Dentysta

1
100

Dentysta

Facet z wiekiem traci pewne rzeczy, inne zaś zyskuje. Na ogół traci zęby i włosy. Zyskuje brzuch, zmarszczki i włosy, a jakże, lecz w dość nietypowych miejscach. Ja tracę dodatkowo wzrok i, niechże się wam przyznam, bo historii inaczej nie opowiem, miałem jeszcze stracić zęba właśnie. Szóstkę górną prawą. Bardzo niemiła sprawa, oj, niemiła. Zresztą, ogólnie biorąc, wizyty u dentysty nie należą do przyjemnych. W tym wypadku miałem mieć wydrenowaną koparę i kieszeń. Same straty, więc nie ma powodu do radości. Ale jak mus, to mus, życie nie jest niekończącą się feerią przyjemności.

Należę do osobników z trudem znoszących ból, na samą myśl o rwaniu zęba dostaję dupościsku. Nie żartuję, dostaję tego samego uczucia, kiedy jako pacholę co dwa tygodnie chodziłem do przychodni na zastrzyk z debecyliny, penicyliny, czy innych świństw, którymi „leczono” mój reumatyzm. Osiem lat mnie tak ładowali co dwa tygodnie. A wystarczyła zmiana klimatu i jak ręką odjął, do dzisiaj nie mam problemu. Niestety, na zęby zmiana klimatu ni cholery nie pomoże. Od miesiąca więc zarejestrowany byłem u dentysty na ekstrakcję i nie żebym stale miał ten dupościsk, bo tylko wtedy, gdy sobie przypomniałem. Od miesiąca przygotowywałem się, trenowałem, koncentrowałem przed tym paskudnym zabiegiem.

Wreszcie wczoraj rano wsiadłem w pekaes i przed dziewiątą dotarłem do przychodni na umówioną wizytę. Chwilę później dosiadł się znajomy z dzielnicy, niegdysiejszy felczer, szacowny gość.
– Do dentysty? – Zapytał.
– Owszem – odrzekłem i spoglądając na moją wysłużoną Raketę dodałem. – Na dziewiątą.
– O – zdziwił się. – Ja też na dziewiątą. Ale ja tylko na przegląd, szybko pójdzie.
Nie zaniepokoiłem się, że sąsiad umówiony jest na tę samą godzinę, jakoś nie przyszło mi do głowy, że przecież dentystka nie ma dwóch foteli, a gdyby nawet miała, to nie będzie skikać między nami. Nic to, rozmawialiśmy sobie w najlepsze przez kolejne dwadzieścia minut, oczekując aż borowany właśnie delikwent opuści gabinet. W końcu jakoś kwadrans po dziewiątej drzwi się otwarły, wyszedł z nich mężczyzna, a sąsiad wskoczył natychmiast do środka.

I znowu ten dupościsk, ale miałem czas, miałem kilka minut na zebranie się na odwagę. Jak mus, to mus. Minęło jednak kolejne pięć minut i słyszę wyraźnie, że za drzwiami dentystka boruje sąsiadowi uzębienie. A to nicpoń, pomyślałem, oszust jeden! Postanowiłem jednak być cierpliwy. Dla odwrócenia uwagi wyjąłem z kieszeni smartfona i odpaliłem newsy na wp.pl. Ot, dowiem się, co na świecie szerokim słychać, stwierdziłem pod nosem i zacząłem czytać tytuły. Niestety, wiadomości tego portalu, począwszy od debilnych tytułów, które na ogół niewiele mają wspólnego z zawartością równie kretyńskich informacji w podlinkach, a skończywszy na totalnie brukowym charakterze „artykułów”, poirytowały i odstręczyły mnie natychmiast. Na skrzynce pocztowej znalazłem kilka wiadomości, w których na ogół jakieś kobiece nazwiska proponowały mi powiększanie penisa, oświadczały, że poszukują kogoś do uprawiania analnego seksu, a także oferowały mi pożegnanie się z dodatkowymi kilogramami i cellulitem. To ciekawe, że takie mejle opatrywane są imionami i nazwiskami kobiet, nigdy zaś mężczyzn. Zajrzałem więc na fejbuka, ale po chwili straciłem ochotę na czytanie idiotycznych politycznych komentarzy i oglądanie żenujących memów.

Po dwudziestu minutach wizyty sąsiada w gabinecie bormaszyna dalej rzeźbiła swoje, a mnie zaczęło rosnąć ciśnienie. O, psiesyny, latało mi po głowie, oszusty, a więc to tak: gałgan wchodzi bez kolejki, bo znajomek ze służby zdrowia, a ja czekam jak za komuny, no nic się nie zmieniło, dalej zasrańcy robią z nas frajerów na czternaście fajerek, na nic umowy, rezerwacje, wciąż jesteśmy kopani w dupę, wy gnoje, kanalie… Powiedziałem sobie, że czekam do za piętnaście dziesiąta i ani chwili dłużej.

