Banská Bystrica

0
77

Na Słowacji byłem wcześniej tylko raz, w Humenne, na skraju Bieszczadów. To było dwa lata temu… A może jednak trzy? Ten czas tak szybko leci. Byłem z Izą, na jedną noc zaledwie i jechaliśmy z Wrocławia przez Górny Śląsk, Małopolskę i nowosądecczyznę, więc niewiele tej Słowacji widziałem; na marginesie, miasto było uporządkowane, ale industrial jest tam stale na czasie; później jeszcze Dano Salontay przyznał się, że stamtąd pochodzi… ale dawno tam nie był.

Tym razem podróż z Lądka-Zdroju do teatru „Divadlo Štúdio tanca” w Bańskiej Bystrzycy na premierę spektaklu 3×20 Ženy. Ekskursja służbowa, cel: ocena wartości artystycznej i potrzeb technicznych wydarzenia, które być może wystawimy na tegorocznym Międzynarodowym Festiwalu Tańca im. O. Sawickiej w Lądku-Zdroju. Podróżnicy: Karolina – dyrektor festiwalu, Paweł – też dyrektor, ale CKIR, czyli organizatora MFT i osobnik przednio znający się na teatrze tańca (przynajmniej takie robi wrażenie), ja – ignorant pośród nich zupełny, ale obciążony w zakresie obowiązków pracownika CKIR m.in. rolą machera od słowa pisanego, w tym materiałów do MFT (dość to oględne, ale nie wchodźmy w temat, bo nudny).

Wyjechaliśmy po ósmej, przez Javornik na Ostravę, Żylinę i Martin. W Bańskiej zameldowaliśmy się tuż po 14.00. Trasa trochę obrzeżami, kręta, często górska, miejscami mokra, ale nie padało, za to całkiem wygodna, bo bez specjalnego natężenia ruchu. Z tylnego siedzenia osobówki niewiele widać, ale na ile mogłem, oglądałem i powiem tak: bardzo ładne górskie tereny, ale miejscowości… Zapewne było to tak, że szczwani Czesi po przejściu na sowiecki komunizm powiedzieli Słowakom: – To macie tutaj ten przemysł i szlus! I Słowacy wzięli, a że do Ruskich było z transportem bliżej, więc im też pasowało. Kto myślał w latach 40., 50. czy 60. XX w., że przemysł degraduje? Olbrzymie ilości blokowisk, zabałaganione zony przemysłowe, dzielnice niedopieszczonych zagród z jednorodzinnymi domami, willami. Widać, że pracują wytrwale nad zmianami, ale to nie może pójść szybko; u nas też w wielu miejscach jest bardzo podobnie. Mimo tego, szczególnie między Żyliną a Martinem, miałem wrażenie, że jedziemy krawędzią którejś z dolin chorwackich, słoweńskich, może nawet włoskich, bardzo przyjemny odcinek. I rzecz najważniejsza: mamy połowę marca, aurę lekko ponurą, nagie drzewa, poszarzałe łąki dodają smutku miastom i wsiom.

Oswobodzicielom narodu

Bańska odrobiła jednak w znacznym stopniu lekcje z korekt architektury. Z oddali nawet część przemysłowa wygląda przyzwoicie, my jednak rezydowaliśmy na starym mieście i jego obrzeżach. Miasto ma 80 tys. mieszkańców, jest schludne i czyste, Paweł mówi: – E, to taki słowacki Radom. Dawno nie byłem w Radomiu, ale ma pewnie rację, w Radomiu żyje ponad 200 tys. narodu, tyle, że Polaków jest pod 40 mln a Słowaków trochę ponad 5 mln. Proporcje zatem odpowiednie. Duży rynek, na którym można spędzić sporo czasu oglądając wspaniałe kamienice od renesansowych po barokowe, niekiedy z nowoczesnymi wtrąceniami, jak te w radnicy, czyli ratuszu. Rynek nosi również ślady komuny, których Słowacy jakoś nie spieszą się zacierać, w niższej części placu stoi kamienna czarna iglica z radziecką gwiazdą i tablicą ku pamięci oswobodzicieli z Armii Czerwonej, rzecz oczywista – po rosyjsku. Ciekawy jest przekrój ludzi poruszających się po centrum, z jednej strony sporo chodzących pomników zamierzchłej – jak widać nie do końca – epoki rządów czechosłowackiego „proletariatu” (po pięćdziesiątce i starsi – odziani byle jak, niedogoleni mężczyźni, z lekka niechlujne kobiety), z drugiej przyzwoicie ubrana i ufryzowana młodzież i młode rodziny z dziećmi, trudno natomiast zauważyć jakichś wypomadowanych burżujów w markowych ciuchach i wystylizowanych kreacjach. Widać, że się bystrzyczanom nie przelewa, albo nie chcą być eleganccy, bo po prostu nie dbają o ten element naszej egzystencji. Złego natomiast słowa rzec nie można o tutejszych restauracjach, kawiarniach, cukierenkach i sklepach, to jak najbardziej europejski poziom.

