Świecenie męskim tyłkiem

1
30

Świecenie męskim tyłkiem

Kilka tygodni temu bodajże po raz pierwszy w życiu wyraziłem szerzej swoją opinię o homoseksualistach; oczywiście przy kawiarnianym stoliku. A ponieważ ostatnio zdarza mi się spotykać osoby o tej preferencji coraz częściej – może jednak powinienem ograniczyć się do gejów, bo z homoseksualnymi kobietami gorzej – postanowiłem dokonać jakiejś konkluzji tego popularnego dzisiaj tematu.
Rzecz jako temat nie jest dla heteroseksualnego wieśniaka łatwa, ale przecież właśnie tematycznie atrakcyjna, budząca nieliche kontrowersje. Czy to wniesie jakiś nowy, może nawet rozsądny głos w eter, tego nie wiem, bo zbyt gruntownie na rzeczy się nie znam, a tylko obserwuję, ociupinkę czytam, oglądam, słucham…

Świecenie męskim tyłkiem

Kilka tygodni temu bodajże po raz pierwszy w życiu wyraziłem szerzej swoją opinię o homoseksualistach; oczywiście przy kawiarnianym stoliku. A ponieważ ostatnio zdarza mi się spotykać osoby o tej preferencji coraz częściej – może jednak powinienem ograniczyć się do gejów, bo z homoseksualnymi kobietami gorzej – postanowiłem dokonać jakiejś konkluzji tego popularnego dzisiaj tematu.
Rzecz jako temat nie jest dla heteroseksualnego wieśniaka łatwa, ale przecież właśnie tematycznie atrakcyjna, budząca nieliche kontrowersje. Czy to wniesie jakiś nowy, może nawet rozsądny głos w eter, tego nie wiem, bo zbyt gruntownie na rzeczy się nie znam, a tylko obserwuję, ociupinkę czytam, oglądam, słucham…

Tak naprawdę należałoby zacząć od dyskursu seksualności, ale te Foucaultowskie teorie mają za ciężki kaliber na blogowe wpisy. Facet jednak, i to trzeba jednoznacznie podkreślić, miał dobry pomysł na umiejscowienie seksualności w polu gier władzy, bo od tego się zaczęło. Nie wnikając w owe teorie, mówiąc krótko, sfera ludzkiej seksualności osiągnęła w naszej dobie niewyobrażalne znaczenie. Coś, co jeszcze dwieście lat temu było czynnością przemilczaną, nieomal wyłącznie instynktowną, fizjologiczną (z pominięciem sfer arystokratycznych), stało się przestrzenią uprawiania życiowych filozofii, znakomitym polem do zarabiania pieniędzy w oparciu o kolejne „naukowe” teorie (bo nie mam na myśli od wieków znanej prostytucji, której odmianą będzie także dzisiejsza pornografia), a wreszcie… no właśnie, o tym za chwilę. Obecna kultura zaprogramowała nas na nieustające rozmowy i gadanie o seksie, pitolimy o kobietach, mężczyznach, spotkaniach, uniesieniach, podbojach, wreszcie o bzykaniu. Bez końca. To jedne z najczęściej poruszanych przez nas tematów.
Osadzony na stolcu apostolskim Franciszek wplata w kazania uprzejme gesty w stronę homoseksualistów, czczony Dalajlama w swych radach pisze (lub też mówi), że bez pamięci należy tylko gotować strawę i stosunkować się (może niedosłownie, ale w ten deseń, zresztą buddyści w tym temacie zawsze mieli „liberalne” podejście).

Otóż nie mam bladego pojęcia ile procent „urodzonych homoseksualistów” przychodzi na świat, śmiem natomiast twierdzić, że tyle samo przychodzi na świat „urodzonych heteroseksualistów”, reszta natomiast deklaruje swoją orientację seksualną w procesie socjalizacji. Jako swoisty dowód mogę tutaj przytoczyć to, co wiemy o obyczajowości starożytnych Greków, którzy – przynajmniej ze znanych nam licznych przykładów – reprezentowali w dużej części społeczeństwo biseksualne. Podobnie było w starożytnym Rzymie. Innymi słowy, jako spadkobierca kultury starożytnych Greków i Rzymian, twierdzę, że nasza seksualność w wymiarze deklaracji – poza wyjątkami – stanowiona jest przez środowisko, w którym przychodzimy na świat, lub w którym później konstruujemy swoje postawy wobec tzw. rzeczywistości.

