Dlaczego czytam Lema

0
59

Dlaczego czytam Lema

W dość wczesnej młodości przeczytałem jedną, może dwie książki Stanisława Lema. Pamiętam ten epizod doskonale, ale pojęcia nie mam co przeczytałem. Nie wiem też dlaczego nie przeczytałem wówczas więcej powieści tego autora, zapewne drażniła mnie klasyfikacja gatunkowa, której został przypisany, czyli literatura science-fiction, a zbyt nieopierzonym byłem czytelnikiem, by samemu przenieść jego kompetencje w inne obszary literatury.

Dla pobudzenia ciekawości kilka informacji. Według Wikipedia.org Stanisław Lem jest najpoczytniejszym zagranicą polskim pisarzem, w swoim okresie był nawet najchętniej tłumaczonym pisarzem SF nieanglojęzycznym. Według Lem.pl jego pozycje przetłumaczono na 41 języków i wydano w ponad 30 mln egzemplarzy. Pokrzepi Państwa także informacja, że Lem słabiutko adoptowany był i jest w Stanach Zadowolonych Ameryki Północnej, ponieważ jest na tamten rynek… za trudny. Lem żył w latach 1921 – 2006, a jego główna aktywność pisarska rozciąga się na lata 50. – 80. XX wieku.

W ostatnich tygodniach przeczytałem Wizję lokalną, Pamiętnik znaleziony w wannie, Katar, Pokój na Ziemi, jestem w trakcie Głosu Pana, Doskonałej próżni i Wielkości urojonej. Nadto łyknąłem fragmenty jakichś esejów Lema i zapoznałem się ze wspomnianym portalem Lem.pl, szczególnie szkicami Jerzego Jarzębskiego i kilkoma innymi recenzjami czytelników tego wyjątkowego twórcy. W zasadzie nie poznając całości Lemowego dzieła prawdopodobnie nie powinienem tutaj – ani nigdzie indziej zresztą – wyzewnętrzniać się na temat jego fenomenu, boję się jednak, że kiedy już ją poznam, ochota na pisanie o tym skiśnie mi jak tysiące innych chęci.

Chciałbym z pewnością być nieustannie jakimś rodzajem świeżego czytelnika, czymś w rodzaju tabula rasa, na której powierzchnię nanosiłbym poznawaną lekturę. Za każdym razem doznawałbym na pewno owych cudownych uniesień, charakterystycznych dla prawdziwego procesu poznania. Bo jeśli mnie kto spyta o najwspanialsze doznania w życiu, to z pewnością do nich zaliczę olśnienia, które przyniosła mi czytelnicza pasja. Niestety, to niemożliwe. Jestem już starym czytelniczym wygą i takie przebłyski zdarzają mi się równie często, jak niekłamane orgazmy leciwej damie lekkich obyczajów. Czasem mi się zdaje, że poznałem już wszystkie triki, aż po miesiącach, co tam, po latach nawet przytrafia się lektura, która budzi we mnie na nowo cudownego ducha poznawczej naiwności. Czasem pretekstem jest całe niemal dzieło, niekiedy jego fragment, a zdarza się, że zaledwie kilka zdań.

Dzisiaj literatura dzieli mi się na trzy chyba kategorie główne: rozrywkową, której adaptacja nie wymaga najmniejszego wysiłku intelektualnego (jak część ostatnio przeczytanych kryminałów i opisów kartonów proszku do prania, płynów do płukania firan i innych tekstów leżących w kiblu pod ręką); naukową, która zmusza mnie do koncentracji i niejednokrotnie zasileń zewnętrznych; i na literaturę, cóż, z braku laku nazwę ją wysoką, ponieważ mimo sporej przyswajalności ma ona walor co najmniej oryginalności pod względem narracyjnym czy też formalnym. Dwie pierwsze kategorie można by określić sporymi oceanami, pośrodku których tkwi malutki raczej kontynent, choć nie wyspa, kategorii trzeciej.

Stanisław Lem jest swoistym fenomenem na tle całości polskiej i światowej literatury. Jego pisarski talent pozostaje na granicy geniuszu i z pewnością zdołałby ją przekroczyć w świetlistym nimbie absolutu, gdyby pisał epokę, może dwie wcześniej. Problem w tym, że Lem na dobrą sprawę zaczął tworzyć w dobie prozy wyczerpania i ostatecznej agonii filozofii. I z tego ducha swojej epoki nie mógł się wyzwolić. Z pewnością jego futurystyczna spuścizna nosi w sobie charakter pewnego wizjonerstwa, sądzę jednak, że technologiczne przepowiednie nie urastały jego ambicjom, zaś w filozofii nie pozostawało już prawie nic do dodania. Lem miał aspiracje znacznie wyższe, jak bowiem Jarzębski zauważa, ontologiczne i epistemologiczne peregrynacje pisarza oscylowały w klasycznym kierunku nakreślenia klucza do zrozumienia całości Bytu.

