Szczeliny 5

1
21

Szczeliny 5
Bez wątpienia jakiś Macher od Losu robi sobie mi złośliwe żarciki.
Oto od czterech zgoła tygodni wieczorami zamurowuję wejście na moje poddasze. Od czterech tygodni siedzę tutaj od zapadnięcia zmroku do jakieś drugiej w nocy niczym eremita. Nie otumaniam się telewizją, nie znikam w atrakcjach wirtualnego świata internetu, bo ani jednego, ani drugiego nie mam. Wieści ze świata – poza rzadkimi telefonami od przyjaciół i rodziny – nie zakłócają mojego spokoju.

Szczeliny 5

Bez wątpienia jakiś Macher od Losu robi sobie ze mnie złośliwe żarciki.
Oto od czterech zgoła tygodni wieczorami zamurowuję wejście na moje poddasze. Od czterech tygodni siedzę tutaj od zapadnięcia zmroku do jakieś drugiej w nocy niczym eremita. Nie otumaniam się telewizją, nie znikam w atrakcjach wirtualnego świata internetu, bo ani jednego, ani drugiego nie mam. Wieści ze świata – poza rzadkimi telefonami od przyjaciół i rodziny – nie zakłócają mojego spokoju.
Realizuję zmyślny plan ukończenia kryminału, pisania do blogu i wątpliwych praktyk duchowych w ezoterycznym stylu. Od czasu do czasu obejrzę jakiś film, na okrągło zaś płynie muzyka (od tygodnia kobiety śpiewają mruczące songi: Rumer, Diana Krall, Joanna Newsom). Słowem, piszę, słucham, oglądam, przed snem odbywam coś na granicy relaksacji i medytacji. Rankiem budzę się spokojny jak anioł. Paląc pierwszego papieroska zapijanego kawą, czynię jeszcze odręczne zapiski w opasłym zeszycie, który prowadzę od dwóch lat. Notatki te to ciąg dalszy moich wątpliwych praktyk duchowych. Próbuję w nich analizować nurtujące mnie bieżące problemy egzystencjalne, uchwycić zaobserwowane u siebie stany emocjonalne, zapisywać niczym mantry swoje afirmacje, ogólnie więc pogłębić stan spokoju przed wyjściem w ten krwiożerczy świat. Najchętniej zostałbym mchem, który obrósłby ściany tej sadybki, ale tak się nie da, mech też potrzebuje pożywienia, żeby żyć.
I tak sobie w tych tygodniach wychodziłem w ten niebezpieczny świat i całkiem nieźle mi szło, nie traciłem kontenansu. Trzeba by widzieć moje ciche zadowolenie z siebie. Moja główna afirmacja staje się rzeczywistością: jestem radosny, spokojny i uważny. Światu nie udaje się zdetonować mojego samopoczucia. Moja cierpliwość jest iście olimpijska, a spokój większy niż u Tadeusza Mazowieckiego!
Wszystko było w najlepszym porządku, ale ów Macher od Losu wykombinował, że już on mi pokaże jaki to porządek. A więc do niedzieli było pięknie, świat sobie, a ja sobie, normalnie jakbyśmy się pogodzili, albo co najmniej zawiesili broń ścianach. Ale niestety, wpuściłem do domu prawdziwą bestię: małego czarnego kundelka mojej teściowej. Piesek, brzydki jak jego kupki, zupełnie nieułożony, jakoś ogólnie pozbawiony psowatej przyjacielskości, a do tego – choć nie do opanowania ruchliwy – stary jak węgiel, bawi u mnie na tydzień, albo dłużej. Wiedziałem, że będzie z nim mortus, ale któż odmówi „mamusi”?
Pies o imieniu Bakuś (tak nazwały go moje dzieci, dzisiaj nie sposób dojść czy chodziło im o bakun, czyli tytoń, czy może bakanie marihuany; w każdym razie, jak widać, o palenie jakiejś używki), to prawdziwa zakała psiego rodu. Sukinsyn budzi mnie szczekaniem równiutko o siódmej rano, kiedy mój budzik ma zadzwonić za całe pięć minut! Ktoś, kto kładzie się o drugiej w nocy wie, jaka to tragedia. Ale gorsze jest to, że zaczynam mu głośno złorzeczyć, a zaraz potem złorzeczyć – a jakże, również na głos – samemu sobie, że złorzeczę na biedne, Bogu ducha winne, stworzenie.
Spacer z Bakusiem, to kolejna przygoda. Pupilek mamusi cieszy się bowiem niezwykłą słabością do siuśków i gówienek swoich współplemieńczyń. Gdyby nie fakt, że zdradzieckie bydle jest na smyczy, na pewno wylizałby wszystkie siuśki suczek z sąsiedztwa. W efekcie ubliżam samemu sobie, całkiem na głos, że szarpię tym kundelkiem, że wrzeszczę na niego za to, że żuchwa (czy psy mają żuchwę?) aż dygoce mu z podniecenia zapachem tych sików.
Katastrofa, prawda? Ale jeszcze wątpiłem, że to sprawka znudzonego Machera, cóż, pies, jak pies, nieświadoma, niewinna swych instynktów i nawyków istota. Jednak po wczorajszej nocy przestałem się łudzić.
Pisząc coś nie zauważyłem, że zrobiła się druga. Co gorsza, ewidentnie przekroczyłem chwilowy próg zmęczenia około pierwszej. Mimo to szybko rzuciłem się do spania z nadzieją, że jednak uda mi się szybko zasnąć. Może kwadrans później Morfeusz już wystawiał do mnie swoje ręce, już odpływałem w jakiś piękny sen, gdy ten śpiący na fotelu parszywy gudłaj, zaczął chrapać. Wprawdzie nie tak jak ja potrafię, ale piłował całkiem zdrowo, w przerwach intonując dodatkowe frazy ze swoich snów. Oberwał poduszką. Tym razem już sobie nie wyrzucałem braku humanitarnego zachowania. Postanowiłem też napisać do Greenpeace, że nie chce już od nich otrzymywać newsletterów.
Dobrze, trochę sobie pożartowałem, ale prawda jest taka, że mały czarny kundelek udowadnia mi, jak wiele jest na tym świecie rzeczy i spraw, którym moja cierpliwość, radość, spokój i uważność nie są w stanie podołać.
Z nim już prawie się dogadałem, co będzie następne?

1 KOMENTARZ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here