Nie to jednak było najgorsze, że mnie znowu „polska służba zdrowia” dymnęła. Rzecz w tym, że straciłem koncentrację, rozkojarzyłem się, moje mentalne treningi wzięły w łeb. Jak mogli mi to zrobić? Toż znajdowałem się w sytuacji skoczka narciarskiego, który siedzi na siedemnastej belce skoczni w Planicy i uszykowany do lotu na 200 metrów czeka na zielone światło i machnięcie trenerską chorągiewką. Siedzi i czeka, ale światło stale czerwone, a chorągiewka nie opada. Po regulaminowym czasie wycofują desperata z belki na schodki, by po kolejnych kilkudziesięciu sekundach mógł powrócić. Historia się powtarza, znowu czeka i znowu go wycofują, po chwili ponownie wraca. Jak do ciężkiej cholery może się czuć ten straceniec? Szlag trafia całą jego koncentrację, skupienie, jego uwaga sfokusowana dotąd na dotarciu za wszelką cenę gdzieś tam na dół w jednym kawałku leży nagle w gruzach. Na jego miejscu zdjąłbym te sztachety z nóg i walił nimi sędziego startowego przez łeb, albo i natłukł wszystkich po kolei, nie wyłączając konkurentów, machając nimi jak Jurand ławką po Krzyżakach.

Dwie minuty przed wyznaczonym sobie czasem porzucenia roli pacjenta byłem galaretowatym kłębkiem nerwów, ale czułem, że wzbiera we mnie złość coraz większa i zaraz eksploduję jak Wezuwiusz, a świat pokryje dźwięk wiązanek przerastających krasomówczy kunszt przedwojennych warszawskich dorożkarzy. Ostatkiem sił zarzuciłem na plecy kurtkę, zgarnąłem torbę i prawie wybiegłem z przychodni. Było oczywiste, że do rwania zęba nie dojdzie, bo dentystka obrazi się na mnie, kiedy naubliżam jej oraz jej rodzinie do szóstego pokolenia wstecz, oszkaluję jej profesję, polską służbę zdrowia, NFZ, ZUS, czasy PRL i panującą nam obecnie partię polityczną ze szczególnym uwzględnieniem parlamentarzystów i członków rządu.

Nie skłamię ani na jotę, gdy wyznam, że idąc później do CKIR-u oddychałem głęboko dla ukojenia gniewu. Wreszcie na wysokości lądeckiej estakady zwanej powszechnie mostowiaduktem, doszedłem do siebie. Jasna sprawa, że wchodząc do sekretariatu domu kultury nie omieszkałem przedstawić pracującym tam paniom moich radykalnych poglądów tyczących traktowania człowieka przez system. Zrobiłem to jednak łagodnie, choć z wyraźnym brzękiem stali w głosie.

Całe wydarzenie miało miejsce wczorajszego ranka. Czy sądzicie, że dentystka lub jej asystentka do mnie zadzwoniły? W życiu Romana! Grobowe milczenie wypełniło naszą relację. Tymczasem nerwy mi opadły i myślę sobie, że ostatecznie, choć nieświadomie, to nieźle jednak to sobie wykombinowałem: ja po prostu nie chciałem wyrwać tego pioruńskiego zęba.

No do czego to się człowiek posuwa, żeby samego siebie oszwabić?

1 KOMENTARZ

  1. Nie mogę napisać,że znowu mnie swoim wpisem ucieszyłeś i rozbawiłeś. Raczej mnie Twój post zmartwił. Czasy się zmieniają i my też i gabinety stomatologiczne. Nie uświadczysz tam jak napisałeś bormaszyny. Tylko nowoczesne unity dentystyczne na których siedząc zrobią Ci nawet zdjęcie rtg które się wyświetli nad twoją twarzą na panelu lcd. W tle muzyczka i tylko ślinociąg szumi w ustach. Na technice leczenia się nie znam ale wierz mi, wysiedziałem się w gabinetach stomatologicznych do bólu dupy. Z powodu wyjazdów muszę mieć wszystko poleczone i klepnięte przez lekarza pieczątką w karcie obiegowej przed wylotem. Nie pamiętam żeby coś bolało w trakcie leczenia. A wizyty w gabinecie raczej mi się kojarzą z pogawędkami z doktorem jak oczywiście mi pozwolił. I paszczą mogłem kłapać. Wiem, dupościsk i strach potrafią nam odebrać zdrowy rozsądek ale jak już Cię czeka usunięcie kła to raczej tego nie obejdziesz tego.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