Ionesco i Beckett nie wchodzą w grę

0
29

Dzień 17.
Licznik cyka (9.56).
Total confirmed: 723 740 (US – 143 025, It – 97 689)
Total death: 34 018.
Wp.pl: Zarażeni: 1905, zgony: 26.

Dzisiaj dzień mniej leniwy. Monia dzwoniła ws. Lądeckich Debat, więc musiałem dopisać co nieco. Gryziemy się czy w dzisiejszych czasach gazeta jest dobrym przedmiotem do zabrania do domu, no i gdzie ją kolportować. Smutne też, że kalendarz wydarzeń kulturalnych, który od wielu, wielu miesięcy ledwo mieścił się na ostatniej stronie, tym razem pozostanie pusty. W międzyczasie rozmawiałem jeszcze z burmistrzem Lądka-Zdroju, który stara się jakoś uśmiechać, choć sytuacja Lądka i w Lądku jest ciężka. Później dzwoniła Karola, że też inny tekst, bo CKIR za pieniądze przeznaczone na Pochód Smoków na św. Jerzego kupuje materiały do szycia maseczek, którego podjęli się członkowie i sympatycy Towarzystwa Przyjaciół Ziemi Lądeckiej.

Moja praca tutaj koncentruje się głównie na pisaniu sztuki bożonarodzeniowej dla Lądka-Zdroju. Robię to, co i tak musiałbym zrobić na jesieni. Swoją drogą Karola, producentka tych spektakli, już od kilku tygodni cisnęła mnie, że w tym roku muszę napisać wcześniej, bo inaczej Pani Panda, nasza scenografka, wypadnie z gry: jesień jest dla niej trudnym okresem, bo w rodzimym teatrze ma zbyt dużo pracy, by nas jeszcze wspierać. Nie wierzyłem, że będzie to realne, od kilku lat mam pisać na wiosnę i nagle robi się sierpień.

Jak wygląda moja praca w przypadku pisania takiej sztuki?

Każdego dnia siadam do odpalonego laptopa, żeby zacząć pisać. Siedzę i patrzę na tabula rasa matrycy i nic, ani mi ręka nie drgnie, ani brewka nie pyknie. Ale nie, nie mam zatwardzenia, żadnej obstrukcji twórczej. Wprost przeciwnie, we łbie tyle mi zaczyna pływać obiektów i poruszają się z taką prędkością, że popadam w stupor. I gdy te wypełniające mi głowę myśłokształty dostają takiej amplitudy rozbiegania i zderzeń, że już nie widzę ich samych, pojedynczych, nie widzę nic poza ich ruchem, podnoszę się i zaczynam chodzić. W tym wypadku jestem stale, jak jeden z bohaterów filmu „Mareczku, podaj mi pióro”, który musiał chodzić, by móc cokolwiek sensownego powiedzieć.

Dzień po dniu, przez prawie dwa tygodnie chodzę po domu, wychodzę do lasu i łażę leśnymi duktami. I tak kilka ładnych godzin dziennie. Nie wiem czy nie wyglądam na autyka. Myślę, że Iza tak to musi postrzegać, bo – co nieczęsto się zdarza – jestem w tych dniach bardziej milczący, chyba zamknięty, chłodny. Tak to działa. Męcząca obsesja. Może nie dręczyłoby mnie to tak bardzo, ale nie piszę tak sobie tej sztuki, to tekst dla teatru „Stąd” i musi powstać według kolejnych zasad.
– Sztuka musi być widowiskiem, niezależnie od intrygi.
– Historia musi być lekka i optymistyczna.
– Musi dziać się w Lądku-Zdroju lub którejś z wsi gminnych.
– Musi nawiązywać w finale do Bożego Narodzenia.
– Raczej nie powinna w niczym przypominać wcześniejszych 6, czy 7 sztuk bożonarodzeniowych, które napisałem, słowem, musi być oryginalna.
– Musi być jednoaktówką na 1,5 g. trwania maksymalnie.
– Dekoracje nie mogą być rozbudowane, najlepiej, żeby wcale się nie zmieniały, bo raz, że w Kinoteatrze brak techniki scenicznej, dwa, że z forsą zawsze u nas krucho.
– Rzecz nie może się dziać w średniowieczu, ani w kosmosie, bo z forsą na stroje dla wszystkich dames dworu, rycerzy i chamusiów jest u nas krucho.
– Każdy aktor – z pominięciem statystów – a jest ich ok. 20, musi mieć jakąś wyraźną, ważną kwestię do wypowiedzenia.
– Najlepiej, gdyby większość aktorów była przez większość sztuki na scenie.
– Bez prezentacji pracowni artystycznych CKIR nie ma sztuki.
– Intryga powinna być wyraźna i prosta, bo lądczanie rzadko należą do widzów wyrobionych, trzeba zatem odnaleźć się w kryminale, romansie, baśni, sensacji, komedii, komiksie itd. Zabawy w stylu Ionesco czy Becketta nie wchodzą w grę.

