Obraziłem się na serial

0
22

nagelfbJestem ofiarą tej perfidnej masowej kultury. Przez kilka ostatnich tygodni oglądałem kolejne sezony serialu „Dexter”, pierwszy, drugi, trzeci… Naprawdę dałem się wessać. I trudno się dziwić. Nie znajduję innego serialu, który miałby tyle atutów. Ponoć „Breaking Bad” ma. Zobaczymy w następnej kolejności.

Jestem ofiarą perfidnej masowej kultury. Przez kilka ostatnich tygodni oglądałem kolejne sezony serialu „Dexter”, pierwszy, drugi, trzeci… Naprawdę dałem się wessać. I trudno się dziwić. Nie znajduję innego serialu, który miałby tyle atutów. Ponoć „Breaking Bad” ma. Zobaczymy w następnej kolejności.

„Dexter” to przede wszystkim znakomity, przewrotny scenariusz. Uderza od razu swoją wielowątkowością. Każdy odcinek to osobna kryminalna intryga, która jest elementem większej kryminalnej intrygi rozłożonej na cały sezon, która z kolei jest elementem całej układanki, czyli losów głównego bohatera, które… kiedyś się skończą. W nurt ten wplecione są solidne migawki z życia osobistego reszty bohaterów. Świetnie nakreślone są postaci, począwszy od Dextera, a skończywszy na drugo i trzecioplanowych aktorach tego dramatu.

I obok scenariusza największy atut – obsada. Aktorzy dobrani zostali do swych ról wprost idealnie. Ograniczę się jednak tutaj do dwóch pierwszoplanowych postaci w czterech pierwszych sezonach.

Michael C. Hall w infernalnej roli Dextera potrafi być opanowany, wyliczony, oszczędny, wręcz neurotyczny, by „w tę noc” buchnąć zimną euforią dzikiej bestii, która dopada swoją ofiarę. Hall jest przekonujący, wzbudza swoją kreacją to, co – jak literacki bohater, na którym osnuta jest kanwa tej postaci – wzbudzać powinien: przerażający i sympatyczny, bezwzględny i ustępliwy, popędliwy i racjonalny… Dexter jest po prostu nieobliczalny i Hall potrafi to pokazać. I jeszcze jedna rzecz: nie wiem czy Hall jest przystojny, ale z pewnością jest charyzmatyczny, po prostu przyciąga wzrok swoją gębą.

I postać druga – Rita, czyli Julie Benz. Tutaj muszę się przyznać: gdyby Julie Benz grała w „Na dobre i na złe”, oglądałbym każdy odcinek, a jest to najbardziej gówniany serial, jaki w życiu zdarzyło mi się oglądać. Benz w „Dexterze” ma rolę kobiety irytującej jak pociągnięcie styropianem po szybie, widelcem po szkliwie talerza, ma rolę świętej pamięci Staszka Pawlęgi oskrobywującego ostatnie krople rosołu z miski… Jest absolutnie irytująca, ale irytację pochłania piękno jej twarzy. Kiedy Benz pojawia się na ekranie, wszystko poza nią znika. Dla mnie, rzecz jasna.

Dobrze, ale to nie koniec atutów. Rzecz w tym, iż „Dexter” w wymiarze symbolicznym zbliża się do fascynującej mnie granicy kreacji, na której dochodzi do redefinicji pojęć nie tylko takich jak moralność, ale też porządek i chaos, celowość i przypadek…

Owszem, będzie po raz kolejny o rozumie i szaleństwie. Ale tylko trochę.

Więc wróćmy do scenariusza nieco inaczej, trochę od strony scenarzysty. „Dexter” bez wątpienia kreślony jest według prawideł klasycznej filmowej konwencji. Jej główną zasadą jest zachowanie konsekwencji w kreowaniu kolejnych losów bohaterów. Chodzi tutaj o konsekwencje logiczne, głównie w wymiarze ich linearności. Klasyczna zasada przyczyny i skutku zostaje zachowana. Opowieść jednak zbliża się na okrągło do własnego rozpadu, po czym na chwilę porządkuje się tylko po to, by znowu otrzeć się o swoje unicestwienie. I nie byłoby w tym nic niepokojącego, gdyby nie stałe natężenie emocjonalne narracji, która dotyczy wątku głównego, ale równie mocno reszty „pobocznych” historii.

