List do Kuby Brudzińskiego o miłości, mistyce i braku politycznej poprawności

1
47

List do Kuby Brudzińskiego o miłości, mistyce i braku politycznej poprawności

Mój Drogi Przyjacielu,
W swoim ostatnim, napisanym trzydzieści lat temu liście, pytasz mnie obcesowo, to zawsze był Twój styl, czy zakisiłem już ogóra…

Mój Drogi Przyjacielu,
W swoim ostatnim, napisanym trzydzieści lat temu liście, pytasz mnie obcesowo, to zawsze był Twój styl, czy zakisiłem już ogóra…Po dziś dzień wspominam z pewnym zażenowaniem moją matkę, która sprawując gorliwie urząd cenzora mojej moralności, korespondencję ową przeczytała przede mną i niepomiernie się zgorszyła. Tak, byliśmy wówczas bardzo młodzi, a ordynarność nader często była jedną z przypadłości wielu naszych poczynań. Dzisiaj wiedz jednak, że dawno już wybaczyłem Ci przejmującą konfuzję, w jaką wprowadziłeś moją świętej pamięci matkę i oświadczam zarazem, że to nie ona, nie Twoja szorstkość, była powodem mojego tak długiego milczenia.
Co zatem, jeśli nie przebaczenie, skłania mnie do kreślenia listu po trzydziestu zgoła latach od chwili, w której widzieliśmy się po raz ostatni? Nic innego, jak potrzeba odpowiedzi na tamto Twoje pytanie. Jakże bowiem miałbym powrócić do naszego przerwanego dialogu, naszej zawieszonej w czasie przyjaźni, jeśli nie poprzez odpowiedź na tamtą sztubacką ciekawość. Nie, nie obawiaj się, list ten dzisiaj nie dotrze do Ciebie, ani też jutro czy pojutrze. Nie zamierzam nękać Cię wskrzeszaniem od dawna martwej przyjaźni, ani też odkopywaniem przegniłego truchła moich wspomnień. Bądźmy zatem szczerzy, Ty nie istniejesz, Drogi Przyjacielu, Ciebie dzisiejszego po prostu nie ma, zniknąłeś na jednym z moich życiowych wiraży i nie będę dochodził gdzie pobiegłeś, czy żeś mnie wyprzedził, czy z tyłu gdzieś zostałeś, czy może w bok skoczyłeś, na przełaj do ostatecznej mety. Byłem zajęty, nie zauważyłem Twego zniknięcia, wybacz.
Pismo to wyślę do tamtego Ciebie, do Ciebie trzydzieści lat temu, tam, do Twojego internatu szkoły leśnej, albo na adres stancji… nie pamiętam już, gdzie mieszkałeś przy naszym rozstaniu. Niech Twej prośbie stanie się zadość, tak długo czekałeś na odpowiedź. Wiesz? Tak naprawdę, to chciałbym być na Twoim miejscu. Twój przyjaciel pisze do Ciebie z odległości trzydziestu lat. To szmat drogi. Szczerze Ci zazdroszczę samego faktu.
Przyjacielu, wierz mi, życzyłbym sobie, by wszystko to dało się sprowadzić do prostego zakiszenia ogóra, do starego dobrego wsadził – wyjął, wsadził – wyjął. Im jednak dłużej żyję na tym świecie, tym bardziej przekonuję się, że te sprawki są o wiele bardziej skomplikowane. Ach! Oczywiście, że nie dla każdego, ale czy ja zamierzam mówić o kimś innym od siebie? Ty masz tak, ona ma tak, on jeszcze inaczej. Każdy ma inaczej. Ja, jeśli pozwolisz, mam tak jak tutaj zostanie to postawione.
