Jak unikać roboty, choć masz jej od cholery i ciut, ciut

0
64

 

Jak unikać roboty, choć masz jej od cholery i ciut, ciut
Tydzień temu dostałem zlecenie na napisanie dużego tekstu.

 

Jak unikać roboty, choć masz jej od cholery i ciut, ciut

Arturowi Zdanewiczowi, który zawsze marzył, żeby czytać o Niczym

– Ja to mógłbym czytać książki zupełnie pozbawione fabuły.
– Ale jakże to?
– Normalnie, tylko żeby słowo się pieniło, gotowało, nawarstwiało, lśniło, błyszczało żeby. Takie o niczym książki.
– Słowo, które słowem wypowiada samo siebie?
– Dokładnie, choć przy użyciu człowieka.
– To napijmy się akonto tej rzeczywistości, drogi przyjacielu.

Istota geniuszu artysty tkwi w jego programie. Program nadaje ton formie i treści jego utworów. To więc czego należy w sobie szukać jest manifestem programu. Jakiż tedy jest mój manifest? Cóż ja chcę ludziom przekazać? Oto są pytania, na które nie potrafię znaleźć odpowiedzi. Nie potrafię, albowiem poglądy moje w gruncie rzeczy są nijakie, program nieokreślony. Prosty człowiek jestem, prawda natomiast taka, że geniusz artysty, to jego skrzywienie. Ach, gdybym tylko choć trochę był zboczony! Chociaż jedno niewielkie zwyrodnienie żebym miał! Psychopatia, nekrofilia, masochizm, choć kompleks Edypa, psiakrew! Lecz ja nic. Nawet fobii żadnej nie mam, żadnej manii ani natręctwa. Po prostu nic. Krzywica klatki piersiowej w dzieciństwie – to wszystko. Co taki człowiek, drogi przyjacielu, może ludziom przekazać?

Tydzień temu dostałem zlecenie na napisanie dużego tekstu. Mniej więcej na temat wszystkich plusów wykorzystania ropy naftowej, ze szczególnym uwzględnieniem pewnego rodzaju plastyku. Cóż, taka robota, że nie pisałem jeszcze tylko o wierzeniach plemiennych aborygenów i polityce kulturalnej Burkina Faso w Górnej Wolcie. O ropie naftowej już kiedyś było. Przystąpiłem więc natychmiast do wytężonej pracy koncepcyjnej, która – mimo prawie natychmiastowego wyraźnego obrzydzenia – trwała dobre trzy dni. Normalny człowiek przymusza się, zasiada i pracuje, bo się brzydzi i chce skończyć jak najszybciej. Ja w mordędze mierzyłem się z problematyką tematu całe trzy dni, z których na pracę należy wykroić około godziny poświęconej na tak zwany research internetowy. Na czwarty dzień usiadłem i w kwadrans napisałem plan tekstu, który przeszedł ocenę zleceniodawcy bez korekt. Szczęśliwy w poczuciu akceptacji mogłem już przystąpić do gromadzenia materiałów. Trwało to kolejne dwa dni. Wrzuciłem w zakładkę przeglądarki sieciowej jakieś sześć adresów portali tematycznych. W końcu wczoraj położyłem się spać z mocnym postanowieniem poprawy i szeroko zakrojonym w wymiarze godzinowym planem pracy.

Ranek okazał się dżdżysty, oj, deszczowy niemożliwie, jesienny, melancholiczny, refleksyjny. Otwarcie w taki ranek klapy laptopa jest równie trudne jak otwarcie oka na ten świat. Trzeba jednak się obudzić, orzeźwić, otrzeźwić, wypłukać miraże barwnych snów kolebiących się jeszcze po głowie, więc może prysznic? Nie, mycie zębów wystarczy, może mięta aromatyczna coś uruchomi, odkręci, ale gdzie tam, ledwie nocny oddech zmieniła… To może ten prysznic jednak? Nie, jeszcze nie. Kawa, kawy mnie dajcie i papieroska do niej.

