Szczeliny 6

1
28

Szczeliny 6
Jedzenie. Przygotowanie jedzenia, dekorowanie jedzenia, otoczenie, gdzie się je, smaki jedzenia, wszystko to stało się ostatnio niezwykle popularnym tematem w polskich mediach. Oczywiście to nowe w Polsce zjawisko, w krajach bardziej rozwiniętych jest stałym elementem medialnego pejzażu. Tym bardziej jest to ciekawe z socjologicznego punktu widzenia. Na naszych oczach dochodzi do narodzin nowego bohatera mediów. Nie jest nim już szlachetna ludzka postać, ale ziemniaki w chlebie, łosoś w marmoladzie, albo szpinak po eskimosku.

Szczeliny 6

Jedzenie. Przygotowanie jedzenia, dekorowanie jedzenia, otoczenie, gdzie się je, smaki jedzenia, wszystko to stało się ostatnio niezwykle popularnym tematem w polskich mediach. Oczywiście to nowe w Polsce zjawisko, w krajach bardziej rozwiniętych jest stałym elementem medialnego pejzażu. Tym bardziej jest to ciekawe z socjologicznego punktu widzenia. Na naszych oczach dochodzi do narodzin nowego bohatera mediów. Nie jest nim już szlachetna ludzka postać, ale ziemniaki w chlebie, łosoś w marmoladzie, albo szpinak po eskimosku.

Osobiście zaczyna mnie to jednak przerażać. Pioruńska machina medialna, cała ta banda obwiesiów nie zostawia człowiekowi nawet tej przyjemności! Jedzenie przestaje być subtelną, prywatną przygodą, zaczyna być publiczną celebracją, nieubłaganym obrzędem, ba, miejscem wykluczenia: kto nie potrafi gotować, ten łachudra. Robi się wielkie reality show, w którym ocenia się przygotowane przez zawodników potrawy, jakbyśmy w ogóle byli w stanie ocenić kto ma lepszy zmysł kulinarnego smaku.
Odechciewa się jeść!

Witold przymierza się do licencjatu. Myśli o temacie dystynkcji w konsumowaniu kina erotycznego i pornograficznego. Przegadując niebezpieczeństwa i niuanse problemu, dotarliśmy, on dotarł, do mody na jedzenie w ogólnym kontekście kultu cielesności serwowanego nam przez świat mediów sterowany bezgraniczną chciwością wielkich korporacji produkujących nasze potrzeby. Słowem, nawet akademicy zajmują się tym niezwykłym tematem.

Psiakrew! Jestem na czasie, dołączam się.
Z anegdotami.

Ludzkie ciało jest niezwykłą machiną. Z czasem tracimy jego świadomość, nie widzimy, co ciało nam mówi. Warto wtedy spojrzeć na dzieci, te są w zgodzie z ciałem i jego potrzebami.
W naszym domu mieszkała suczka, piękny, chyży pies w maści owczarka niemieckiego, kundlica. Nie mogliśmy znaleźć dla niej imienia, więc wołaliśmy ją Suka, Suczka, najczęściej Suńka. Była największą przyjaciółką Miriam, gdy ta była jeszcze tak mała, że poruszała się po mieszkaniu w chodziku. Pies i ludzkie dziecko; swoją drogą przyszły na świat w tym samym mniej więcej czasie. Miałem ci ja z tymi dwiema skaranie boskie. Rozrabiały na sto fajerek, często groziłem im pierwszą miejscową defenestracją. Ani jedna, ani druga nic nie rozumiały z tego gadania o wyrzucaniu przez okno i dalej robiły swoje. Ja dalej groziłem. Wszystko psu na budę.
Była w domu cytryna, miły, pachnący krzew rosnący w sporej doniczce, która nie mieściła się na parapecie, musiała więc stać na podłodze. Pewnego dnia zagubiłem się w kuchni, w przygotowaniu obiadu, myciu garów, albo innym obowiązku. Dziewczyny bawiły się w pokoju. Misia w chodziku, Suńka tańcząca wokół niej. Ile mogła trwać ta chwila nieuwagi? Kiedy wszedłem znęcony nagłą ciszą, ujrzałem że obie utaplane są błotem, Miriam na buzi, Suńka na kufie. Wyjadały ziemię z cytrynowej doniczki. Zasmakowała im tak bardzo, że mimo kolejnych ostrzeżeń o laniu na tyłek, a nawet eksmisji, gdy tylko nie patrzyliśmy, stale jadły ziemię. Próbowaliśmy podawać Miśce różne minerały kojarzące się z ziemią dla kwiatów, nic nie pomogło. Cytryna w końcu wyschła na wiór. Czy była to jednak kwestia smaku? Raczej nie. Kiedy cytryna została wyniesiona z domu, Miśka wywierciła paluszkiem centymetrową dziurę w tynku przy swoim łóżeczku. Nie było wątpliwości, że tynk po prostu zjadała.