Ale nie będę Cię zanudzać lapidarnymi powiastkami z dzieciństwa, młodości, okresu małżeństwa, nie opowiem Ci o żadnych romansach, o obyczajowych skandalach i moralnych zwycięstwach, o nagłych miłosnych wzlotach i widowiskowych upadkach. To przechodzi bez mała każdy z nas. Nie ma sensu męczenie Cię kolejnymi trywialnymi historyjkami, których doświadczysz już wkrótce na własnej skórze. A jeśli nawet nie będzie Ci to dane, to przekonasz się, że wielu Twoich przyjaciół i znajomych oraz tysiące bohaterów bulwarowej prasy i książkowych produkcji opowiedzą Ci te historie ze szczegółami. Zgoda, czasem facet potrzebuje powiedzieć drugiemu facetowi jak to wczoraj było, z kim, gdzie, w jakich pozycjach i w ogóle. Ja jednak zawsze miałem z tym problem. Nawet nie to, żebym nie chciał, ale jakoś mierziło mnie dołączenie do całej tej przaśnej narracji. Po wtóre zaś, nie zdołałbym ograniczyć swojej opowieści do tego, jak używałem swojego dziobaka. Powiem Ci szczerze.
Coś stało się z tym światem. Jesteś tak daleko, że nie spodziewam się Twojej reakcji wcześniej niż za trzydzieści lat. Wtedy będzie mi wszystko jedno. Coś dziwnego dzieje się z tym światem, z nami ludźmi. Dobrowolnie, z własnej nieprzymuszonej woli amputujemy własnego ducha. Życie człowieka poddawane jest co dnia dobrowolnej desakralizacji. Tak, mój Stary Kumplu, duch umiera zanim zdołał się na dobre zakorzenić w człowieku. Pozostaje myślące mięso, tymczasowe siedlisko systemu synaptycznych mediatorów, komórek, tkanek, bakterii, wirusów, wszędobylskich pasożytów. Pozostaje mięso myślące o mięsie. To proces powszechny i bardzo naukowy. Zwierzę zjadające swój własny ogon. Twór koprofagicznej kultury współczesności. Piszę Ci o tym, ponieważ jesteś daleko, bardzo daleko stąd. Czy teraz rozumiesz ukryty sens tej korespondencji? Nie, nikomu innemu o tym nie mówiłem. Nie wszcząłbym tym żadnej dyskusji, nie pobudziłbym żadnej refleksji, jedynym efektem byłoby sprawienie komuś przykrości. To zbędne. Kopać leżącego.
Czy teraz rozumiesz podskórny cel tego listu? Nie wystarczy opowiedzieć o moczeniu serdelka. Istotnie, to podniecająca sprawa, ale mnie to nie wystarcza. O wiele bardziej ciekawi mnie, o wiele bardziej inspiruje zakończenie tej historii. Zakończenie, którego nie znam.
Przez pierwsze trzy dni prawie nie wychodziliśmy z łóżka. Piliśmy czerwone wino. Tym razem nie chciałem uciekać. Nad ranem, paląc papierosa, powiedziałem jej, że tak naprawdę nie sądziłem, by coś takiego było możliwe. Latami studiowałem tajemnice ciał moich kochanek. Niczym w księgach poszukiwałem odpowiedzi. Z czasem stało się to już w pewien sposób odruchowe, przez lata bowiem zdołałem zapomnieć jak brzmi pytanie. Tak długo nie otrzymywałem twierdzącej odpowiedzi, że moje pytanie stało się naiwnym fantazmatem, który ukryłem gdzieś w nieświadomości. Został seksualny animusz krążący w trzewiach, który domagał się spełnienia.
Kiedy się kochamy, jej powiedziałem, w tej miłości nie ma skrawka niepotrzebnego ciała. Wszystko zostaje wchłonięte. Żadnego zbędnego gestu. Najmniejszego fizycznego oporu. Nic z miłości naszej nie wystaje, nic, czego rzeczywistość mogłaby się uchwycić, by wyciągnąć nas na powierzchnię, na płaszczyznę rozróżnienia: ona – on. Płeć w swym geście znosi samą siebie. To była odpowiedź na moje pytanie. To był, natychmiast to pojąłem, czysty znak.
