Kończąc książkę

0

Kończąc książkę

Zebrałem się w piątek, zgodnie z umową, w podróż do Wrocławia. Mieliśmy z Izą wybrać się do Vertigo, ot, upić z ludźmi przy dobrej muzyce.
Wszystko miałem poukładane: z roboty wychodzę na autobus 15.10, w domu uporam się centralnym ogrzewaniem, spakuję lekko i do pekaesu. Na przystanku okazało się, że nie ma transportu o tej godzinie, Podroznik.pl ma niepełne informacje. Nie wiedziałem jak ratować sytuację: Iska będzie niepocieszona na moje spóźnienie. Po kilku chwilach na myśl przyszedł Adamek, więc mimo niechęci – facet ma problemy na głowie – zadzwoniłem. Zalegał akurat na „Dżamce”, ale sekundy się nie wahał. Siedem minut później odebrał mnie z przystanku. Zdjąłem czapkę z głowy dla tej bezinteresowności.
Wszystko poszło gładko, choć z rozpędu nerwowo. Uporałem się z obowiązkami, pakowaniem, usiadłem nawet jak Wołodia Wysocki przed mokrą robotą. Wreszcie wybiegłem z domu na pekaes.
Stał już w dali, do której miałem koniec chodnika, parking i ulicę szybką do przekroczenia. Widziałem już kto siedzi za kierownicą.
– Cześć Tomasz – rzekłem unosząc nogę na stopień.
– Cześć Tomasz – odpowiedział. – Wrocław?
– Jasne – odrzekłem i podaliśmy sobie dłonie.
Wyjąłem pieniądze, zapłaciłem.
– I co tam napisałeś? – Pyta mnie z nagła.
Patrzę na niego i konstatuję, że mówi o Nie ma takiego miasta. Ale głośno mówi. A w autobusie sporo ludzi i jakoś mi głupio. Najpierw, bo dociera do mnie, że przecież napisałem tę książeczkę i mogę o tym mówić, nawet publicznie, kiedy on chce.
– A o Lądku-Zdroju ta historia, te historyjki, powiastki – odpowiadam. – U Karoliny dostaniesz. Tanio.
– O!
– Raptem piętnaście zeta.
– Ale wiesz, ja mam taki problem… – gada, kiedy ja już śmigam na tył pojazdu, na miejsce w ostatnich rzędach, które lubię.
– No? – Rzucam głośno.
– Mam taki problem, że nie mam kiedy czytać, ale też boję się czytać, wiesz – krzyczy przez pół autobusu – bo kiedy kończę jakąś książkę, to jakby kończył się świat, normalnie, mam uczucie, jakby się kończył świat.
Cztery godziny później, w Vertigo, patrzę sobie na ludzi.
Na scenę, jeszcze nieśmiało, wychodzi jazz band. Iska jest przy mnie.

