Ja lokales

0
14

Odwiedzili nas dzisiaj całą familią państwo Gawrysiaki, a że w ostatnich latach widuję się z nimi nader rzadko, była to prawdziwa przyjemność (1). Ponieważ Januszowa gęba działa na zasadzie całodobowego sklepu, zdołał w dwie godziny przebiec przez kilka setek tematów (2), to i trafialiśmy w różne miejsca jego przygód.

Pomijając wiele wspaniałych opowiastek, dotarliśmy też do kwestii moich książek (3) i musiało – a jakżeby inaczej – z jego ust paść stwierdzenie zakreślające ich charakter do „lokalnego”. Oczywiście, musiał zaraz pogrążyć się jeszcze bardziej dodatkiem w rodzaju „ale nie ma w tym nic złego” lub czymś równie politycznie poprawnym.

„Lokalny” charakter moich książek – choć nieczęsto – pojawia się w różnych wypowiedziach ich czytelników. Raz jest brany za dobrą monetę, raz za miedziaka (4). Wydaje mi się – niemal jestem pewien – że większość takich opinii pochodzi od mieszkańców dużych miast. Oczywiście nie mam nikomu za złe, że tak twierdzi, warto jednak pokusić się w tym miejscu o głębszą refleksję, bo jest to przykład zjawiska, które ostatecznie nie tylko mnie dotyka; jestem pewien, że wielu startujących pisarzy spoza miast słyszy, że ich historie są lokalne.

Zacznijmy od stwierdzenia, że to dość zastanawiające, wynika bowiem z tego, że dla owych czytelników Krajewski piszący o Mocku działającym we Wrocławiu wcale nie jest lokalny, podobnie jak Jo Nesbø ze swoim Harrym Hole w Oslo… Książka Głowackiego, której akcja rozgrywa się w Nowym Jorku nie jest lokalna, ale już książka Pawlęgi, której historia dzieje się w Lądku-Zdroju jest jak najbardziej lokalna. Przykłady tych „nielokalnych” powieści można mnożyć bez końca.

Czym zatem zatem w ich opinii charakteryzuje się powieść lokalna? Zapewne tym, że nie dzieje się w mieście, w wielkim mieście. Jeśli jednak przyjrzymy się masie powieści różnych gatunków, okaże się, że one także nie dzieją się w wielkim mieście, a mimo to nie zyskują miana „lokalności”. Stąd blisko do konstatacji, że to nie o wielkie miasto idzie, ale raczej o „wielki świat”. Mówiąc krótko ja i cała masa prowincjuszy wchodzących na rynek wydawniczy jest poza „wielkim światem”, piszemy lokalnie.

Nie chcę iść od razu na całość, więc spróbujmy spojrzeć jeszcze na ową lokalność z innego punku widzenia, który – tylko na powierzchni – może kryć wypowiedź czytelnika: – No wiesz, bo ty piszesz o ludziach, których znacie tam na miejscu, o klimacie, który tylko wam jest nieobcy. Naprawdę? Ale to przecież oznacza, że chcąc czytać Schulza musiałbym kumplować się z jego ojcem, chcąc czytać Celine’a musiałbym bujać się po pasażach Paryża, czytając Blixen musiałbym choć raz poniuchać afrykańskiej ziemi itd. Niedorzeczne myślenie.

Literatura lokalna nie istnieje. Przewodniki, które opisują lokalizmy czytamy wybierając się w określone miejsca, nawet tzw. lokalne pisma stają się materiałem badawczym służącym poznaniu miejsca, jego mieszkańców, klimatu itp. Ale też nie istnieje nic poza literaturą lokalną, bo każda ma gdzieś swoje miejsce, gdzieś się dzieje, nawet jeśli jego ramy zakreśla język traktowany jako element obszaru państwa narodowościowego lub pojedynczy człowiek przemieszczający się z miejsca na miejsce. Och, nie znaczy to, rzecz jasna, że nie pojawia się kategoria lokalności w krytyce literackiej, co również nie znaczy, że podobną krytykę traktować należy inaczej jak próbę sankcjonowania własnej przydatności w świecie analizy literackiej krytyka, który takową kategorią się posługuje – to tak zwana produkcja – dodałbym, ze tak zwanej – wiedzy.

