Dystynkcja

0
40

Gdy idzie o muzykę poważną, jestem prawie zupełnym dyletantem. Słowo „prawie” oznacza tutaj kilka oper, parę symfonii, co wpadnie w moje ręce boskiego Fryderyka (choć i tak Pogorelić bije resztę od razu), dodekafonistów wiedeńskich (sam nie wiem skąd to dziwactwo mi się przypałętało, ale pasjami podziwiam), jeszcze parę utworów z innych form muzyki zwanej poważną.

Gdy idzie o muzykę poważną, jestem prawie zupełnym dyletantem. Słowo „prawie” oznacza tutaj kilka oper, parę symfonii, co wpadnie w moje ręce boskiego Fryderyka (choć i tak Pogorelić bije resztę od razu), dodekafonistów wiedeńskich (sam nie wiem skąd to dziwactwo mi się przypałętało, ale pasjami podziwiam), jeszcze parę utworów z innych form muzyki zwanej poważną. Oczywiście, mogę sypać nazwiskami kompozytorów, jak z rękawa, wystarczy jednak, że każecie mi wymienić najważniejsze utwory tego lub tamtego, a pogubię się natychmiast. Jestem w tym względzie jak większość kobiet, które za żadne skarby nie spamiętają nazwy utworu, ani kompozytora, choć śmiało mogą kawałek zanucić.

Nie wychowałem się na muzyce poważnej, jakkolwiek na całkiem klasycznej: punku, hard rocku i heavy metalu. Oczywiście, już w ósmej klasie podstawówki przeżywaliśmy z Artkiem Zdanewiczem Piątą Lud van Beetha (już na samym Allegro con brio włosy nam na łbach dęba stawały – punk jest w dupie przy tym; wtedy jeszcze miałem tam włosy!), Vivaldiego i smutniejsze kawałki Mozarta, takie jak Requiem dajmy na to, ale już Mahler, Wagner, czy Dvorak, to była czarna magia. Parę lat później kupiliśmy sobie z narzeczoną „Madame Butterfly” na podwójnym longplayu. Nie dało się tego za cholerę słuchać. Straszne jęki. Ale wydanie było ładne, więc nie wyrzuciliśmy winylków.

I myślałem już, że ni cholery, będę plebejuszem, będę wieśniakiem do końca życia. Cóż, muszę przyznać, że na pewno tak będzie, będę wiejskim kłosem do grobowej deski; taka grupa krwi. Ale muzyki poważnej słuchać zacząłem i słucham. I jak na buraka, zdaje się, że dość często. Ostatnio, dla przykładu, odkryłem sobie Vaughan Williamsa i słucham z dużym zaskoczeniem…

No i proszę! Czysta megalomania! Miało być o niedzielnym koncercie, a ja znowu o sobie! A więc…

W ostatnią niedzielę miałem przyjemność zrobić krótki wstęp do koncertu muzyki poważnej. Na scenę lądeckiego Kinoteatru – dobra robota Sebastiana Łukasiewicza i Andrzeja Sikorskiego z tamtejszego centrum kultury – zaproszony został zespół „Sonotrio Ensamble”, jakkolwiek nie trąciłoby to medialnym blichtrem, Międzynarodowa Grupa Operowa.

Od rana, może nawet od kilku dni miałem z tym zgryza. Jak zapowiedzieć ten występ, tym bardziej, że koncerty „Sonotrio” są „prowadzone”, słowem, posiadają takie – jeszcze nie wiedziałem przez kogo – gadane libretto przed każdą partią utworów. Co powiedzieć, cholera, myślałem i pojawiło mi się słowo dystynkcja…

Kiedy wchodziłem od kuchni w strefę kuluarów i garderób do Kinoteatru, tuż za drzwiami głos ćwiczyła Ania Wilczyńska. Od razu zaznaczę, że z zespołu poznałem wcześniej tylko Izabelę Strzelecką (familiantkę jednej z najzacniejszych rodzin pedagogów w historii Stronia Śląskiego – państwa Ezeryńskich), a i to dość skromnie… I również dość na tym, że dynamit sopranu Ani walnął mnie tak, że prawie poleciałem na jakąś szklaną gablotę… no dobrze, może przesadziłem, ale na pewno, gdybym miał na nosie okulary, zaparowałyby na dwa palce.
Zaplecze teatralne tego budynku jest wyjątkowo podłe i zarazem bardzo przytulne, i wygodne dla potrzeb scenicznych. Pamiętam, jak w 2000 roku robiliśmy chyba czwartą edycję Letkiej Improwizacji Artystycznej, cały zespół miał ze trzydzieści osób: aktorzy, muzycy, techniczni, inspicjenci. Wszyscy się pomieścili. To był cudowny spokój szału, który miał nastąpić i dział się po kolei, ułożony, lecz szalony zarazem: któż z nas wiedział bowiem, czy po drugiej stronie, tam za sceną jest partner, czy szalbierz? Mieliśmy partnera. Podobnie, jak „Sonotrio” tego wieczoru.