Fenomenem, Brachu, nie jest to, że coś się wydarza, ale to, że jesteśmy w stanie fakt ten zauważyć.
Dopiero po dwóch dniach dotarło do mnie, że na jej udach nie ma cellulitu. Po dwóch dniach zauważyłem, że wystarczy jedno moje dłuższe spojrzenie, by jej sutki zaczęły kamienieć. Że jej cipka pod płaszczem motylich skrzydeł ukrywa modliszkę, która pochwyciła moją męskość i kęs po kęsie pochłania ją. Wtedy też dopiero zauważyłem, że jest ruda. I wreszcie zobaczyłem jej szmaragdowe oczy. I wówczas się zaczęło.
Chroni się, izoluje. Próbuje nie zauważać świata, ale często jej się nie udaje. Rzuca wtedy pieniążek biedakowi. Podchodzi i sprawdza czy zalany w trzy dupy delikwent oddycha jeszcze leżąc w rynsztoku. Biednej dziewczynce oddaje garderobę swojego syna. Z wiejskim głupkiem rozmawia z szacunkiem godnym prezydenta. Kiedy na potańcówce miałem zwadę z jakimś bucem, pierwsza rzucała się do bicia. Świat zasysa ją jak świeże powietrze. Dlatego chroni się przed nim, tworzy swoje malutkie azyle. Mieszkanie, biuro, samochód, to jej miejsca, jej akwaria. I kino. Chodzi do Rialto, kupuje w barze owocowe piwo, siada przy stoliku i znika, zlewa się z obrazem i dźwiękiem. Lepiej jej wtedy nie dotykać.
Jest wybiórczo leniwa. Zagonienie jej do jakiegoś sportu odpada, spacer po górach, czy rowerową przejażdżkę trzeba zaplanować na tydzień z góry, bo musi się psychicznie przygotować. To samo z gotowaniem, tylko na musiku. Za to uwielbia wytrawne wino, pigwówkę i smakowe piwa, lubi włoską kuchnię i chleb czosnkowy. Pasjami słucha plotek o skandalach obyczajowych w bliższym otoczeniu. Nagminnie nosi spodnie, bo wstydzi się swojej bladej skóry. Jej szafy pełne są tunik, dziwacznych bluzek i chust, a nosi zaledwie kilka z nich. Twierdzi, że nie lubi zakupów. Na półkach stoją dziesiątki par bucików – ma takie małe stopy – ale połowy nie nosi, tych na wysokim obcasie, nie ze mną, bo jestem wtedy niższy od niej, więc się wstydzi, że ma niższego faceta.
Prawie nie wychodziliśmy z łóżka. Znowu trzy dni i dwie noce. Przestałem nawet filozofować i w ogóle się wymądrzać. Patrzyłem tylko. Jak jej ojciec, gdy w Prado przestał siedem godzin przed Ogrodem rozkoszy ziemskich Boscha. Ucieczka nie przeszła mi przez głowę. W wannie jej mokre włosy zmieniały kolor, z barwy mosiądzu wchodziły w czerń, opalizowały na brzegach, odkrywały kształt jej głowy i całą twarz. Błyszczała wtedy jak Marlena Dietrich. Z głośników płynęły Doris Day, Julie Andrews i Linda Scott. Nosiłem jej do wanny sałatkę z rukolą i łososiem, lampki wina i odpalone blue slimy viceroya z popielniczką. Jakimś cudem cały świat dawał mi spokój, nikt nie dzwonił, nie napraszał się, nie zmuszał mnie do weekendowych melanży.