Sam Lem, w którymś ze szkiców – notabene znakomitym – Mojego poglądu na literaturę, dzieli ją na królestwo wysokie i królestwo niskie. Nie wiem, w którym przedziale on sam umieszcza swoje dzieło, choć nieomal całość SF wrzuca, na mocy relacji twórca – rynek – czytelnik w tym drugim. Posługując się systematyką artysty, nie mam najmniejszej wątpliwości, że dzieło jego należy do królestwa wysokiego. Znacznie większy problem mam z kwalifikacją gatunkową jego powieści; nie wiem też jak sam je traktował. Niby to SF, ale myślę, że ten nominał nie utrzymuje się żadną miarą w rzetelnej ocenie. A może odwrócę nieco sytuację i powiem tak: jestem czytelnikiem, któremu daleko do drobiazgowości i szczególarstwa literaturoznawców, w zasadzie nawet mierzi mnie próba takiego szufladkowania czyjegoś pisarstwa w poczet nie wiadomo komu potrzebnych systematyk.

Stawiam twórczość Lema na poziomie najciekawszych dzieł pisarzy światowego postmodernizmu. Kiedym sięgnąłem po pierwsze, tym razem, jego książki, już po kilku przeczytanych kartkach pojawiały mi się pobłyski dorobku Johna Bartha, Johna Fowlesa, Vargasa Llosy, Marqueza i wielu, wielu innych twórców, którzy kariery swe rozpoczynali w latach 50. i 60. XX w. Oczywiście znalazłbym i wcześniejszych pisarzy, że o poetach nie wspomnę, będących swoistymi protagonistami tego prądu, jak choćby Queneau czy Borges, ale prawdziwa fala tej postawy pojawiła się jednak w drugiej połowie ostatniego stulecia. No pięknie! I zachowałem się teraz jak rasowy literaturoznawca! Ale czy o to mi chodzi?

Chodzi mi o wyznaczenie pewnej postawy twórczej charakterystycznej dla epoki, która w istocie stworzyła obecny klimat naszej kultury entropii, rozpadu, lub jak ją zwał Bauman, płynności, a która jest jedną z głównych cech dzieła Stanisława Lema. I powiem szczerze, że nie potrafię twórców tych nazwać inaczej jak jajcarze, komedianci, rzezimieszki, przy czym z każdego z tych terminów należy odrzucić ewentualne pejoratywne konotacje, a i należałoby gdzieś w koguciej wadze tych pojedynczych słów odnaleźć dozę heroizmu.

Wyobraźmy sobie człowieka urodzonego w pierwszych trzech dekadach XX w., człowieka utalentowanego, inteligentnego, twórczego, który w mniejszym lub większym stopniu doświadcza zetknięcia z okrucieństwami II wojny światowej. Nikt po takiej próbie nie może zostać niezmieniony. Jest to nie tylko tragedia milionów ludzi, ale też zupełny krach, absolutny upadek wiary w wartości etyczne, które przypisywano człowieczeństwu. Koniec II wojny wszakże nie oznacza wcale pokoju, bo już nowe czarne chmury zaczynają otaczać planetę: los Hiroszimy i Nagasaki, rozszerzająca się hegemonia i terror totalitarny Sowietów, twarde granice stref okupacyjnych Wschodu i Zachodu, w końcu początek zimnej wojny, która eskalować będzie nieustannie politykę zagrożenia bezpieczeństwa. Na tym tle rozgrywa się inny dramat – śmierć ducha, śmierć metafizyki, która kona chlastana skalpelem nauk przyrodniczych. Ich bowiem kolejne – zapoczątkowane w latach 50. – odkrycia przekonują człowieka, że duch nie istnieje, jest tylko myślące mięso. Każdy stan, któremu ulega człowiek jest niczym więcej, jak efektem chemiczno-fizykalnych reakcji występujących w jego ciele. Jako wytwór tych reakcji znika zatem również Bóg i cała sfera niebios, a wraz nimi wartości, któreśmy od nich rzekomo otrzymali; w końcu to tylko konfabulacja atomów. To fakty nieodwołalne, potwierdzone, legitymizowane przez naukę, tyrana dużo wyższego od sczezłego właśnie Boga, gdyż jej siła oparta jest na „dowodach” znacznie mocniejszych od dogmatów wiary – na pewności empirycznego doświadczenia.