Idźmy dalej.
Nowa kultura, kultura chrześcijańska, wniosła nowy etos obyczajowy, który z uwagi na jego oschły, semicki pragmatyzm, nie tyle, że nie sprzyjał homoseksualizmowi, co kładł jednoznaczny nacisk na nieustanne powiększanie trzody, która wzbogaca pasterzy. Na to, na ów pragmatyzm nałożyły się urządzenia prawne tyczące własności, dziedziczenia, co w konstelacji z dualną logiką chrześcijańską, musiało prowadzić do odrzucenia homoseksualizmu jako postawy osłabiającej kolejne elementy społecznej układanki. Tak oto bzykanie chłopców przez chłopców i dziewczyn przez dziewczyny stało się postawą niepożądaną, a wreszcie wyklętą. Nie znaczy to wszakże, że homoseksualizm przestał istnieć. W końcu przecież przychodzili na świat „urodzeni homoseksualiści”. Postawa była w konspiracji, choć nie do końca ukrywanej.
Tak czy inaczej przez setki lat „urodzeni homoseksualiści” byli gnębieni, odrzucani, szykanowani, mordowani, ale nie zniknęli, bo zapewne stanowią pewien stały promil populacji.
I oto wieki XIX i XX przynoszą pełniejsze ruchy społeczne, przynoszą demokrację, władzę ludu, wreszcie rewolucję seksualną, jako niebywały objaw domniemanej swobody. Homoseksualizm został zauważony, oficjalnie przyjęty.

Niby zatem wszystko jest w porządku, homoseksualność uwolniła się i jest tolerowana przez ośrodki władzy. A jednak, przynajmniej w Polsce, nie doszło nie tylko do uwolnienia, ale wręcz do napięć na tym tle. Ruchy lesbijskie, gejowskie, queerowskie, postawy wykluczające i piętnujące przejawiane przez medialne autorytety (jak choćby taki Korwin-Mikke), a wreszcie jednak w większości środowisk (szczególnie tych gorzej wykształconych i nieobytych) brak tolerancji aż po nienawiść, tworzą szum komunikacyjny, którego wysłuchiwanie prowadzi do obrzydzenia. Na żaden chyba temat nie wygaduje się takich ilości bzdetów, sensacje polityczne, sensacyjne wydarzenia, cała codzienna medialna papka szybko tracą swe kilkugodzinne daty ważności, dyskusja o homoseksualizmie nie gaśnie od lat. Co zatem jest nie tak?
Jestem zdania, że wszystko jest w najlepszym porządku. Tak właśnie społeczeństwo dochodzi do równowagi, którą możemy nazwać normalizacją, lub też systemem normalizującym. Fascynuje mnie jednak co innego w całym tym procesie, a mianowicie jakieś dziwne schamienie kultury Starego Kontynentu.
Jeszcze dzisiaj nie da się w Polsce nie myśleć o supozycjach hetero i homo, jako przeciwstawnych postawach. Wina leży po stronie homofobów, którzy rozdmuchują problem do granic możliwości. Ale i nie da się ukryć, że czynnie w tym uczestniczą wojujący o swoje tzw. prawa homoseksualiści. Na tym wszystkim najbardziej korzystają, rzecz przecież oczywista, nasi wspaniali parlamentarzyści i rządy; prawdopodobne, że ich narzędzia biorą w tym czynny udział.

A spójrzcie jak niedorzeczna jest to batalia.
Z jednej strony mamy homofobów, którzy w swej wielkiej narodowej i plemiennej misji nie pojmują, że ich wzorce odchodzą do lamusa i nie ma w tym nic złego, bo wzorce te były po prostu inną odmianą tych samych mechanizmów rządzących społeczeństwem i zostaną tylko zastąpione nowymi; to niekończący się proces społeczny, choć nie jestem przekonany, że możemy tutaj mówić o jakimkolwiek rozwoju, to nie sądzę również, by miało być jakkolwiek gorzej. Co więcej działacze ci czynnie napędzają zupełnie zbędną społecznie, a może i szkodliwą dyskusję. Na pewno jednak napędzają owe „ruchy równościowe”… i w gruncie rzeczy tworzą modę na homoseksualizm. Z czym bowiem mamy do czynienia po drugiej stronie? Ano z modą właśnie, z modą na inność. Z pominięciem, co oczywiste, „urodzonych homoseksualistów”.