Mijały kolejne tygodnie. W końcu trzeba było nas wystawić na ludzkie języki. Tylko nie myśl o żadnych szczeniackich rozgrywkach, minęły czasy, kiedy kobieta była moją wizytówką. Przyjaciele, znajomi, kumple i cała reszta wujaszków dobra rada dawno temu przestali być pryzmatem moich wyborów. Nie potrzebuję już akceptacji całego świata. Mimo tego bałem się. Sam wiesz, że to małe miasteczko, większa wieś w zasadzie. Nie, wcale nie chodzi mi o plotki. Bałem się o nią. Jak zniesie te wszystkie spojrzenia i pokątne szepty. Poszliśmy wieczorem do knajpy i, a jakże, natychmiast poznała dwie z moich byłych przyjaciółek. Grzecznie, na ucho, skomplementowała ich urodę. Żadnego krzywienia się, fochów i unikania tej konfrontacji. Klasa w sobie. Konsternacja zaczęła się później, kiedy poznawały ją najbliższe mi osoby. Z rosnącym zdziwieniem od każdej z nich odbierałem sygnały zadowolenia i nadziei, że tego nie spieprzę. To było naprawdę zaskakujące: polubili ją wszyscy. Aż trudno było w to uwierzyć, większość to kontestatorzy, malkontenci i cholerne marudy. A tu proszę, zachwyceni prawie. Żadna to, co powtórzę, wyrocznia, ale było mi po prostu miło, a może nawet czułem się trochę dumny.
Przyznajmy się, Stary Druhu, nie znamy się, ani ja nie znam Ciebie, a co teraz ważniejsze – Ty nie znasz mnie. Ledwie się pamiętamy. Fakt, że masz dopiero szesnaście lat nie ułatwia mi sprawy, ale ufam, iż zrozumiesz co chcę Ci powiedzieć. A przede wszystkim, że w to słowo uwierzysz. Rzecz w tym, że trafiłem na ten mój ideał. O, nie, nie, nie wyobrażaj sobie, że palpituję, że lewituję w miłosnym zachwycie. Nic z tych rzeczy. Odczuwam głęboki spokój. Jakbym wrócił z bardzo długiej awanturniczej podróży do domu, w którym wszystko jest na swoim właściwym miejscu. Jej charakter, wrażliwość i dobroć, jej temperament, zapach, rozkoszne ciało, te jej rude włosy, wszystko to sprawia, że tak właśnie twierdzę: to mój ideał. Zupełnie jakby stworzona była dla mnie i gdzieś tam przez te wszystkie lata czekała, aż dojrzeję do niej. Słuchaj tego, bo kiedyś stwierdziła, że szkoda, iż nie poznaliśmy się z piętnaście lat temu. Odrzekłem, że spotkaliśmy się w idealnym momencie. Jestem jak stary mistrz, który po latach praktykowania dojrzał wreszcie, by zagrać na stradivariusie. Kochanie, rzekłem, jeszcze nawet trzy lata temu nie zauważyłbym bijącego od ciebie blasku, miła, po trzech miesiącach wystawiłbym za próg jedną nogę i kombinował, prowokował cię, skarbie, byś mnie zmusiła do przekroczenia go drugą nogą. Tak jej powiedziałem, bo znam siebie aż nadto i nie sądź, że na początku był choć jeden dzień, w którym w nie do końca świadomy sposób, nie szukałbym w niej jakiegoś defektu krytycznego, jakiejś wady na tyle jaskrawej, by pozwoliła mi myśleć o rejteradzie. Taki już jestem: pragnąc związku z kobietą, uciekam przed nim jednocześnie. A może taki byłem?