Kilka ładnych lat temu wsiadłem we Wrocławiu do autobusu MPK. W środku spotkałem kolegę ze studiów. Po wylewnym powitaniu, zaczął opowiadać.
– Człowieku, wczoraj wróciłem z Ameryki, z Chicago – mówił koleś. – Wysiadłem z samolotu na Okęciu, wszedłem do terminalu, rozejrzałem się i padłem na ziemię. Jak nasz Jan Paweł całowałem polską ziemię, kiedy zobaczyłem polskie kobiety. Chłopie, nie wyobrażasz sobie jak piękne, jak szczupłe są nasze dziewczyny. Nie to, co te transportery opasłe, te cysterny tłuszczu, te amerykańskie Michelin’y.
Długo jeszcze tak gaworzył, a kiedy skończył zasugerowałem diagnozę.
– Nie ma się co dziwić, skoro stale żrą przemysłowy plastik. Spojrzał na mnie z grymasem.
– To nie jest kwestia tuczącego żarcia. Tak na moje oko, to problem ilości…
Nie udało nam się zdiagnozować problemu otyłości Amerykanów, kolega wysiadł z autobusu, ja pojechałem dalej.

To była wspaniała kobieta. Kobieta atrakcyjna cieleśnie, o iberyjskim temperamencie, do tego opiekuńcza, troskliwa, nawet czuła. Miała wszakże jeden, cóż, drastyczny mankament: stałą i silną potrzebę kontroli otoczenia. Z pominięciem godzin snu i pracy, parcelowała mój czas wedle własnego widzimisię, dzieląc go na różne bardzo praktyczne zajęcia. Społecznie jestem dość tępy, powolny, zanim więc się zorientowałem, zostałem pokrojony na kawałki, rozdzielony na funkcjonalne czynności. Nie byłem jednak zdruzgotany, gdy to w końcu zauważyłem. Po prawdzie był to w moim życiu okres, kiedy postanowiłem poddać się dobrowolnej resocjalizacji, po latach szaleństwa przywrócić siebie społeczeństwu, nawrócić się na chwalebną postać solidnego obywatela, uczciwie wykonującego swoje role społeczne. W takiej sytuacji nie mogło mnie spotkać nic lepszego: miałem własnego trenera, tylko swojego live couch’a. Przystosowywałem się w mgnieniu oka. Robiłem wielkie postępy, zniknąłem z lokalnych knajp i salonów, do lamusa oddałem wszystkich podejrzanych obyczajowo przyjaciół i zerwałem znajomości z przeszłymi miłościami, za to gotowałem znowu obiady, szorowałem podłogi, wychodziłem na zdrowotne spacery, oglądałem romantyczne komedie i kładłem się spać o 22.00.
Po kilku miesiącach społecznego przystosowania, wyszedłem z marketu z zakupami. Nerwowo wyjąłem z torby słodki batonik, rozerwałem papierek i pożarłem go w minutę. Natychmiast sięgnąłem po następny. Cały byłem opakowany batonikami. Miałem je nie tylko w torbie z zakupami, ale w kieszeniach kurtki i bocznych kieszeniach bojówek.
Stanąłem z rozdziawioną gębą, z której na brodę wyciekała czekolada. Zdałem sobie sprawę, że nigdy nie byłem wielbicielem słodyczy, a od kilku tygodni stale jestem obłożony pączkami, ciastkami, batonikami, czekoladkami, cukierkami, dziesiątkami różnych gatunków słodyczy, włącznie z obrzydliwymi mlecznymi drażami.
Po powrocie do domu spojrzałem w lustro, bacznie, krytycznym okiem. Spojrzałem prawdzie w oczy: zrobiłem się mordziasty i… przybyło mi zmarszczek, ale to inna sprawa.
Może i resocjalizacja jest w porządku, powiedziałem sobie, ale dlaczego od razu w amerykańskim stylu? Nic z tego, jestem przecież zawołanym Europejczykiem. Muszę z tym skończyć…

Ot, chwilowo to mój cały wkład w temat jedzenia w kontekście kultu cielesności i każdym innym kontekście.

1 KOMENTARZ

  1. Jeśli kiedykolwiek zostanę o coś oskarżony, np. o działalność terrartystyczną, najszybciej przyznam się do winy, gdy do zestawu tortur zostanie włączone oglądanie w TV programu kulinarnego. Szczerze, samo oglądanie telewizji to ból możliwy do złagodzenia dużymi dawkami makowca i herbaty z miodem, jednak oglądanie w telewizji procesu przyrządzania makowca, to tak jak oglądanie wyścigów Formuły 1, męka z mąki, nieustające przeciążenie powiek i tęsknota za przerwą na reklamy. Kuchcik może i ma z tego radość, podobnie jak piloci bolidów, dopóki nie oberwą w łeb jakąś zabłąkaną śrubką. Wówczas radocha zaczyna się po drugiej stronie ekranu. Zajęły się kuchcikowi rękawy od gazowego płomienia kuchenki? Uciął sobie palec pięknym nożem marki Zwilling? Podkręcam dźwięk i czekam na powtórki w zwolnionym tempie. Niestety, takie wypadki zdarzają się równie często jak kontuzje u szachistów. W 99,99% relacji z kuchni i z wyścigów Formuły 1 nie dzieje się nic. Mordęga. Startują, jadą na okrągło, a na koniec wychodzi ciasto. Tak, panie i panowie – ciasto. A ciasto pieniądz. Piloci bolidów może to rozumieją. I co z tego. Ci goście od kuchni ni w ząb.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here