza i każdy przyzwoity Pepik zaczyna bufetowemu ubliżać, wyzywając go od lebieg, neptków i partaczy. Dziewczyny są jednak przygotowane, rotacja klientów, wściekły skwar na zewnątrz i zaschnięte gardła, dziewczyny rozumieją, że nawet potulny Czech może się nierozsądnie zachować. Piwko podane mamy niemalże od ręki: velký Holba.

Kiedy wracamy do stołu Iza jest już w niezłej komitywie z panem starszym. Nie sposób spamiętać jego imienia, za to ma żonę Polkę, rodem spod Rzeszowa, a jej siostra też tutaj mieszka, ale bliżej Šumperka. Słowo do słowa i okazuje się, że nasz towarzysz jest katolikiem i na dowód wyciąga portfelik i pokazuje nam święte obrazki. Nie pozostaje mi nic innego, jak wyjąć swój portfel i pochwalić się obrazkiem z podobizną świętego Krzysia, który taszczy na ramionach małego Jezuska, mojego ulubieńca, patrona podróżnych. I dochodzi do wiekopomnej wymiany, bo mnie nasz, jak sam siebie określa, Czechosłowak wręcza święty obrazek z Jezusem i nie pozostaje mi nic innego, jak oddać mu tego mojego Krzysia. Podmieniamy się więc obrazkami pijąc Holbkę w pensjonacie „Národní Dům”, w gospodzie tego pensjonatu, w miejscu, w którym czas przystanął jeszcze w osiemdziesiątych latach i za cholerę nie chce mu się stąd wychodzić. Pijemy piwko i rozmawiamy o polskich stoczniowcach, czeskich karabinach, kiczu polskiej i czeskiej telewizji. Weselimy się wspólną obecnością i tylko nasz chłopiec z plakatu zaczyna się pieklić, bo menel siedzący na końcu stołu co rusz sobaczy od niego papieroski. I choć czas przystanął w tym miejscu, to nas na siłę jednak nie trzyma, słowem, kończymy Holbę, żegnamy się z naszym Czechosłowakiem i planujemy powolny powrót do auta. Jeszcze tylko Rafał kupuje mamie ceramiczne stokrotki, bo ona Anna jest, a później świeże czipsy, tłuste jak te frytki, które od dziecka z niegasnącą słabością kupuje na dworcu PKS w Kłodzku i spożywa w autobusie, zasmradzając jego wnętrze.

Droga w dół schodzi nam dość szybko, bo znowu pęcherze nadwerężone mamy, ale tym razem zamiast toi-tojki możemy iść w pobliskie krzaki, prócz Iski, bo ona Holby nie piła.

W drodze powrotnej Iza znowu dociska pedał gazu, ale już nie psioczę, bo kto by psioczył po wypiciu trzech piwek, w tak pięknych okolicznościach przyrody i z pełną świadomością, że w knajpce na granicy wypije jeszcze jedno czeskie piwo, jeszcze jedną Holbę.

5 KOMENTARZE

  1. Zastanawiam się nad Twoim stylem i …? Chyba mnie trochę drażni, bo mamy fajne spostrzeżenia, przemyślenia, a to polane sosem lekkiej nonszalancji fonologicznej.
    Mnie się to jakoś gryzie, drogi Tomaszu 🙁
    A może to moja zacna tęsknota za liryką w codziennym postrzeganiu? Sama nie wiem?
    W każdym razie zmęczył mnie ten tekst. Dłużyzna i „kulawa” stylistyka, czy coś inszego u licha?

  2. Zastanawiam się nad Twoim stylem i …? Chyba mnie trochę drażni, bo mamy fajne spostrzeżenia, przemyślenia, a to polane sosem lekkiej nonszalancji fonologicznej.
    Mnie się to jakoś gryzie, drogi Tomaszu 🙁
    A może to moja zacna tęsknota za liryką w codziennym postrzeganiu? Sama nie wiem?
    W każdym razie zmęczył mnie ten tekst. Dłużyzna i „kulawa” stylistyka, czy coś inszego u licha?

  3. „Nonszalancja fonologiczna” – co ten termin oznacza? W kontekście „sosu” i „gryzienia”. Pani tekst trąci nie „zacną tęsknotą za liryzmem”, a zmęczoną pornografią kulinarną.

    Do oceny STYLU
    wypadałoby mieć kompetencje.
    Jakiekolwiek.

  4. Doprowadza mnie do furii, kiedy znawcą STYLU staje się Autor, którego „recenzja walcząca o pryncypia literackie” poziomem (wysmakowaniem)konkurować może jedynie z arkuszem płaskiej blachy!

ZOSTAW ODPOWIEDŹ