Ad rem, rzekłby niejeden, już do rzeczy, kolego, do meritum. Bo tak oto, zataczając koło, dotarliśmy znowu do mnie i sedna tej mojej korespondencji. Ja, Bratku, przy każdym z tych moich pięknych związków ledwie w nie wszedłem, a już czekałem na wyboje, kolejne dziury, a wreszcie na lej taki, że pochłaniał je jak jakaś czarna dziura. A tym razem nic, całkowite zero, absolutny nul. Nie jątrzy, kiedy się upaćkam w knajpie, nie czyni wyrzutów, gdy dłużej nie dzwonię, nie kombinuje jak mnie zaciągnąć do domu i zamknąć w rozkładach codziennych zajęć. Człowieku, rozumiesz, że ona nie zamierza mnie wychowywać. Ona nie ma swojego wielkiego planu na poukładane i bezpieczne życie. Zupełnie jakby nie była indywidualną istotą, jednostką, w której krążą jej własne życiowe soki i energie, istotą, która jak większość ludzkich istot chce się obudować, zaasekurować, chronić w pancerzu swojego metrażu, w skorupie swojego auta, w tkance swojego fizycznego bytu. Ona jest niczym fala witalnego prądu, przepływa przeze mnie jak emanacja czystej spontaniczności, wzruszającej naiwności, tego, rozumiesz, co tak skrzętnie chowamy z czasem pod płaszczami, skafandrami, kombinezonami przystosowania, socjalizacji i normalizacji wszelkich przejawów życia. Mówiąc krótko, z czasem przestałem drapać pazurem, bo nie było tu żadnego pozłotka, lukru, czy innej emalii. Przestałem oczekiwać, że wjedziemy lada chwila na wertepy nie do przekroczenia. Spokój, powiadam Ci raz jeszcze, spokój i rosnące poczucie pełni.
I oczywiście, nie mogło być inaczej, za dobrze mi było, psiakrew! Bo nagle pach! Olśnienie! Czysta intuicja, wewnętrzne objawienie.
Musiało to chodzić za mną jakiś czas. Coś mnie tam z lekka ugniatało w bucie, kamyk jakiś, obrzynek, czy inny farfocel, który jednak nie był na tyle niewygodny, bym musiał schylić się, zdjąć but i go wytrzepać, a potem jeszcze założyć. Trzewik płytki, myślałem, samo cholerstwo wyleci. Byłem u niej kolejny dzień. Dokładnie pamiętam, że byłem wtedy w przedpokoju, może szukałem czegoś w kurtce na wieszaku, może po prostu przechodziłem korytarzem z pokoju do kuchni, albo na odwrót. W tym ciemnym przedpokoju olśniło mnie nagle. Odpłynąłem niezauważalnie. Nagle doszło do mnie, że oto dotarłem do kresu swojej męskiej podróży. Zrozumiałem, że wszystko już skończone, że już po mnie.
Teraz słuchaj uważnie i zapamiętaj to sobie, bo dzisiaj nic z tego nie pojmiesz, ale z czasem spłynie na Ciebie zrozumienie… Taką mam nadzieję. W końcu nie wiem co z Ciebie wyrosło, a ostatnie wieści na Twój temat donosiły, że niewiele po naszym rozstaniu nabawiłeś się wrzodów żołądka przez nadmiernie chlanie i miesiące odżywiania się chlebem ze smalcem. Słaba to rękojmia dobrego rozwoju, ale też zawsze byłeś wyjątkowo bystry i wystarczająco sprytny, by uczyć się na błędach.