Z typową dla mnie sztywnością – swoją drogą ta dystynkcja chodziła mi po głowie, Pierre Bourdieu, pole władzy, snobizm i całe społeczeństwo ze mną w roli papugi – powitałem się z artystami. Co chwilę któreś z nich wyskakiwało tutaj i tam, by rozśpiewać głos, w murach rozlegały się wówczas te wyzwalające dźwięki, to coś, czego nie da się doświadczyć nigdzie poza teatrem; szybko namówiłem ich (okazało się, że Witek miał ten sam pomysł), żeby w Kinoteatrze śpiewać bez mikrofonów, bo sala akustycznie wprost genialna, Andrzej Sikorski sprawdzał pianino, na sali siedzieli już pierwsi melomani, w garderobie rozwijaliśmy z Izą i Agnieszką temat stroński, nadziałem się na Martynę w negliżu, przebierającą się w koedukacyjnej toalecie w sceniczną kieckę, Ania powiedziała mi, że ładną mam na sobie   soroczkę, wobec czego spojrzałem na nią niepewnie, ale się okazało, że chodzi o moją koszulę, a widząc moją konsternację, dodała jeszcze, że tak w ogóle to przypominam jej męża, też jest niższy od niej, łysy, z brodą i ma te same, jakby ukraińskie rysy twarzy, tylko oczy u niego inne, ciemne… wreszcie przyszło wyjść na scenę.

… pojawiło mi się słowo dystynkcja: dlaczego słuchamy muzyki poważnej i dlaczego przyjeżdżamy akurat do Lądka-Zdroju? bo jedno i drugie nas uwzniośla: i duch wielkich kompozytorów, i architektura Lądka pozwalają nam poczuć to, co w człowieku najpiękniejsze… jedno i drugie wynosi nas w górę, w sobie, ale i wobec innych…

Uciekłem przez kuluary, w których kryły się młode, piękne kobiety w krynolinowych sukniach o narkotyzującym blasku, w koafiurach tyleż wystudiowanych, co tajemniczo pięknych, kryli się mężczyźni przystojni we frakach, muchach, samczo nadęci i świadomi swej mocy… Na salę poleciałem. Jako widz.

Wieczorem, w liście do przyjaciółki napisałem: człowiek wymyślił operę, by zaprezentować zdolności innego człowieka, coś w nim nieprawdopodobnego, tak pięknie ludzkiego, poza ludzkiego i kosmicznego zarazem… usiadłem koło Sebastiana, który siedział z Canonem albo innym cudem fotografującym… wyłączyłem się… śpiewała Ania, wynurzyła się Iza, szły na wymianę i te ich głosy… tylko muzyka może człowieka rozbawić bez przyczyny i bez przyczyny spowodować, że napływają mu łzy do oczu… i to co nagle odkryłem, a o czym nigdy nie napisał Proust, że od tego katharsis zrobi mi się kisiel w nosie, tak normalnie, oczyszczająco, łzy i kisiel, ale pewnie wcale bym tego nie zauważył, tylko zaczął chlipać w najlepsze, jakbym w samotności tam siedział… lecz wówczas mi z boku Sebastian tym aparatem: trrrrry, trrrrry, trrrry! Na przebudzenie i popłoch, że co się dzieje?! Gdzie jestem… ale jest dobrze, dziewczyny dalej śpiewają i panowie do tańca, na przytulanki do nich idą… o co jednak chodzi? Ten tutaj z aparacikiem, tam na scenie…

W tym amoku wydarzeń wewnętrznych i zewnętrznych, pojąłem dlaczego tak z nagła wzniosłem się po łezkę wzniosłości.
Geniusz w sztuce istnieje w swej szalonej, unoszącej się jak przepastna chmura głębi, tylko wówczas, gdy osiąga wystarczającą dozę bezczelności. A artyści z „Sonotrio” są bezczelni: Patrzcie ludzie! Taką muzykę wam prezentujemy, to nie pop, reggae, ani country, ale taką muzykę kochamy i taką chcemy dzielić się z wami z całego serca!