Rynek
Też rynek
Barbakan z popularnym wyszynkiem
I znowu rynek

„Divadlo Štúdio tanca” położony jest w nieco zaskakującym miejscu, do którego od rynku trzeba się wspinać nader ostro. Budynek z lat 90. otoczony jest nowoczesnym osiedlem z poznaczonymi miejscami parkingowymi. Powyżej mamy gimnazjum, poniżej opuszczone gmaszysko sądu rejonowego. Budynek teatru – być może dawny ośrodek kultury – ma kształt litery L, w środku jest schludny, nawet ascetyczny. Idę za K. i P. jak cielę, byli tutaj w zeszłym roku, ja dopiero debiutuję. Na przedstawienie docieramy jakieś pół godziny przed nim, chcemy wypić kawę, popatrzeć na ludzi, może spotkać znajomych; w końcu rzeczywiście spotykamy znaną nam dyrektor Zuzanę Ďuricovą Hájkovą i kilka innych twarzy widzianych rok temu w Lądku lub innych festiwalowych miejscach. Mnie samego zaskakuje fakt, że z 90 procent publiczności to ludzie młodzi, często bardzo młodzi i niewyglądający na hipsterów, nerdów, geeków lub innych emo. Oczywiście jest kilka starszych dystyngowanych osób, jest też kilku nonszalancko odzianych artystów w średnim wieku, ale większość to młode, często bardzo ładne, dziewczęta. Szczerze wątpię, by w polskich miastach o podobnej populacji tak dużo młodzieży chodziło na teatralne spektakle. No chyba że w Radomiu. W końcu wchodzimy.

Sala teatru jest improwizowana, nie ma tutaj klasycznego podziału na widownię i podniesioną scenę. Widownia to montowana, kilkupoziomowa konstrukcja, na której stoją rzędy popularnych welurowych krzeseł, sceną jest przestrzeń podłogi niezagospodarowana przez trybuny. Kulisy są płytkie, najwyżej metrowe, a wyjście w poczekalnie i garderoby pojedyncze, w głębi po prawej stronie. Nie ma tutaj żadnych kieszeni, mostów horyzontowych, wież, blokowni, nic z tych rzeczy. U sufitu wiszą rzędy sztankiet z lampami, którymi operuje spec ukryty nad nami, za widownią.

Na przedstawienie składają się trzy 20-minutowe etiudy wyreżyserowane przez tytułowe 3 ženy: Martina Hajdyla Lacová (Squat), Lívia Méndez Marín Balážová (Čin), Zuna Vesan Kozánková (Spaces) (Zauważyliście te wieloczłonowe nazwiska? Tacy Hiszpanie środkowej Europy, rzec można). Prezentacje oddzielone są dwoma około dwudziestominutowymi antraktami, podczas których publika wyganiana jest do foyer divadla. W konsekwencji przedsięwzięcie rozciąga się na godzinę i trzy kwadranse.

Squat. Jakoś nie przekonuje mnie ta choreografia. Dwadzieścia minut kicania w parterze i tarzania się po podłodze z jakimiś automatycznymi odkurzaczami, i może dwie interesujące mnie sekwencje. W przerwie Karola wyjaśnia mi, że to było dobre, takie street dance’owe, młodzieżowe, a ile energii, siły trzeba, a jak wszystko dobrze wyliczone. Fakt, za mojej młodości szło się w pogo, które z tańcem ma tyle wspólnego, co hard techno z muzyką symfoniczną. Człowiek trafiał czasem do parteru, ale towarzystwo szybko wyciągało w pion. Ostatecznie pozostaje mi w pamięci tylko krótka sekwencja walki na hołubce janosikowe i break dance’owe. Tak myślę, że chciałbym napisać o tej etiudzie lepiej, ale obowiązek nakazuje być bezwzględnym: po 20 minutach marzyłem o zimnym piwku w barbakanie przy rynku. Nie był to dobry zwiastun dalszej części teatralnych doznań. Nic nie zmieniło, że nazajutrz dowiedzieliśmy się, iż squat oznacza nie tylko ruderę z dzikimi lokatorami, ale też figurę baletową, taki półprzysiad w rozkroku, słowem, mieliśmy do czynienia z jakimś domyślnym połączeniem baletu i break dance’a.