Pewnego dnia długo ścierałem się z lekturą jakiegoś filozofa. Kosztowne to było zajęcie, ale i po pierwszych trudach coraz przyjemniejsze, bo z wolna zaczynałem rozumieć jego upierdliwy styl, a co za tym idzie, również jego myśl… To musiał być Deleuze… Na pewno on, bo tylko on mnie tym swoim bełkotem wiecznie doprowadzał do rozpaczy… Wreszcie po trzech, może czterech godzinach postanowiłem pójść na spacer, odsapnąć, złapać oddech przed dalszym czytaniem. Dzień był wyjątkowo piękny. Pamiętasz tutejsze dni wiosenne, pamiętasz ten wiatr roznoszący słoneczne światło w swych miękkich oddechach? Przypomnij sobie ten rodzaj lekkiej, wyciszającej zieleni młodych liści i traw, która dopiero za kilka tygodni stężeje, nabierze ciężaru, ciemniejącej głębi, co potrafi człowieka nie byle jak przytłoczyć. Ha! Ale ja nie o tym, bo ja tu gadu, gadu, a przecież nie jesteśmy na spotkaniu sekcji poetów miejscowego domu kultury. Słowem, wyszedłem z klatki schodowej i nie zdołałem nawet dotrzeć do bramki ogrodzenia otaczającego nasz dom, gdy stanąłem jak wryty. Rozumiałem. W jednej krótkiej chwili zrozumiałem nie tylko myśl czytanego filozofa. Zrozumiałem wszystko, po prostu wszystko. Cóż, zarazem niczego nie zrozumiałem. To chyba złe słowo: rozumieć. Spróbujmy jeszcze raz, trochę inaczej. Mówiąc krótko, wyszedłem leniwie z domu i zrobiłem zaledwie kilka kroków, gdy zamieniłem się w słup soli i tylko na moją gębę spłynął uśmiech godny obłąkanego. Byłem oto wszystkim. W jednej krótkiej chwili moja świadomość rozpłynęła się w otaczającym ją świecie. W każdym jego bycie i tym, co między nimi zachodzi, w pięknie i brzydocie, w radości i cierpieniu, w najmniejszym drgnieniu świata. Coś mi się zdaje, że to było jak dotknięcie „rzeczywistości samej”. Ale pewności nie mam żadnej. Nawet jeśli ktoś coś takiego przeżywa, to się nie przyznaje. A nawet gdyby zechciał się przyznać, to jest to stan zupełnie pozawerbalny. Nie da się z niego wyciągnąć niczego sensownego do jasnego opisu. No weź sobie przymierz tylko: jak można, do cholery, być wszystkim naraz? Toż jest się wtedy niczym zarazem. Już Arystoteles pisał w Analitykach czy innych Topikach, że nie może być tak, że jest coś, a zarazem tego nie ma. I masz babo klops! Wszyscy mu uwierzyli. I teraz, gdy twierdzisz, że jest inaczej, że bywa inaczej, narażasz się, że ci ktoś palcem w czoło postuka, pytając czy ktoś tam jest. Dlatego nie pokazuj nikomu mojego listu, co najmniej trzydzieści lat. Później będzie mi wszystko jedno. O ile wcześniej nie rzucę palenia i picia.
Prawdopodobnie dotknąłem rzeczywistości, jakoś dotarłem do niej, czy ona do mnie. Było to głębokie, czyste i przejmująco piękne doznanie. A piszę Ci o tym względem wstępu do opisu tego późniejszego, tego ostatniego olśnienia. Wyobraź więc sobie, że to drugie doznanie było zupełnie inne. Oj, nie ma się co złościć, nie wyprowadzam Cię na manowce. Ostatecznie jeden i drugi były stanami docierającej do nas intuicji, jednak w tym drugim przypadku zmienił się kierunek. Zamiast na zewnątrz, poszedłem do środka, tam do siebie samego.
Wyszedłem z tego przedpokoju wprost do siebie samego. Nie pytaj mnie jak to się stało. Nie wiem. Gdybym wiedział, co chwilę bym tam wracał, tak było miło. Nagle rozpostarła się wokół mnie bezkresna, pusta przestrzeń, ciemna, ale w żadnym wypadku chłodna. Pamiętasz, jak kładliśmy się na łące i oglądaliśmy gwiazdy? Pamiętasz, jak znikały wszelkie nasze potrzeby, troski, zmartwienia, jak znikały przy tym radości i inne zaborcze stany? Robiło się cicho i spokojnie. Tak spokojnie, że często zasypialiśmy. I w taką właśnie wpłynąłem przestrzeń. Wprawdzie bez gwiazdy żadnej, ale będącą czystym spokojem.