Jak w takiej sytuacji wyglądać może kondycja artysty? Jeśli zgodzimy się, że artysta, chciał nie chciał, robi w domenie ducha, jasnym się staje, że śmierć Boga i dominacja martwej uczuciowo, emocjonalnie i duchowo nauki, odziera artystę najpierw z najważniejszej przypisywanej mu mocy: mistycznego daru transcendencji, transgresji, głębszego wejrzenia w naturę świata, daru zetknięcia z niedostrzegalnym porządkiem. Artysta, w tym położeniu, staje się obłąkańcem, który od tysiącleci tworzy tylko i wyłącznie jakiejś histeryczne omamy. Wydaje się więc, że jedyne, co mu zostaje, to rozpacz nad rozpływającymi się mirażami, tylko ją mógłby teraz okazywać, ale i nawet tego uczynić nie może.

Człowiek jako jednostka ukonstytuował się wyłącznie w opozycji do tego, co człowiekiem nie jest, do drugiego człowieka, przyrody, a wreszcie i do Boga. O ile jednak jego stosunek do natury oznacza relację materialnych interesów, o tyle relacja z Bogiem – wprawdzie także interesowna – ustanawia coś więcej, konstruuje ludzkie Ja, jakiś fenomen nacechowany własnym, „indywidualnym”, pozafizycznym charakterem. Co więcej, owo Ja posiada pewną władzę nad pierwotną materialną relacją fizycznej siły, to władza woli. Z chwilą zwycięstwa nauki, wola okazuje się kłamstwem, Ja całe staje się hasłem wydmuszką, pustym sloganem, w końcu to tylko elektryczne migotanie nerwowych reakcji ludzkiego mięsa. Tak oto nawet możliwość rozpaczy zostaje artyście odebrana – nie ma bowiem kogoś, kto mógłby rozpaczać. Kartezjańskie myślę, więc jestem zostaje definitywnie odwołane. Pozostaje milczenie, stupor, zupełna katatonia. I, rzecz jasna, ponury bełkot ludzkiego tłuszczu.

Stanisław Lem, wymienieni powyżej i pewnie wielu innych artystów stanęło zatem w obliczu śmierci sztuki. Owszem, mogli dalej pisać, malować, komponować, ale niepodobna twór fabryki chemicznej zwać dziełem sztuki, dziełem boskiego natchnienia, dziełem kosmicznego geniuszu, czy choćby wolnego ducha, bo to jedynie produkt, zwykły towar na rynku, którego wartość mierzy się jakością sprawianej przyjemności podczas jego konsumpcji. Odwieczna misja artysty – choćby nie wiem jak się jej wyrzekał – jako medium między człowiekiem a Bogiem, lub inną ideą wyższą, dobiegła końca, czy raczej nigdy jej nie było. Świadomość taka doprowadza artystę do jeszcze jednej redukcji: nie da się już niczego nowego powiedzieć, bo wszystko, co zostało powiedziane ma wartość snu szaleńca i każde „nowe” nie będzie niczym więcej. Koniec z upiorami cudownej naiwności, czas być szczerym: żadna duchowa transgresja nie istnieje, jesteśmy tylko zwierzętami, których intelekt, umysł i duch są niczym więcej od garnituru najostrzejszych, najbardziej krwiożerczych zębów w całej historii ewolucji zwierząt pomieszkujących planetę Ziemia.

Zwiastowana przez Nietzschego śmierć bogów dokonała się realnie, ale nawet pogrzebu, żadnej żałoby po nich nie uczynimy. Większości z nas na takie dictum acerbum nawet brewką nie pyknie, ale co począć mają indywidua, których fantastyczny potencjał niezdolny jest do realizacji w innej niż twórczość artystyczna przestrzeni? Mają iść w produkcję papieru toaletowego, masła o smaku ropy naftowej i papierowego obuwia dla nieboszczyków? I nie chodzi nawet o upokorzenie wynikające z konieczności pisania serialowych scenariuszy dla kucharek, ale fakt, że musieliby zrewidować swoje potencjały warsztatowe, odwołać setki artystycznych dzieł, które przeczytali, ba, wyrugować je z pamięci, by nie kaziły ich natchnieniem i, nie daj nam Panie Boże, jakąkolwiek manierą stylistyczną. (Daleko mi do Lema, jak stąd do Marsa, pamiętam jednak, gdy w trakcie studiów poproszony zostałem o napisanie serii prostych felietonów do „Gazety Wrocławskiej”, albo „Gazety Robotniczej” i po oddaniu pierwszego tekściku zostałem nieomal wyśmiany przez redaktora: – Czyś ty, człowieku, oszalał? Toż nikt tego nie zrozumie.) Nie zamierzam nobilitować sprawności tych twórców poniżeniem wartości innych, szczególnie fizycznych profesji, trudno zresztą mówić o wartości The Floating Opera w porównaniu z pajdą chleba omaszczonego smalcem, gdy człowiek głodny, ale też łatwiej jest zastąpić pracowitego grabarza, niż oryginalnego pisarza.

