dywanik

1
23

popołudniu leżałem sobie spokojnie przez godzinę, walcząc po cichu z toczącą mnie trucizną jakiejś podłej bakterii, czy innego krnąbrnego wirusa, a za oknem akurat doszło do oberwania chmury i deszcz

popołudniu leżałem sobie spokojnie przez godzinę, walcząc po cichu z toczącą mnie trucizną jakiejś podłej bakterii, czy innego krnąbrnego wirusa, a za oknem akurat doszło do oberwania chmury i deszcz, gnany jeszcze wiatrem, tak pięknie uderzał w dach, jakby waliły weń tysiące niezmordowanych małych piąstek, zrobiło się nastrojowo, ba, całkiem nawet melancholijnie wobec stanu mojego penetrowanego przez mikroby ciała, ale gdzie tam! nie dało się poleżeć, potaplać, pogrążyć się do cna w barokowych klimatach memento mori, w bezgłośnej kontemplacji nad kruchością ludzkiego ciała i całego żywota, bo oczywiście: zadzwonił wujek Ninja, że mam wychodzić, bo chłopaki mi wiozą ten dywan, co mi go wczoraj telefonicznie przez pół dnia wciskał w prezencie, jak stary komiwojażer, że przytulny jest i na pewno pasuje do wnętrza, a jemu już niepotrzebny, bo od dobrych ludzi dostał nowy, mnie zaś na pewno się przyda, a jak nie będzie pasował do wnętrza, to mogę oddać! tłumaczyłem, że mam już wykładzinę w pokoju, więc na cholerę mi dywan, drugiego pokoju przecież nie mam

– a tę wykładzinę to masz przecież zieloną – orzekł mój niewidomy przyjaciel
– w zasadzie niebieską, morską nawet – odrzekłem
– to idealnie, będzie pasował, przecież on ma idealne kolory do twojego pokoju i ledwo go dzisiaj wyszorowałem, pachnący, cymes normalnie! – zachłystywał się, cóż, wprawdzie gdyby nawet szorował ten dywan atramentem i tak by tego nie zauważył, ale co miałem począć, powiedzieć, że mi na pewno chce zgniłe jajo wcisnąć?

nie ma spokoju na świecie, bez wątpienia jeszcze w wieko mojej trumny zapuka jakiś łobuz, by mi zaoferować parę lekko tylko znoszonych lakierków do tańca, bo już z nich wyrósł; ubrałem spodnie, bluzę i kurtkę, na glacę nałożyłem kaszkiet i wziąłem małą parasoleczkę, i polazłem w ulewę, która, zanim chłopaki dojechali pod garaże, zamieniła się w lekki, sierpniowy deszczyk, zaplątany jak małe motylki w promieniach słońca

dywanik niewielki i ciutkę tylko zużyty, niosąc go dwa piętra zasapałem się jak parowóz jadący z Lądka do Stójkowa, bo tam miał pod górę, ale wniosłem bydlaka na sadybę i rozłożyłem w pokoiku, muszę go jeszcze poprzesuwać, ale w sumie chyba pasuje do wnętrza, a już do czerwonego prześcieradła to na pewno i jakby lepiej się poczułem, trochę wigoru wstąpiło w moje zmożone infekcją ciało

kwadrans później znowu rozległ się telefon, na blaciku znowu wujek Ninja, tym razem chciał mi wcisnąć komplet mebli pokojowych, bo dobrzy ludzie mieli do oddania… pogoniłem kanalię i położyłem się znowu, w oczekiwaniu na rzęsisty deszcz

1 KOMENTARZ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here