Jeśli tematem każdej opowieści jest relacja, a tak jest, to w „Dexterze” każda relacja ma charakter intensywnego, ekstremalnego doświadczenia graniczącego z unicestwieniem tej relacji. Oczywiście, jeśli ktoś kropnie Sherlocka Holmesa, to serial się skończy, ale równie niewyobrażalna jest dekapitacja doktora Watsona. Tymczasem w naszym serialu odstrzeliwanie najważniejszych obok Dextera bohaterów jest na porządku dziennym. Po zaszlachtowaniu Rity, nie wątpię, że scenarzyści załatwią nawet Deb Morgan.

„Dexter” nie jest czystym kryminałem, nie mamy tutaj do czynienia z zagadką: kto zabił? Nie taka tajemnica trzyma nas w napięciu. Tutaj sekretem jest: kto następny – prócz nieco przypadkowych ofiar – zostanie uśmiercony. Bliżej serialowi do thrillera, ale i to nie ten gatunek, bo brakuje mu właściwej, histerycznej dramaturgii.

Z czym więc mamy do czynienia? Z nasileniem wątków prowadzącym do usidlenia widza, a raczej wypuszczenia go z ram logiki w rozedrganie chaosu, w rozszerzającą się przestrzeń szaleństwa… W której w końcu uwięziony zostaje również sam scenarzysta – autor całej tej historii… No, nie jest to do końca prawda…

Ale to mnie w każdym odcinku najbardziej zaciekawia: w jaki sposób twórca scenariusza zdoła się wywinąć, uniknąć zupełnej katastrofy? A sztuka nie jest łatwa, bo film majaczy na granicy maligny: ukaż dziką, krwiożerczą bestię, która nie da się pojmać w ryzy racjonalnego świata.

Nie jest to do końca prawdą, bo słabość scenariusza tkwi dokładnie w tym miejscu – tutaj idea zjada własny ogon. Dexter wykonując „swoją robotę” jest przestępcą, którego należy ścigać, ale przecież to on ściga „przestępców”, których wyklucza – w odróżnieniu od systemu sprawiedliwości – definitywnie; co ostatecznie gdzieś w głębi lubimy. W konsekwencji Dexter jest ścigany przez system, który sam wspiera.

I teraz nie ma znaczenia psychologizacja, bo fakty, martwe fakty pozostają właśnie takie: Dexter wspiera system który chce go wykończyć. Z dzikiej bestii robi nam się kolejne ramię, narzędzie, które wspiera system produkujący bestie prawdziwe (czyli takie, które mordują – w odróżnieniu od Dextera – tych dobrych). Nie ma już Dextera – bestii funkcjonującej poza systemem, funkcjonującej wedle własnych praw. Jest systemowe urządzenie. Co skądinąd jest jest jasne: „filmowy Dexter” nie może działać poza systemem, bo… przestalibyśmy go lubić i oglądać. On nie jest bestią, on wykańcza bestie, a kto nie jest przeciw nam, ten jest z nami… Złożenie estetycznej atrakcyjności obrazu, pytania o naturę człowieka i konieczność funkcjonowania systemu.

No i wszystko pięknie, ale scenarzysta zamordował Ritę – moją ulubioną postać! I tego nie wybaczę mu za cholerę. Ta zrzęda pasowała do Dextera jak ulał i nie sądzę, że pojawią się jakieś kobiety, które będą tak nieznośnie adekwatne, tak przeciwstawne do niego. A szkoda, że motyw tak szybko się wyczerpał.

Wszystko pięknie, ale jestem obrażony – nie oglądam.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