I tak siedzę na tarasie, palę papierosa, siorbię gorącą arabicę i zastanawiam się na pierwszym zdaniem, które mam zapisać w zamówionym tekście. W końcu dochodzę do wniosku, że muszę się podeprzeć literaturą tematu, zacytować eksperta, nakreślić od razu motto całości, więc upojony osiągniętą nagle trzeźwością wracam do domu i siadam szybko do komputera. Czuję już, że uchwycę tę piekielną nić introdukcji, początku, pierwszego, kluczowego słowa, zdania… Internet nie działa… Jak to? No nie działa, próbuję tak i śmak i nie działa, wi-fi mnie wysiadło, szlag mnie trafił kartę sieciową w laptopie, gówno walnęło w kaloryfer, nie mogę sprawdzić poczty, a może przyszła jakaś ważna informacja, albo ktoś napisał do mnie na fejsbuku!… Ale zaraz, spokojnie, bez nerwów, bo za oknem plucha, jesień, cisza, czas przystanął… Hola! Masz dobre intencje: chcesz zacząć pracować, ale jak pracować, kiedy nie masz narzędzi? Zrób sobie drugą kawę, włącz czajnik i idź do łazienki, by spojrzeć w lustro czy za bardzo nie zarosłeś od wczoraj, poczucie dobrego własnego wyglądu zawsze się liczy, nawet przy pisaniu o ropie naftowej, bo nikt kto brzydko wygląda ładnie o niej nie napisze.

Cóż, ładnie to za bardzo nie wyglądam. Więc może chociaż swój zapach z paszczy drugi raz dzisiaj poprawię, bo zmarszczek z gęby zmyć się nie da, a golić mi się nie chce… To nie całkiem prawda, może bym się ogolił, ale po prostu lubię w tygodniu na dzika pochodzić, na nieskrobanego knura. To ciekawe, myślę sobie spoglądając w lustro, że to mnie głównie odróżnia od normalnego człowieka, ten bowiem goli się w tygodniu każdego ranka, by od piątku iść na całość i śmierdzieć do niedzieli, a u mnie na odwrót: w tygodniu zapuszczam się na tego łysola, co ogarek utopił w „Walce o ogień”, a w weekend znowu wymuskany się robię, jak Ben Kingsley, tyle że oczu nie pociągam żadnym szuwaksem… Aj! Wrzątek już stygnie i wracam już na tarasik, już bardziej przebudzony, rześki już bardziej, bo gotów już do czytania, do niemyślenia już całkiem przygotowany… Ale zaraz, bo co ja dzisiaj rankiem, przy drugiej kawie czytałem? Chyba… W normalnym zwrocie z użyciem tego słówka słyszymy najczęściej o „symultanicznej” grze w szachy, ale ja jestem symultanicznym czytelnikiem. Napoleon też robił symultanki – w pisaniu listów (bez problemu dyktował list miłosny do Marysi Walewskiej wespół z rozkazami dla Fouchego i notą dyplomatyczną do cara Rosji)… Zaraz… Jest! Czytałem „Tasiemca księżnej pani” Jaroslava Haska! Lecz czy to ważne?

Niechcący zrobiła się dziewiąta rano, zmoknięty taras, wypita kawa, spalone dwa papierosy i kilka stron przeczytane, chłodno się zrobiło i należało uciekać, nawet w groźbę pisania o ropie naftowej. A internet działał już niestrudzenie, znowu byłem w sieci, wreszcie na łączach, ale, dacie wiarę, przypomniało mi się, że od przedwczoraj nie zaglądałem do kotłowni! Sprawa niecierpiąca zwłoki: sprawdzić pojemnik na popiół i zbiornik z ekogroszkiem (zanim ekogroszku nie ujrzałem, byłem przekonany że przedrostek eko oznacza ekologiczny, akurat, naiwna dusza) uzupełnić, bo przecież jak zgaśnie, mortus będzie. Że kaloryfery grzać przestaną pal go sześć. Że woda w kotle raz dwa wystygnie też żaden problem. Najgorsze jest rozpalanie w tym piecu. Czasem rytuał ten trwa pół godziny, a z kotłowni wychodzisz uwalany jak Franek Dolas, gdy szuflował w kotłowni jugosłowiańskiego statku handlowego. O upławach kwaśnych humorów nie wspomnę, jak i o całym słowniku wyrazów obcych… nieprzystających kulturalnemu człowiekowi. Ale obrobienie czarnej roboty to też nie w kij dmuchał, ma swoją procedurę, wagę związaną z zachowaniem higieny osobistej oraz czystości w domu: należy założyć tzw. bluzę do kotłowni, czapkę do kotłowni, kalosze do kotłowni. Swego rodzaju problemem są rękawice, nigdy do końca nie wiem, co z tym fantem począć: otóż powinienem mieć nieco grubsze rękawiczki ochronne do wyjmowania pojemnika z popiołem, a mam tylko takie prezerwatywy chirurgiczne, które przy zetknięciu z nagrzanym metalem mogą do moich dłoni – przynajmniej w niektórych miejscach – przywrzeć na stałe i nader boleśnie. Oczywiście rozwiązaniem w takiej sytuacji jest zakup odpowiednich rękawic, tyle że ja unikam wizyt w sklepach żelaznych, do których wchodzę po trzy gwoździe, a wychodzę z latarką (z ksenonowym światełkiem), kluczem francuskim (bo ładny) młotem udarowym (bo też ładny, w promocji i tanio wychodzi). To jest silniejsze ode mnie. Zresztą, gdybym nawet wszedł i tak bym o tych cholernych rękawicach nie pamiętał. Tymczasem zapakowałem do zasobnika cztery wiadra ekogroszku (eko oznacza tutaj ekonomiczny, choć szczerze w tę jego ekonomiczność wątpię), wdychając przy tym pewną ilość pyłu węglowego, opróżniłem przesypujący się pojemnik z popiołem, tym razem bez zakładania gumowych rękawiczek i po kwadransie stałem nad umywalką w łazience. Byłem zadowolony z dobrze spełnionego obowiązku.