Dzień 18.
Licznik cyka (9.22).
Total confirmed: 786 291 (US – 164 620, It – 101 739)
Total death: 37 820.
Wp.pl: Zarażeni: 2132, zgony: 31.

Dwa kwadranse po 9 rano. Sypnęło lekko śniegiem. Oczywiście wszyscy są mocno zdziwieni: jak to, śnieg w marcu? Nie dość nam koronowirusa?

W domu rejwach od 8.30, dzieci schodzą na chwilę z piętra, by coś na szybko zjeść i wracać do komputerów na zdalne lekcje. Miśka kręci się i gada do Wandy. Iza już ma pierwsze telefony.
Jeśli chcę pisać do swojego „innego dziennika”, muszę wstawać wcześniej.

Lista ograniczeń, względem których muszę się poruszać przy wymyślaniu sztuki nie wyczerpuje katalogu wszystkich utrapień. Z drugiej strony nie wiem czy po tych kilku latkach umiałbym pracować nad tymi historyjkami puszczony na swobodę: piszę dla teatru, który może wystawić wszystko, a jego aktorzy to mistrzowie, zagrają kwaśne mleko, klamkę pekaesu i Holoubka w roli Holoubka w tym samym czasie, jego garderoby wypełnione są kostiumami z Paramount Pictures, do tego do mojej dyspozycji pozostają kompozytorzy od Preisnera po Morricone. Myślę, że wątpię. W sumie więc pies tańcował z tymi zasadami, mają swoje świetne strony, nie muszę, na przykład, myśleć kategoriami wystawienia „Carmen” na Pergoli.

Najtrudniej jest odnaleźć się w całej tej zabawie emocjonalnie. Po pierwsze bez poczucia humoru ani rusz, i to takiego z tych, co pozwalają gadać, co ślina na język przyniesie. Z tym znowu łączy się konieczność posiadania sporej energii, tego chciejstwa, pasji, nakręcenia. Po drugie trzeba się chronić przed oddechem czytelników, którzy przez ramię spoglądają na pustą kartkę i gdy już coś uskrobię, to słyszę natychmiast za plecami jakby lekkie westchnienia, niby postękiwania, czasem nawet jęki. Najgorsze, że się na tej obcej obecności zawsze późno łapię, a właściwie na tym, że się tym głosom usiłuję przypodobać, że im opowieścią chcę się przypochlebić. Wiadomo, co z takiego lizusostwa może wyjść.

Wreszcie w połowie drugiego tygodnia usiadłem i napisałem pierwszą scenę, dnia następnego króciutką scenę, scenkę w zasadzie, drugą. Za mało, by poczuć choćby powiew satysfakcji, ale już mnie korci, już gniecie, że muszę to Izie pokazać. I oczywiście oddaję te strzępy pod jej lupę.
Ileż to razy przeklinałem się w myślach za to podrzucanie Izie wczesnych tekstów! Nie wiem czy choć raz się zdarzyło w ciągu ostatnich sześciu lat, bym skończył coś i dopiero wówczas oddał do jej literackiej rzeźni. Ostatnio jednak coś się zmieniło. Dawniej Iza miała potwierdzić wartość tych pierwotnych wersji, zaakceptować żywo mój koncept, ba, popaść w zachwyt nawet. Dzisiaj pierwsze skrzypce zaczyna grać lenistwo starzejącego się człowieka. Mniej się już przejmuję jej oceną, zależy mi coraz bardziej, żeby nie pisać po próżnicy, nie strzelać obok tarczy. Izy wyrobienie czytelnicze, jej smak, wyczucie detalu, konwencji i duża tolerancja wobec inności, daje olbrzymie gwarancje rzetelnej recenzji. Do tego Iza w tych tematach pozostaje ze mną szczera – niejeden już tekst wylądował w piecu c.o.
Oddałem Izie pod ocenę te ochłapy i patrzę na reakcję. Przeczytała. Reakcji – brak!
Cóż, chciałem, to i mam.

Utknąłem na kilka dni przy kolejnych scenkach, które mogłem spisać, lecz żal mi było tracić czas, ponieważ nie mogłem przeskoczyć dalej. Nie wiedziałem czy nie będę musiał pisać od nowa. Na spacerze poszły fale kolejnych rozwiązań, hurmem, niezadowalające jednak, niepełne, wciąż bez zamknięcia. Uznałem zatem, że inaczej rozwiążę ten temat: skreślę najpierw opowiadanie, w którym ułożę wydarzenia i dopiero na tej kanwie, na tym planie gry rozpiszę całość.
Jak mi to pójdzie? Zobaczymy wieczorem.

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułProblemy z „th”
Następny artykułMorze Sargassowe

ZOSTAW ODPOWIEDŹ