O cóż więc w tym gadaniu czytelników chodzi? Z pozoru ta cenzurka, to znamię „lokalności”, jest ukrytą stygmatyzacją, jest piętnem peryferyjności, zaściankowości, wieśniactwa, które dla nich charakteryzują się powieści dziejące się, ale przede wszystkim powstające na prowincji. W gruncie rzeczy chodzi tutaj o coś więcej, o podwójne znamię. Cenzura „literatury lokalnej” to z jednej strony rzeczy powstające i dziejące się na prowincji, z drugiej zaś posiadające niewielkie grono czytelników, bo wielki świat oznacza tutaj nic innego jak popularność. Nie jesteś lokalny tylko gdy jesteś z miasta lub gdy jesteś popularny. Ale to ostatnie jest mniej istotne, bo wielu wielkich twórców jest w sumie bardzo mało znanych.

Chyba w lecie udzielałem wywiadu dla Polskiego Radia Wrocław. Zanim pojawiłem się w studio, słuchałem sobie wcześniejszego wywiadu, przeprowadzanego z wrocławskim twórcą Agnieszką Wolny-Hamkało. Była to świetna audycja, w której nie padło najmniejsze pytanie o to dlaczego p. Agnieszka mieszka i tworzy we Wrocławiu. Za to gdy ja zjawiłem się w studiu, natychmiast musiałem opowiedzieć dlaczego piszę o Ziemi Kłodzkiej.

Użycie pojęcia twórczości lokalnej w stosunku do czyjegoś dzieła jest niczym innym jak – optymistycznie w to wierzę – nieuświadamianą przemocą werbalną stosowaną przez mieszkańców dużych miast w stosunku do twórców z prowincji. Jest rozszerzeniem dystansu między tymi pozycjami z ustanowieniem hegemonii miasta i mieszczan. Gęba twórczości lokalnej ma w istocie na celu dezawuowanie wartości rzeczy powstających na prowincji.

Cóż, nie mam cienia wątpliwości, że jest to przedłużenie ogólnej hegemonii rozpościerającej się w dyskursach mieszczan nad dokonaniami mieszkańców prowincji, trudno jednak nie oprzeć się przekonaniu o biedzie takiego spojrzenia: nawet biorąc przewagę ekonomiczną miast, to część z nas wszystkich zdaje już sobie sprawę z tego, że miasta nie są już pępkami świata, bo jego centrum jest tam gdzie ja jestem i każdy z osobna człowiek.

Popołudnie z Gawrysiakami było bardzo udane, co widać również po powyższych rozważaniach i myślę, że pojadę wkrótce do nich, do wielkiego miasta Gdańska na wypoczynek i szukać podobnych inspiracji. Przy okazji zabiorę bluzę Pumy czy innego Nike’a, którą rozgadany Janusz zostawił na oparciu krzesła.

Tymczasem nie mam nic przeciwko byciu lokalnym pisarzem, bylebym nie pisał po próżnicy.

1 – Jak wiadomo jesteśmy z Gawrysiakiem z jednego karassu, co potwierdza masa wspólnych przygód w ostatnich 20 latach.
2 – Nie mam pojęcia skąd czerpie tyle energii!
3 – Wszystkich dwóch.
4 – Jedno z najdurniejszych pytań, jakie słyszałem od dziennikarzy brzmi mniej więcej tak: dlaczego pisze pan o Ziemi Kłodzkiej, czy ma pan na celu pielęgnowanie lokalności?

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułCzłowiek i przyroda

ZOSTAW ODPOWIEDŹ