Čin. Rzecz rozpoczyna się alternatywną zabawą w bieganie i skoki w przejściach trybun, na których siedzimy. Jak na złość siedzę w najniższym rzędzie i większość tych igraszek zasłaniają mi ludzie. Ni cholery nie rozumiem też, co wykrzykują tancerze – aktorzy. Mój przewodnik po świecie tańca – Karolina – mówi mi później, że to były świetnie przygotowane przepychanki, skoki, podniesienia. Jak ona to zobaczyła, skoro siedziała obok mnie? Dla mnie wszystko zaczyna się od pierwszej sceny stolikowej: na blacie stołu staje tancerka, która zaczyna przybierać zdeformowane postawy, robić miny pomarszczonego karpia wyjętego z wody, wydusza z siebie słowa, które nie wypływają. Później, na inne sposoby, powtarza tę sekwencję dwoje innych aktorów. Według mnie Čin to opowieść o władzy, niewoli i walce, jest w niej coś z klasycznych antyutopii Orwella czy Huxleya, podobna przemoc i niemoc, gwałt sytuacyjny i bunt. Nie widzimy tutaj klasycznego teatru tańcu, w którym ruch i figury mają kluczowe znaczenie, tutaj tancerze zmieniają się w aktorów teatralnych, grają mimiką, słowem, nieartykułowanym bełkotem, spazmem, krzykiem, z publiczności wyrywani są na scenę widzowie, którzy mają poczuć ciężar upadku. Taniec jest tutaj chwilowym wyjściem spod presji, ucieczką od terroru władzy, która i tak kończy się tragicznie. Čin jest po prostu świetny! To mój lider tamtego wieczoru. Piękna i dramatyczna opowieść, którą z przyjemnością zobaczyłbym na deskach lądeckiego festiwalu.

Spaces. Biała podłoga, na niej nieprzezroczyste, białe rozwielitki (nie mam pojęcia dlaczego tancerze kojarzą mi się właśnie z dafniami), które przeistaczają się w larwy, później koniki morskie, dobra, trochę konfabuluję, ale obejrzyjcie sami tę choreografię i lepiej zinterpretujcie. Niemal natychmiast na horyzoncie za przestrzenią sceny rozpoczyna się projekcja filmu, który podczas trwania całej etiudy pokazuje płynące, elektryzujące obrazy. Co widzimy? Film toczy się na granicy dwóch światów: mikro i makrokosmosu, to wizje życia komórkowego i galaktycznego, dwóch przenikających się na wskroś wymiarów. Zdjęcia, nie mam pojęcia jak zrobione, są niezwykle sugestywne, surrealistyczne, wciągające, ale magnetyzm ruchomych obrazów nie ma jednoznacznego zabarwienia emocjonalnego, czasami wizje są przyjemne, impresjonistyczne, ciepłe, niekiedy chłodne niczym kosmiczna pustka, a bywa też, że mrożą krew w żyłach wobec przerażającej niewiadomej. Tymczasem tancerze, te cząstki elementarne robią swoje, ewoluują, przeistaczają się, zmieniają. Zdaje mi się, że w apogeum tej wiwisekcji uniwersum czasu i przestrzeni widzimy kosmonautów udających się w nieznane, ku końcowi cyklu. Space to miejsce, to przestrzeń, lecz także w formie przymiotnikowej astronautyczny. Spaces zatem, to przestrzeń rozumiana jako kosmosy, ale i przestrzeń czasu, a ta nazbyt krótka etiuda pokazuje cykl, pojedynczy zamknięty proces, ograniczone kontinuum wszechświata, którego wielowymiarowość pozostanie nieskończoną tajemnicą. Zespół „Divadla Štúdio tanca” opowiada sprawnie, perfekcyjnie, urzekająco, błyskotliwie. Po choreografii Karola nie potrafi opanować zachwytu, Paweł jest skonfundowany: przez połowę czasu oglądał prezentację filmową, rezygnując z widowiska tanecznego. Ostatecznie decydują, że jeśli się tylko uda następnego dnia wybiorą się znowu – na drugi dzień premiery 3×20 Ženy.