Kiedy wracałem z łazienki do stołu z laptopem, wzrok mi się zahaczył o miskę z owocami pigwowca. Jakby kto nie wiedział, to wyjaśniam, iż pigwowca japońskiego nie należy mylić z pigwą… W każdym razie owoce pigwowca przypominają małe jabłuszka, są bardzo twarde i na surowo nie nadają się do jedzenia. Nadają się za to, a jakże, na naleweczki i tak czekają aż się je pokroi na czwóreczki, wyłuska gniazda nasienne, opłucze i wrzuci do większych słoików, a na koniec zasypie cukrem i zakręci pokrywką. Więc jak mi się wzrok przyhaczył, przykleił, przyrósł do tych malutkich kwaśnych owocków, to już nie miałem wyjścia, bądź co bądź nic się nikomu nie stanie jeśli kwadrans poświęcę na zajęcia manualne, a z nalewki każdy będzie zadowolony. Prócz nieletnich.

Rzecz jasna piętnaście minut rozrosło mi się do trzech kwadransów, heh! Nawet nie zauważyłem jak przeleciały! Przy takiej robocie człowiek potrafi się zamyślić, odlecieć sobie myślą hen daleko. Tak jak ja odleciałem. Latałem wszędzie, z pominięciem rejonów pisarskiej pracy i jej tematu, które na mnie czekały. I latałbym sobie dalej, ale mi odcisk na palcu wskazującym o bożym świecie przypomniał: pigwowce są twarde, więc nóż mocno trzymany odbił się na palcu. To był dobry moment na wypicie gorącej herbaty z cytryną, więc przygotowałem wszystko, włączyłem czajnik i usiadłem do komputera. Zerknąłem na plan pracy z udawaną radością. Kliknąłem na pierwszy link tematyczny z zakładki i zacząłem czytać. Chyba jednak nie ujęła mnie historia wykorzystania ropy zbyt szczególnie, skoro nie przegapiłem znaku: czajnik przestał szumieć, mogę zalać wrzątkiem herbatę… To może śniadanie przy okazji?

Później:
zjadłem pyszne i nader obfite śniadanie, do którego poczytałem Baumana
poszedłem napompować dętki we wszystkich stojących w garażu rowerach
podlałem kwiaty w domu, a trochę ich tutaj jest
umyłem naczynia, choć mogłem wstawić je do zmywarki, przyznaję się, dzisiaj zrobiłem to złośliwie, bo mi wczoraj Izka zwróciła po raz już drugi uwagę, że nie potrafię właściwie zapakować  zmywarki; tak na marginesie, to zauważyłem, że prawie żaden facet tego nie umie, przynajmniej z tych, którzy mają żony, albo partnerki, albo mieszkają z kobietami
usiadłem wreszcie do laptopa, ale zamiast pisać artykuł, wziąłem się za pisanie tekstu do bloga, tekstu o książkach, które dzień wcześniej nabyłem
zgrabiłem liście, które opadły z morw na wjeździe; między nami mówiąc, zupełnie absurdalne działanie, bo sporo ich jeszcze na gałęziach zostało, więc za kilka dni powtórzę to samo, cóż, czego jednak się nie robi dla dobrego samopoczucia sąsiadów

Na koniec usiadłem do artykułu. Ledwo jednak minęło kilkanaście minut, gdy usłyszałem samochód parkujący pod garażem. Chwilę później progi domu przekroczyła Iza. Z uśmiechem zapytała:
– Jaki ci minął dzień?
– Pracowicie. – Odrzekłem, nie odwracając nawet głowy od ekranu komputera. – Bardzo pracowicie.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here