Wtem, przede mną, na wprost mojej świadomości wpłynęła w ową dziedzinę ciszy myśl bardzo samotna, przez co zapewne wyraźna, jednoznaczna, pewna samej siebie. Czy była to myśl moja, czy może coś z zewnątrz tam przyszło? A skąd mam to wiedzieć? Jeśli wierzyć Platonowi, to niczego nie wymyślamy i nic z zewnątrz nie przychodzi, a jedynie przypominamy sobie dawniejsze nasze życia. Ale kto by dzisiaj wierzył Platonowi? Tutaj odpowiedzi można mnożyć, ale każda rzuca burzowe cienie wątpliwości.
Ta myśl, ta intuicja jawiła się jako coś, czego nie zdołam ująć słowami w adekwatny sposób. Rzecz w tym, iż nagle zrozumiałem, że spełniłem się jako mężczyzna. Dalej nie ma już nic. Nie doświadczę już z kobietą niczego doskonalszego, bo nic doskonalszego nie istnieje w relacjach międzyludzkich. Wszystko, czego przez dziesiątki lat pragnąłem w kontakcie z kobietą, ziściło się. Albo tak: doznałem pełni zrozumienia relacji między mną a kobietą. Też dobrze, prawda? I bardzo nieadekwatnie jednak.
Poczułem wielki spokój i jakąś formę szczęścia wynikającą z pokory dostąpienia do tej świadomości… Ale tam! Takie chwile nigdy nie trwają długo. Sekundy to zaledwie, choć na firmamencie naszej świadomości rozciągają się w obrazy nieskończoności. Na tę myśl piękną zaraz nałożyły się kolejne myśli. Jednak wcale nie tak wspaniałe. Po błysku olśnienia ogarnął mnie przejmujący smutek. Skoro bowiem dotarłem do granicy poznania, to nic już po mnie w tych sprawach. Nie wiem jak u Ciebie będzie, ale dla mnie kobieta zawsze była największą inspiracją, rzekłbym inspiracją elementarną… Nie ma w tym cienia przesady… Jeszcze nie mogłeś tego zauważyć, ale życie jest niekończącą się podróżą poznawania, której cykle zamykają się w kole fascynacji i znudzenia. Wiesz, że taki Jung dobre dziesięć lat zgłębiał tajniki alchemii, by po jej poznaniu porzucić ją zupełnie i zająć się następnym nieodkrytym przez siebie lądem? Od fascynacji do fascynacji ze znudzeniem po drodze. I po co to wszystko, dlaczego tak żyję? Dlaczego tak gonię w siną dal bez jasnego pojęcia o celu wyprawy zwanej życiem? A niech mnie sczyści jeśli nie chodzi właśnie o odnalezienie szczęścia. Problem w tym, że z natury jestem tchórzliwym bydlęciem. Bo spójrz tylko: poszukując szczęścia, przekraczałem coś jakby kolejne stopnie wtajemniczenia, kiedy jednak czuję, widzę, doświadczam tego, że szczęście jest o krok ode mnie, z przerażeniem cofam nogę… Ha! Ależ się rozpędziłem! Ależ rozochociłem, nie kończąc myśli wcześniejszej.