Raketa padła

0

Raketa padła
Dwa lata temu kupiłem sobie u zegarmistrza Staszka w Lądku-Zdroju radziecką Rakietę. Zegarek szykowny wielce: ostentacyjnie ascetyczny dizajn blatu, za to pozłotka cyferek rzymskich i koperty zuchwała, wiadomo, klasycznie zerżnięty – podobnie jak Poljoty – z Atlanticów, mniejszy jednak, nie tak szpanerski jak tamte. Tak sobie myślę, że z lat 70., nie dalej niż 80. XX w. Zapomnijcie więc o bateryjce, milczcie gdy idzie o automat, zegarek nakręcany jest tą śrubinką zwaną koronką, no klasyk, panie. Gdybym miał 30 lat mniej pewnie bym się irytował, że stale go muszę nakręcać. Tymczasem odkryłem w tym dwie subtelności: za smarka też tak nakręcałem posiadane zegarki, a na mnie już z wolna cień pada wspomnień o sztubackich latach, a dwa, że to doskonałe, bo nieszkodliwe publicznie antidotum na wszelakie natręctwa psychiczne, których ofiarami są dłonie… Nie muszę dłubać przy naskórkach, czochrać bródki, gładzić łysiny, skrobać karku. Oj, dłubię wokół paznokci? no wiecie co, wstyd! lepiej nakręcę Raketę, o! już nakręcona?! co tam, tym szwunglem, dzyndzlem do kręcenia tylko tak się pobawię!
Oczywiście, w odróżnieniu od dizajnu, złośliwą cechą Rakety jest fakt, że nie trzyma kindersztuby. Szwabi zawsze o kilka minut w którąś ze stron. Jeszcze nie odkryłem skąd ta zależność, że raz spieszy, innym razem – późni. Ciśnienie atmosferyczne działające na sprężystość sprężyny, a może poziom jej naciągnięcia? Nie wiem. Dwa dni temu odkryłem za to, że nie mogę szwungla wydłubać w koperty, żeby oszukańczy czas zmienić, spowolnić go lub przyspieszyć, ot, utknął psztymucel na amen.
Poszedłem więc wczoraj do tego samego speca, który mi opylił cacko i powiadam no słuchaj Stachu, bo nie mogę tego dżingla wyjąć w zegareczku, żeby czas zmienić, ratuj, człowieku. I unoszę dłoń, na której zegarek złotem żywym błyska, ale koronki do kręcenia jakoś nie ma. Usprawiedliwieniom moim nie ma końca.
Szpenio bierze chronometr, otwiera kopertę i coś tam chrząka, więc oświadczam, że wrócę za kilka minut, bo sobie zapalę i na witryny sklepów zerknę, a gdy wracam zegarmistrz wyciąga mnie ze swej sympatycznej norki i do światła prowadzi. Wręcza mi sikora i patrzałkę zegarmistrzowską; ciekawe skąd wie, że mi wzrok siada? – Patrz – mówi. Biorę z pewnym przerażeniem – czyżby chciał mnie zaadoptować do cechu? – precjoza w dłonie i patrzę w bebechy Rakety, ale nic nie widzę, prócz obrazka w stylu steampunk. Zdejmuję lupkę i czekam na jakieś wyjaśnienia, werdykt, takie, rozumiecie: ale o co chodzi?
W końcu słyszę: – Widziałeś ten brud?
Faktycznie, werk cały poruszał się w takim nabrzeżnym kożuchu brudu, w takim wianuszku siwo… brązowawym?
– Dużo palę – odpowiadam w skrusze i już z przerażeniem myślę o swoim laptopie, który lata dzień osiągnie wiek przedszkolny. Ten to się nałykał nikotyny i substancji smolistych…
– Muszę go rozebrać – klaruje mi ignorując absurdalne tłumaczenia i dodaje twardo, że: – To będzie kosztować.
– Ile? – pytam i już czuję, że mi gęsina po plecach wyrasta.
– Pięćdziesiąt złotych – powiada. – I wiesz rozumisz, to jest prowincjonalna cena. W mieście dwa razy tyle biorą.

– Jakoś dam radę – odpowiadam ochryple, ukradkiem spuszczając parę, bo wyrok nader niski.
– Ale jakiś tydzień potrzebuję – mówi, kiedy wracamy do jego sadyby.
Pada na mnie okrutne pytanie: i co ja, tak tydzień będę jak typ gadający do siebie, zaglądać na pusty nadgarstek?
Ale mój zegarmistrz to prawdziwy psycholog. Wyjmuje z gabloty jakieś sześć złachanych sikorów i powiada:
– Głowa do góry! Dam ci natenczas pożyczaka! Wybieraj!
Wybieram pancernego elektronika z czterema pstryczkami. Największy sznyt z polskiej połowy osiemdziesiątych lat. I wychodzę.
Pod kamienicą sprawdzam: działa tylko jeden pstryczek, reszta po to, żebym szpanował nowoczesnością!

Podróże z Beskidem

0

Podróże z Beskidem

Kiedy tak sobie rozmyślałem nad tym tekścikiem z niewiadomych powodów przyszła mi do głowy powieść Podróże z Charleyem Johna Steinbecka. Ta historia to zapiski z wojaży, jakie Steinbeck odbył kamperem po Stanach w towarzystwie psa Charleya. Po prawdzie nigdy nie przeczytałem w całości żadnej z książek Steinbecka. Nudniejsi byli już tylko polscy pozytywiści. Inna sprawa, że nigdy też nie skończyłem czytać żadnej powieści Franza Kafki, a ten przecież nie nudził. Notabene on sam nigdy nie skończył tych powieści pisać, niemal w pół zdania je zostawiał.

