Billboardom na pohybel!

2
26

Od kilku tygodni bardzo często w moim rozmowach z przyjaciółmi pojawia się temat tych wszystkich cholernych reklam, tych billboardów, banerów, ohydnych szyldów i innych tandetnych form promocji wizualnej rozmieszczonych w naszych miastach, wsiach i na bezdrożach.

Od kilku tygodni bardzo często w moim rozmowach z przyjaciółmi pojawia się temat tych wszystkich cholernych reklam, tych billboardów, banerów, ohydnych szyldów i innych tandetnych form promocji wizualnej rozmieszczonych w naszych miastach, wsiach i na bezdrożach. I choć zdaję sobie sprawę, iż tekst niniejszy jest wołaniem na pustyni, bo sprawa mocno ociera się o rządowo-parlamentarne łachudry,  to nie mogę sobie podarować, muszę skreślić choć kilka akapitów.

Wiosną byłem przez miesiąc w Holandii. Po prawdzie kraj to pozbawiony większego uroku, rzecz jasna, z pominięciem zabytkowych mieścin. Mają Holendrzy za to najmniej trzy wspaniałe rzeczy: kapitalne rozwiązania komunikacyjne, miliony rowerów i rowerzystów, a wreszcie schludność i czystość. Ogólnie zaś architektura obrzydliwa, a kiedy przejeżdżałem pociągiem z Rotterdamu do Eindhoven nie mogłem odlepić czoła od szyby: widziałem holenderski las!

Kiedy przesiadłem się we Wrocławiu z samolotu do pojazdu i zacząłem się rozglądać „po Polsce”, nie bez dumy zrozumiałem dlaczego Holendrzy dość chętnie do nas przyjeżdżają; nie tylko na wieś, ale też do miast. Polska jest… Piękna? No, właśnie, byłaby piękna, nawet potencjalnie jest piękna, również z tym naszym bałaganem architektonicznym. Ostatecznie byłaby piękna, gdyby nie te szpetne reklamy. A zauważyłem to tylko dlatego, że w Holandii nie ma reklam w polskim wydaniu, ba, prawie wcale ich nie ma. I jest to czwarta cecha holenderskiej wyjątkowości. A co u nas? Dla przykładu powiem tylko, że całkiem niedawno Grzesiek Achrem wyliczył przed Galerią Handlową w Kłodzku – przy tamtejszym rondzie, kwadrat sto metrów na sto – ponad 70 billboardów i banerów.

Nie zamierzam zastanawiać się na absurdem tego typu promocji w przestrzeni zalanej innymi reklamami. Tym niech się martwią firmy wyrzucające w ten sposób pieniądze w błoto. Interesuje mnie wyłącznie estetyczny aspekt funkcjonowania tego brzydactwa w naszej przestrzeni. I żeby zawęzić temat, ograniczę się tylko do Stronia Śląskiego.

Trudno jest mi dokładnie ocenić ile billboardów stoi na „ostatniej prostej” do miasteczka. Z pewnością jednak co najmniej dwadzieścia i jeden brzydszy od drugiego, ni do Sasa, ni do lasa. Później zaczynają się kolejne wrzody. Krew człowieka zalewa, gdy wjeżdża Stronia i widzi magiczną firanę Masywu Śnieżnika, ale nie może się nią nacieszyć, bo Przełącz Płoszczynę przysłania mu demoniczny totem Biedronki. To zaś, co się dzieje, kiedy przemierzamy Kościuszki i zamiast pięknego kościółka poewangelickiego oglądamy zniszczone bilbordy stacji narciarskich i nie wiem czego jeszcze, woła o pomstę do nieba! W ostatnich dniach nowy sklep – Polomarket, albo jakoś tak się to zwie – machnął nam kolejne wielkie wiatrołapy, zaś graficy komputerowi zadbali już o to, by człowiek zwrócił na nie uwagę, bo nie sposób się nie wkurwić, gdy coś takiego stoi po środku miasta, w którym mieszka się po to, by trzymać się z dala od podobnych sensacji… Cóż, przepraszam za ordynarny język, lecz takie właśnie emocje wywołują w człowieku te parszywe obiekty.

Ostatecznie w pierwszym momencie chce się iść do Burmistrza Stulecia i mu nawtykać ile wlezie, że się zgadza na te architektoniczne pestycydy. Tymczasem burmistrz Łopusiewicz nie ma w tym względzie w zasadzie prawie nic do powiedzenia. Okazuje się bowiem, że nasza gmina nie może sankcjonować takich inwestycji brakiem wyrażenia zgody. Ani żadna inna gmina… prawie żadna, bo Miasto Kraków już nie wytrzymało i jakimś cudem wprowadziło prawo lokalne, które nie pozwala wywieszać inwestorom, co im tam do głowy przyjdzie.

Problem w tym, że nasze państwowe gadziny z parlamentu, rządu, jak i sam prezydent, nie wprowadzili ustawowo przekazania kompetencji w tym zakresie w obręb decyzyjności samorządów. Innymi słowy nasz burmistrz nic w tym względzie nie może zrobić. Szkoda jednak, że sam nie ogranicza umieszczania billboardów na działkach komunalnych, bo nie mam pojęcia jakie są wpływy z tego tytułu, sądzę jednak, że w dalszej perspektywie bardziej opłacalna reklama polegałaby na tym, że turysta do turysty mówi: Rysiek, jedź do Stronia, tylko piękna dolina, schludne budynki, fajne drogi, bujna zieleń i zero reklam. Wyobrażacie sobie turystę, który zmierza do Stronia na weekend i dopiero po reklamach na „ostatniej prostej” mówi: O, Krysia, to zamocujemy tu, albo tam? Turysta ma Internet i już od dłuższego czasu wie, gdzie zanocuje, a co więcej ma już zarezerwowane miejsce. Więc po co te wszystkie obrazki pensjonatów, hoteli i pokoi pod wynajem? Czy to jakaś forma ambicji, konieczności „pokazania się”?

Wyobrażacie sobie, jaką enklawą medialnego spokoju byłaby wówczas Gmina Stronie Śląskie? I nie bylibyśmy odcięci od mediów informacyjnych, gmina wcale by na tym nie straciła i wierzcie mi, że żadna agencja reklamowa z tego powodu by nie upadła.

Ta refleksja dotyczy prawie całego obszaru Polski, bo prawie cała Polska jest piękna i równie zeszpecona tym dziadostwem.

2 KOMENTARZE

  1. Ostatnio, z powodu reklam, banerów itp nie mogłam „zobaczyc” Augustowa. Zakryty totalnie. Kwestia tez naszego, polskiego braku poczucia estetyki. I więcej takich głosów przeciw.

  2. Ostatnio, z powodu reklam, banerów itp nie mogłam „zobaczyc” Augustowa. Zakryty totalnie. Kwestia tez naszego, polskiego braku poczucia estetyki. I więcej takich głosów przeciw.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here