Nie wiem, co Kolega zrobi ze swoim wschodzącym życiem, ale powiem Ci jedno. Z punktu widzenia społeczeństwa jesteś nikim. W ostateczności czy będziesz pariasem, czy Rockefellerem na jedno wychodzi, bo w wymiarze fizycznym jesteś tylko pożywką dla robaków. Tylko Ci się zdaje, że będąc milionerem albo genialnym naukowcem, będziesz znaczyć więcej niż Twoja forsa lub Twoja finezyjna teoria. Jesteś tylko inicjałami, które ewentualnie pojawią się w jakiejś encyklopedii. Istnieje więc tylko jeden słuszny punkt widzenia – Twój własny. Jeśli kręci Cię samarytanizm, bądź Matką Teresą, podnieca Cię rządzenie, zostań politykiem, imponuje Ci muzyka, rzępol i wyj ile wlezie itp., itd., et cetera. Co do mnie, to od małego chciałem być każdym po trochu, na tyle, rzecz jasna, na ile Bozia dała smykałki. Z pominięciem ochoty na bycie psychopatycznym zabójcą, czy w ogóle jakimś innym schwarz charakterem. Później się zorientowałem, że nie jestem odosobniony w swoim postępowaniu. Zmiany ról w dzisiejszym świecie są powszechne. Z tym, że na większości są wymuszone, gdy jak sam do nich stale doprowadzałem. Powie ktoś, że taki charakter cygański. W dupę mnie całuj, odpowiem. Przez te wszystkie lata, przez te wszystkie role szedłem poszukując swojego własnego wyrazu. Dwa, trzy, a może i ze cztery razy już nawet przystanąłem, ot, uznałem, że to mi pasuje, że właśnie w tej roli chcę zostać choćby i do końca. Ale gdzie tam, życie zaraz dawało fikołka i znowu lądowałem w punkcie zero. Znowu zmiana roboty, zmiana miejsca zamieszkania, zmiana zainteresowań, zmiana kremu do golenia. W sumie, powiem Ci, wcale mnie to nie bolało. I właśnie w tym rzecz, choć zabrzmi to strasznie naiwnie. Brak stabilizacji nie doskwierał mi, ponieważ nie miałem powodu, dla którego miałbym się ustabilizować – tej jednej, właściwej kobiety. Z drugiej zaś strony wierzyłem, że pewnego dnia ją spotkam. Mówiąc krótko, to właśnie ta myśl o właściwej kobiecie była główną inspiracją, motywem do przedzierania się przez niekończące się szykany zmian. Ta myśl była czymś spajającym moje życie, nadającym mu sens, mglisty wprawdzie, a więc i naiwny, lecz jedyny na jaki było mnie stać. Brzmi to aż nazbyt prostodusznie, prawda? Stało się jednak rzeczywistością. Spotkałem tę jedyną, właściwą kobietę. Zrozumiałem to tamtego dnia, tam w przedpokoju jej mieszkania. Było to dla mnie oczywiste i tak pewne, że… wpadłem w popłoch.
Dzisiejszego ranka znalazłem w pamięci bliską analogię, poetycki precedens; sądzę przy tym, że od kilku lat to stały algorytm moich doświadczeń. Tagore pisze w jednym ze swych wierszy – za cholerę nie pamiętam, w którym i nie licz na to, że sięgnę do biblioteki – o swoim długim poszukiwaniu raju, które kończy szczęśliwym dotarciem do jego wrót. Cóż czyni Tagore? Nie, nie przekracza bram nieba. Wpada w przerażenie i staje w miejscu. Ogarnia go stupor. Wszystko, co za jego plecami poznał był doskonale, ale co jest przed nim? Całe życie poświęcił poszukiwaniu nieba, zna się na tym poszukiwaniu jak nikt inny, ba, na niczym innym tak się nie zna. I oto ma porzucić to wszystko i przekroczyć bramy raju, za którymi spotka go… Co?
Bo moje poszukiwania osiągnęły swój cel. Poznałem mój ideał. Co dalej, pytam? Tagore wrócił spod wrót nieba. Dalej pisał, komponował, edukował. Ja nie chcę wracać. Nie wejdę w rolę Tagore. Mam własny wyraz. Nie cofnę się. Mimo przerażenia, zastukam kołatką.
Drogi mój Przyjacielu, tak oto dotarliśmy do końca mojej opowieści i tego listu zarazem. Nie da się rzec nic więcej. Jak widzisz, chciałem Ci opowiedzieć, żebyś uważał. Nie imaginował sobie, że wsadzenie ogórasa do majonezu załatwi pytanie o to jak jesteśmy. Chciałem Ci powiedzieć, że uwielbiam zakisić ogóra, ale na tym rzecz się nie kończy.

Pozdrawiam Cię i życzę Ci udanego życia. Do usłyszenia, Kumplu, za jakieś trzydzieści lat.

1 KOMENTARZ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