Mnie tego wieczoru poza tańcem zachwyca młodość. Nasamprzód młodość widzów, później młodość tancerzy – aktorów. Ta ostatnia jest dopełnieniem pierwszej. Mam poczucie dotykania jakiejś formy ludzkiej niewinności, świeżości, naiwności. Kiedy patrzę na tancerzy odbierających zasłużone wiwaty, nie dostrzegam w nich cienia próżności, pychy, nie wiem nawet czy widzę w nich radość z dobrze wykonanej roboty. Widzę uczciwe zmęczenie, które zarazem jest soczyste, szczere, pełne. Zero maniery, pozy, którą zapewne nabędą w ciągu kilku najbliższych lat, jeszcze zanim skończą karierę tancerzy a zaczną nauczać, staną się pedagogami.

A taniec? W ostatnich miesiącach zacząłem się ograniczać, płynę po powierzchni wydarzeń, chciałbym powiedzieć, że skupiam się na pracy i niewielkich fragmentach prywatności, ale wcale tak nie jest, z pominięciem kilku relacji, wszystko jest z dala ode mnie. Powierzchowne właśnie, bo znam już te schematy wydarzeń, te falowania rzeczywistości, cykliczne zawirowania i wypłaszczenia obrazów. I być może zacząłbym popadać w rosnącą ignorancję wobec tego, co zewnętrzne, odrzucać kolejne fragmenty egzystencji na rzecz najbliższego mi lenistwa i próżniactwa, gdyby nie kilka akcji kulturalnych, na które ostatnio się wybrałem, choć nie miałem wielkiego przekonania. Tak było z koncertem „Torteksu”, recitalem Vazany i teraz ze spektaklem Słowaków. Emocje, które wywołali we mnie ci artyści nie miały charakteru ciągłego, to były pulsacje czegoś, co ostatecznie odważę się nazwać błyskami katharsis. Oto pośród znanych mi form muzycznych i figur ruchu wyłaniają się nagle jakieś konfiguracje, układy, konstelacje dotąd mi nieznane, nowe, odkrywcze. Zaskakujące nanosekundy, w których płynę ku nowym światom, zagłębiam się w nich, spajam z nimi po własny niebyt. Chwile, gdy mój chłodny umysł ulega anihilacji, zupełnej atrofii. Jestem w środku zewnętrznej frazy, bez dystansu, oceny, krytyki. Myślę, że potrzeba sporego farta, żeby trafić na zjawiska, które są w stanie tak mną poruszyć. I to trafić niejako przypadkiem.

Nazajutrz, w samo południe, powracamy do divadla. Rozmawiamy z Zuzaną o lądeckim festiwalu, idą częściowe ustalenia, padają terminy, o forsie nie ma jeszcze mowy, za to o technice scenicznej bardzo dużo. W końcu wszystko jest jasne, możemy iść. Karolina pyta jeszcze czy możemy wrócić na dzisiejszą powtórkę premiery. – Nie ma problemu – powiada Zuzana. Swoją drogą to wspaniałe, że na takie przedstawienie młodzież może wejść za 6 EUR od głowy. My dostajemy bilety 0 EUR.

W drodze na obiad zastanawiam się co mam począć z dzisiejszym wieczorem, skoro moi towarzysze chcą wrócić do teatru, ja natomiast chciałbym zakosztować innych słowackich frykasów.

My. Foto: Karolina

Kilka lat temu rezydowałem przed miesiąc u mojej przyjaciółki Wymysłosi w Rotterdamie. Zdaje się, że w połowie tych wspaniałych wakacji zgadaliśmy się przy wieczornym winie na temat naszych ostatnich muzycznych fascynacji. Zacząłem wspominać o amerykańskim „Lake Street Dive” i jakoś tak zajrzałem na ich stronę. Wyszło, że są na tourze europejskim i za kilka dni grają w Hadze. Bilety były w godziwej kwocie a Wymysłosia powiedziała, że z przyjemnością wybierze się ze mną. Amerykanie dali wspaniały koncert. Ale w sumie co to było: przypadek, zbieg okoliczności czy może jakaś opatrzność?