Mamy tutaj przecież do czynienia ze współczesnym procesem indywidualizacji jednostki, z wyrabianiem przez nią własnego (w jej mniemaniu) poczucia tożsamości kulturowej. Przypomnijcie sobie „Podziemny krąg” i postać Nortona, która bezskutecznie szuka swego miejsca pośród dziwacznych „grup wyznaniowych”. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie fakt, że u tych „malowanych homoseksualistów”, to właśnie homoseksualizm oznacza odnalezioną tożsamość. Oni nie definiują się przez pasjonującą pracę, ciekawą, kreatywną osobowość, ale przez swoje seksualne preferencje. Jaki jest pana konik, no wie pan, hobby, czym pan się interesuje? Seksem, ja to seks lubię.

Większość z nas odczuwa w młodości potrzebę odróżniania się od reszty społeczeństwa. To zupełnie naturalne. U części potrzeba ta niknie w szarzyźnie egzystencjalnej walki, u sporej części trwa do wypalenia w średnim wieku. Nie dziwią mnie dzikie spędy muzyczne punków, metalowców lub rastamanów, nie dziwią mnie nienawistne akcje skinheadów, nie dziwią mnie polityczne koterie i kluby wielbicieli garbusa lub citroena, ale zawsze zastanawia mnie wspólna oś światopoglądowa homoseksualistów. Jakby seksualność była czymś więcej niż jest. W tym postrzegam ów upadek kultury, pojawiła się bowiem grupa, która własną dupą (jakby to było nie wiadomo co) szafuje zupełnie publicznie i jest z tego niewymownie dumna. I grupa ta zyskuje coraz mocniejszy głos. A może wielu z nich zdaje się, że właśnie tworzą taki gejowski podziemny krąg?
Jest na to prosta rada i rzecz się uspokoi. Cóż mnie obchodzą preferencje seksualne pana X czy Y? Po prostu nic i nie zamierzam sobie strzępić języka. Mnie panowie Kaczkowski czy Raczek interesują wyłącznie przez ich fachowość i zabawną magię ich medialnych osobowości, a z kim sypiają nie moja sprawa. Słowem, jeśli wreszcie wszyscy heteroseksualiści zamkną wreszcie swoje buzie, to zanim się obejrzymy temat homoseksualizmu wraz z modą na tę „inność” będą jednymi z wielu tematów, które nie mrożą człowiekowi krwi w żyłach.

Co zaś do gejów, których ja sam poznałem, to złego słowa nie dam powiedzieć. Jest o czym z nimi pogadać i nie epatują, trzymają swoją seksualność dla siebie i swoich partnerów. Tak na marginesie, od heteryków też nie lubię wysłuchiwać anatomicznych historii ich podbojów.

 

Ps. Po jednym dniu publikacji, postanowiłem dopisać skromne postscriptum konkludujące powyższą treść. Otóż nie jest to tekst przeciw gejom, ani ich obrona. Jest to tekst przeciw dyskusyjnej kanonadzie na temat gejostwa, ale przede wszystkim tekst kontestujący fakt konstruowania własnej tożsamości kulturowej w oparciu o swoją czy nie swoją seksualność (oczywiście nie mówię tutaj o seksuologach). Innymi słowy, nie podoba mi się to, że ktoś określa swoją wartość przez to komu i w jaki sposób daje tyłka. To tyle.

1 KOMENTARZ

  1. Moja babcia mówiła: „Dobrze gada, dać mu wódki”.
    Mnie ten temat nie porusza w sposób prawicowy :)Na szczęście!
    Przyjaciel mojej córki jest gejem, syn mojej kumpeli też i … przyznam, że Ci Panowie budzą u mnie większe zaufanie niż niektórzy „normalni”. Szukając córce stancji rozważałam ogłoszenie: „Szukam mieszkania z gejem” 😉

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here