Za kuluarami, w garderobach są skromnymi, lecz roześmianymi ludźmi. Gdy jednak wychodzą na scenę, coś w nich wstępuje, lub raczej z nich występuje. Oto wychodzi z nich ta podstępna natura tkwiąca w większości z nas, której wszakże ujawnienia niewielu dostępuje. Na scenie wypływa z nich szaleństwo, przybierające formę pasji, wigoru, trącącej zdrowo ekshibicjonizmem konieczności wyrażenia siebie, oddania się, zatonięcia, rozpłynięcia… w śpiewie. Myślę, że to wirująca w nich desperacja młodości pozwala im na takie tupeciarstwo. Jeśli bowiem konserwatoria i cała edukacja narzuciła im konieczne formy, to młodość zarazem w pewien sposób uwalnia ich z owych kanonów: każdy (pewnie prawie każdy), kto był obecny na koncercie przyzna, że nie było w jego wykonaniu cienia parszywej rutyny, nie było leniwego gestu, zramolenia i przeżarcia zębami zjedzonymi na deskach teatrów, w operach, operetkach i innych wodewilach. Ja sam, gdy weszli w pierwsze, wieńczące którąś z arii, forte fortissimo, aż sobie pod nosem wyszeptałem: o ja cię pierdolę… Może nie całkiem pod nosem, bo się, siedzący przede mną, Kazik Szkudlarek aż odwrócił…

Ha! I nie zapominajmy o prowadzącej, Martynie Witowskiej, która w swej roli pomieściła sceniczną zawadiackość z dziewczęcą wdzięcznością i niewinnością. Martyna nie była zapowiadaczem, lecz mocną osobowością, która dała się zagarnąć fali operowego wydarzenia, będąc zarazem jego współtwórcą.

Publiczność, sala była zapełniona najwyżej w połowie, nie pozostała im winna. Brawa nie były bite, były lane. Zapewne gdyby im prawice nie obrzmiały wcześniej, śpiewacy długo nie zeszliby ze sceny. To był naprawdę wspaniały, niepozbawiony tęgich wiwatów, euforyczny aplauz. No a ten lądecki teatrzyk! Pal sześć, że fotele niewygodne, że parkiet zachowuje się jak ruchome schody, że obiekt doskonale pamięta czasy Bad Landeku, bo jego akustyka wynagradza wszystko. I tylko pod figurkę Najświętszej Panienki datek należy złożyć, żeby podczas planowanej przebudowy Domu Zdrojowego projektanci i budowlańcy tej akustyki nie wyrzucili razem z gruzem i starą dekoracją.

Po koncercie miło było oglądać uśmiechnięte twarze artystów. Miło było ujrzeć na twarzy Andrzeja Sikorskiego dumę i satysfakcję, że to on właśnie taki występ wykombinował. Miło było też zdać sobie sprawę, że moja wiwisekcja jednostki dystyngowanej wielkością muzyki poważnej poszła na półeczkę, gdzie trzymam papier toaletowy. Bo jeśli nawet słuchanie muzyki poważnej jakoś mnie nobilituje, jakoś uwzniośla, to z pewnością nie dlatego, że zaliczam się do elitarnego w zasadzie grona jej słuchaczy, lecz dlatego, iż dzięki niej ocieram się o stany emocjonalne, których w inny sposób niepodobna osiągnąć.

Jak widzę, wyszedł mi z powyższego tekstu nie lada pean, cały hymn pochwalny i siedemnaście zdrowasiek na cześć niedzielnego wydarzenia. I widzę już te komentarze, glossy i uwagi, że popadłem w euforię, jak licealistka. Jakby, do cholery, pan w dojrzalszym wieku nie mógł popaść w euforię…

Sonotrio Ensemble w Lądk-Zdroju pojawiło się w składzie:
Agnieszka Drożdżewska – sopran
Anna Wilczyńska – sopran
Izabela Strzelecka – mezzosopran
Ivo Michl – baryton
Tomasz Tracz – tenor
Przy fortepianie: Witold Janusz
Koncert prowadziła: Martyna Witowska

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here