Bruegel Starszy na drodze z Bolesławowa

2
105

Bruegel Starszy na drodze z Bolesławowa

Jestem klinicznym przykładem osobnika, który z wiekiem kapcanieje. W młodości nieomal każdy weekend spędzałem na górskich wędrówkach. Później były rowery, wspinaczka skałkowa, grało się w badmintona, a nawet jeździło na rolkach. Do dzisiaj została mi w zasadzie tylko jazda na nartach, ale i ona sporadycznie. I pewnie zmurszałbym do ostatka, gdyby nie cotygodniowe wyprawy do Bolesławowa. Otóż raz w tygodniu, rytualnie już, idę sobie pod wieczór na wizytę w kościele zielonorojkowym (samozwańczy trzyosobowy kościół zielonorojkowy składa się ze mnie, Moni E. i pastora Rojkowej) i po dwóch godzinach ożywionych dyskusji i innych heretyckich praktyk wracam do Stronia. Spacer 2 x 45 minut, dość intensywny, zdrowy do siódmych potów. Dosłownie czuję, jak w trakcie lecą mi kilo… dekagramy.

I dzisiaj znowu przyszło zebrać sadło i dupę w troki i wyruszyć na południe.

Już wracając z pracy wiedziałem, że nie będzie lekko: mróz wprawdzie niewielki, raptem 9 stopni poniżej zera, za to wiatr dmący od południa urywał łeb, szczególnie na Morawce, do której od tej strony ma sporo miejsca na rozpęd. Nic to, pomyślałem, dam radę, będzie przygoda jak za starych lat, może nie na szlaku, ale równie ostra.

W rynsztunku na t-shirta zarzuciłem na grzbiet dwa swetry, na tyłek zaciągnąłem kalesony, później były tęgie buciory górskie i lekka puchówka, szyję owinąłem arafatką, na głowę przywdziałem grubą czapę i hajda! Wyszedłem dziarsko z domu.

Po przejściu 50 metrów okazało się, że daleko tak nie zajdę, bo mi zawiewa pod kaptur iz myśli mi zaraz sople zostaną, zdjąłem więc arafatkę spod kurtki i owinąłem na niej. Po kolejnych stu metrach, gdy pojawiły się pierwsze oznaki, że zaraz niechybnie odpadnie mi nos, zacząłem się wahać: może jednak zadzwonię do Rojkowej i powiem, że spotkamy się wiosną. Wstyd mi jednak było, żeby góral z dziada pradziada nie przeszedł godziny przy tej prawie dziecinnie lekkiej pogodzie.

Dzień chylił się ku końcowi, od wschodu spozierał już księżyc w pełni, zwiastując powrót bez potrzeby użycia czołówki. Cieszyłem się na ten comeback: jasna noc, wiatr wiejący w plecy, czysta rozkosz nocnego spaceru.

20170111_215050

U Grażyny jakoś szybko zleciało, aż zasiedziałem się co nieco i wyszedłem 20 minut później. Otwieram drzwi klatki schodowej, a na zewnątrz… prawdziwa zimowa zadymka.
Najpiękniejszą śnieżycę przeżyłem wieki temu, gdyśmy z Artkiem Zdanewiczem szli do chaty na Śnieżniku przez schronisko. Dopadła nas niżej, na rozdrożu, jednak w prawdziwe piekło weszliśmy na samej hali. W letni dzień od krawędzi lasu do schroniska idzie się nie dłużej niż 5 minut. Tamtej nocy szliśmy pewnie z pół godziny, bojąc się stale, że w tej diabelskiej kurzawie w ogóle nie trafimy na schronisko. Pamiętam, że później staliśmy w przedsionku – schronisko było już zamknięte, a nie zamierzaliśmy w nim zostać – i tajaliśmy przy świeczce przyklejonej na skrzynkę pocztową i słoiku jakichś konfitur.

Ostatnie zimy w Masywie Śnieżnika były rozczarowujące, to nie były zimy nawet, śniegu było jak na lekarstwo, a mrozy odmierzane linijką na dwa, trzy dni. To było coś dla mięczaków. Człowiek zaczął się nawet obawiać, że cała ta propaganda ocieplająca klimat to szczera prawda. I proszę, wszedłem w prawdziwą zadymkę.

20170111_220522

Wiatr dął stale od południa, ale robił takie wygibasy, że śnieg walił mi w najlepsze po twarzy i oczach. Założyłem czołówkę, dla bezpieczeństwa przed nadjeżdżającymi samochodami, ale jej światło, rozpraszane milionami białych płatków, oślepiało mnie. A znowu nieść jej w ręce się nie dało, mimo grubych wełnianych rękawic, palce po kilku chwilach sztywniały mi z zimna. Ostatecznie włączałem ją widząc zbliżające się światła. Przez całą powrotną drogę przejechały cztery samochody.

Światło zresztą nie było potrzebne. W śnieżnej bieli nasączonej przebijającym się przez chmury blaskiem księżyca szło się wspaniale. Niepokój budziły jedynie, przedzierające się przez porykiwania wiatru, trzaski i postękiwania starych drzew stojących przy drodze. Kilka razy chciałem już wyrwać się do ucieczki przed spadającym konarem, ale żaden nie gruchnął o ziemię.

Wejście do Stronia Śląskiego powitało mnie ulicznymi latarniami, w świetle których smugi śnieżnych chmur tańczyły jak baletnice Degasa, lekko rozmyte kształty jakichś onirycznych marzeń rozlewały się w zamkniętym ścianami ciemności pejzażu. To są te właśnie chwile, te momenty, to te obrazy, których w życiu tak chciwie szukam. Te stany, jakbym stał przez Brueglem w Boijmans Van Beuningen: chcę się podzielić z kimś mi najbliższym pięknem tego dzieła, lecz z drugiej strony wypełnia mnie pycha egoizmu, że to ja, tylko ja dostępuję obcowania z tym cudem.

20170111_215100

Według prognoz śnieg będzie padać przez kolejne dwa dni. To dobrze, lada dzień zaczną się ferie.

2 KOMENTARZE

  1. Dobrze, że nie napisałeś jak w śnieżycę jakie już się nie zdarzają szliśmy we troje do Chałupy a na Morawce złapaliśmy tzw. stopa w postaci autobusu jadącego do Kletna. Ja w plecaku miałem gąsior wina z baniaka Twojego ojca. I jak zaliczyłem glebę biegnąc do tego autobusu nikt nie pytał się co ze mną , tylko czy gąsiora nie potłukłem.

    • Porażające wino Staszka Pawlęgi… Hahaha! Nie pamiętam tej historii. Pamiętam jednak, że nigdy nie miałem pewności, że konsumpcja tego napoju grozi upiciem się, czy może poważnym zatruciem pokarmowym… To były czasy 🙂

ZOSTAW ODPOWIEDŹ