Cóż tedy pozostaje tym urodzonym rewolucjonistom, gdy – poza naukowymi nowinkami i mało istotnymi przewrotami w krajach Trzeciego Świata onegdaj i Półkuli Południowej dzisiaj – wszelkie rewolucje spaliły na panewce? Tracąc prawo do wyrażania poważnych opinii, gubiąc autorytet mądrości, czy choćby przywilej kapłańskiego wieszczenia, pozostało im tylko jedno: drwina, ironia, groteska, imitacja, udawanie, zabawa, gra. Pisarze ci przypominają w swoim rzemiośle radykalnych konstruktywistów, lewiatany pewnej ważnej części współczesnej kultury. Przypomnijcie sobie Buszującego w zbożu, weźcie Maga, Grę w klasy i nowsze Zeszyty don Rigoberta, czy jeszcze późniejszą Siostrę Topola. W każdej z tych powieści wpuszczani jesteśmy w maliny, wyprowadzani na manowce i dopóki czytamy narracje te „na poważnie”, odnosimy wrażenie, że autorzy robią z nas wała, że kpią sobie z nas niesmacznie nawet. Dopiero dystans do tej zabawy starych lisów daje nam swobodę, choć pozostaje faktem, że czytanie ich dzieł bez pewnego przygotowania jest zajęciem równie jałowym jak próba czytania Encyklopedii nauk filozoficznych Hegla przez piętnastolatka: rozumie taki 90% czytanych słów, ale do kupy skleić tego bełkotu nie zdoła.

Stanisław Lem to prawdziwy ekwilibrysta literatury, ba, cudowny jej prestidigitator. Nonszalancja, z jaką porusza się w lupanarze jej gatunków i narracji jest niezrównana. Nie przypominam sobie, bym poznał autora, który z równą swobodą czuje się w dynamice powieści kryminalno-detektywistycznej, grotesce rodem z Kafki, antyutopii w stylu Čapka, intertekstualności jak u Borgesa, science-fiction najwyższej próby technicznej.

Co do eseistyki i krytyki literackiej mogę powiedzieć, że w całym swoim życiu ceniłem sobie zaledwie kilku jej stałych uprawiaczy: Stanisława Brzozowskiego, Boya Żeleńskiego, Witolda Gombrowicza i Artura Sandauera, a później Sławoja Żiżka i trochę Richarda Rorty’ego. Zapewne dobrych krytyków i eseistów były/są tysiące, problem w tym, że z tych kilkudziesięciu (a może kilkuset), których przyszło mi czytać i „przejrzeć”, tylko ci wymienieni nie znudzili mnie, do cna mnie nie zamęczyli. I Stanisław Lem dopisuje się do tej króciuchnej listy, to bowiem, co przeczytałem nie tylko mieni się erudycją, to rozbłyskuje co rusz humorem, ironią, sarkazmem nawet, ale przede wszystkim formą jasną, przejrzystą, wyrazistą i ordynarnie szczerą.

Jak rzekłem wcześniej, nie czytałem w zasadzie żadnej pracy filozoficznej Lema, dość jednak poznać tych kilka powieści, by odkryć główne wątki i motywacje, względem których się w niej porusza. Dzisiaj są to zaledwie glossy, marginalne przypisy do filozofii w ogóle i do jej momentu w dziejach. Lem nie wnosi w tym względzie nic nowego, jego poszukiwania mają charakter albo czysto logiczny, albo konstytuują się w krytycznej przestrzeni pytań teleologicznych. Metoda jest wprawdzie całkiem ciekawa, jak choćby ta, którą przyjął w Dialogach wzorowanych na Platonie, gdzie rezygnując z przypowieści proponuje eksperyment, wciąż jednak porusza się w sferze teorii i zabaw logicznych, boi się pójść dalej. Czego bym wszakże nie rzekł, Lem filozofujący jest propagatorem refleksji intelektualnej, zastanowienia, namysłu nad sensem, co być może nie wiedzie do odpowiedzi, z pewnością za to zmusza nas do przekonania, że istnieje coś takiego jak duch i możliwość jego poznania. Namawia nas do poznania i wiary w coś, co zostało mu odebrane.

I jeszcze Lem komentowany. Zauważyłem dwie kategorie jego czytelników: zwykli czytelnicy i akademicy. Co do percepcji pierwszych nie wyrażę opinii. Co do drugich zaś, akademików, poziom nudzenia Lemem, którym posługują się jak naukową pałą doskonale legitymizuje ich akademicką, intelektualną wartość: walkę o bycie.

Czytam Lema, bo puszcza do mnie oczko. W całym galimatiasie mojej własnej obecności widzę ten żarcik, który ją rozsadza.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