Trochę później poznałem muzyków ze słowackiego zespołu „Longital”, Shinę, wspominanego Daniela Salontaya i Mariana Slavkę, którzy zagrali wówczas swój pierwszy koncert w Lądku-Zdroju; później grali jeszcze z kwartetem smyczkowym. Jakoś tak po drodze okazało się, że Shina prowadzi wydawnictwo muzyczne w związku z czym przywiozła mi worek płyt z nagraniami słowackiej sceny alternatywnej. Nie będę wymieniał twórców, których promuje, bo nie słuchamy Słowaków. Pośród kilkunastu płyt była też produkcja zespołu „Korben Dallas”, który w sposób szczególny nie przypadł do gustu Izie. Mnie, dla odmiany, całkiem miło się go słuchało a w ostatnich miesiącach zdarzało się, że grałem go na Spotify całymi dniami. I proszę: wychodzę na rynek w Bańskiej, patrzę na afisz z wydarzeniami marcowymi i widzę, że dzisiaj wieczorem, w „Domu Robotniczym”, gra „Korben Dallas”. Plan na wieczór pojawił się znikąd – przypadek, fuks, opatrzność? No! Chwilę później okazało się, że bilety w sieci już wyprzedane i moja obecność na koncercie stanęła pod znakiem zapytania. Po obiedzie, nie bacząc na sieciowe informacje, wybrałem się jednak do „Domu Robotniczego” i kupiłem jeden z ostatnich biletów.

„Dom Robotniczy” w Bańskiej to kolejny dowód, że Słowacy zaadoptowali komunistyczną przeszłość i nie sądzę, że jest to jakiś przejaw szczerego wstydu. Wydaje się raczej, iż uzmysłowili sobie, że komunizm nie tylko degradował a wycinanie tego długiego okresu z narodowej pamięci byłoby wielkim grzechem. „Dom Robotniczy” to spory obiekt położony w ciągu kamienic, wewnątrz przyzwoicie wyremontowany z zachowaniem historycznych artefaktów. Nad sceną wisi sztukateria w postaci sierpa i młota, na ścianach duże drewniane mozaiki (trudno to nazwać inkrustacjami), przedstawiające czyny bohaterskie ludu pracującego, cały wystrój zresztą przypomina replikę obiektu z lat 70. Może nie jest piękny czy radosny, za to schludny, wygładzony, na swój sposób muzealny.

Bańska nocą

„Korben Dallas”. W sali koncertowej obiektu było jakieś 400 albo i 500 osób. Przestał wiekowy od smarków po siedzących na krzesłach pod ścianami emerytów (trochę to Formana przypominało z okresu czechosłowackiego), brak tutaj jakiegoś bufetu czy wyszynku napojów i rzekłbym, widać, organizator nie jest pazerny, gdybym na bilet nie wydał 20 EUR (sporo, czego jednak nie robimy w ramach antropologicznych peregrynacji). Wyjście na scenę spóźnione jakiś kwadrans, zaczynają grać i już widzę, że na mój gust za cicho… Nie, żadnych epickich opisów nie poczynię, krótko i na temat. Wartość zespołu w 80 procentach stanowi głos frontmana o przepięknej, głębokiej, podbitej basami nucie. Poza tym muzycznie to wyższe rejestry drugiej ligi w Polsce. W zasadzie w przestrzeni kompozycji, muzycznych poszukiwań czy eksperymentów zespół nie pokazał nic, ot, sympatyczna sztampa estradowa. Miałem też wrażenie, że kapela nie do końca wie, co chce grać, w repertuarze, obok rockowo-bluesowych utworów, pojawiły się bodaj trzy kompozycje o mocniejszym, metalowym brzmieniu, które jednak natychmiast odbierało wokaliście walory głosu, co nie zacierało odczucia, że panowie mają sporą słabość do cięższego uderzenia. Ostatecznie, jestem zadowolony z pojawienia się tego wieczoru w „Domu Robotniczym”, mniej jednak z jej artystycznej strony – nie była to estetyczna uczta – zdecydowanie bardziej za to z jej socjologicznego, poznawczego wymiaru.

Sala Domu Robotniczego z sierpem i młotem

W sobotę wyruszyliśmy w drogę powrotną o 10.00, ale jakoś tak nam szło, że w Stroniu znalazłem się o pół do szóstej. Podróż pełna była komentarzy do podróży. Zahaczyliśmy też o Ostravę, żeby zobaczyć miasto Jaromira Nohavicy i zajrzeć do Burger Kinga na trujące żarcie. A na koniec nie obyło się też bez drobnych zakupów, z motywem przewodnim Kofoli i hanuszowickiej Holby.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