Zacząłem tak bardziej literacko może dlatego, że autorów tych pamiętam z wczesnej młodości. Z wczesnej młodości pamiętam również czasy PRL i tę jej część, którą nazywam komunizmem magicznym. Wielu z Was z pewnością przypomina sobie niczym koszmar paranoika tamto, posunięte do granic absurdu życie. Życie, które zdawało się pożegnaliśmy byli na początku lat 90. zeszłego stulecia. Niejeden za nim tęskni, roniąc łzy śmiechu nad jego szaloną rzeczywistością. I być może coś przegapiłem, ale zaczynam powoli zauważać, że nasza dzisiejsza, kapitalistyczna rzeczywistość jest mi jakoś dziwnie znana. Oczywiście nie zamierzam mówić o rządzącej partii PIS, której członkowie w kuluarach sejmu i senatu ćpają chyba gaz rozweselający, bo zachowują się jak nadkomisarz Clouseau, który usuwa właśnie zdrowego zęba szalonemu Charlesowi Dreyfusowi; broń mnie Panie Boże!

Firma Beskid Przewozy już niejednokrotnie przewijała się na łamach blogu. Na przykład do końca życia pozostanie mi we krwi serdeczna niechęć do zespołu „Zakopower”, wynikająca z faktu, iż kierowcy Beskida są w większości wielkimi melomanami tandety i wielbicielami najpodlejszych rozgłośni radiowych, zaś redaktorzy tych rozgłośni bezwzględnymi oprawcami mojego muzycznego gustu. Był więc wielomiesięczny okres, kiedy prawie za każdym razem, gdy tylko przyszło mi podróżować Beskidem, jak za pyknięciem czarodziejskiej pałeczki z głośników rozlegały się nuty pieśni o chodzeniu na tamten świat boso. Że zaś melodia to podhalańskiego temperamentu, panowie kierowcy z przekonaniem, że cały świat wielbi zespół „Zakopower”, podkręcali głośność do poziomu dyskoteki. Po przejazdach tych ociekałem adrenaliną, poszukując ofiary dla dokonania rytualnego mordu.

Inną przygodą serwowaną mi przez rubasznych kierowców są przejścia z temperaturą w wiozącym pasażerów pojeździe. No niech mnie świnia powącha, jeśli nie podróżowałem za komuny tydzień w tydzień pociągiem ze Stronia do Wrocławia i w tymże składzie był jeden wagon, który w Kłodzku dołączano na koniec składu warszawskich „Karkonoszy”. Otóż każdej zimy w wagonie tym było jak w kriokomorze. Konduktorzy zawsze wymawiali się faktem, że to przecież oczywiste, iż zimno, skoro to ostatni wagon. Normalka, co nie? Weźmy więc tę piekielną rajzę do stolicy Dolnego Śląska, jaką odbyłem Beskidem jeszcze w zimie. A było to tak, że w piątek po pracy, rozluźniony jak sam Marcellus Wallace, wsiadłem do któregoś z większych pojazdów firmy, takiego na 28, może 30 osób. Byłem zadowolony, czekało mnie dwie i pół godziny czytania książki w prawie pustym autobusie wiozącym mnie na leniwy podwrocławski weekend. A więc wsiadłem na Morawce, czyli pierwszym kursowym przystanku, do Beskida i zorientowałem się, że czeka mnie trening przed tournée po Antarktydzie. Fakt, że nie wybierałem się na ten kontynent nie przeszkadzał przewoźnikowi w przygotowaniu mi zaprawy. Był to przecież bonus w cenie biletu, a darowanemu koniowi… O zdjęciu kurtki nie było mowy, czapka też się świetnie sprawdzała. Jakie jednak było moje zdziwienie, kiedy w Lądku-Zdroju pojazd zapełnił się ludźmi! No, to już był prawdziwy wehikuł czasu!

Stanęło w końcu na tym, że siedziałem jak śledź między oknem a barczystym facetem, próbując czytać książkę, a z sufitowych głośników w najlepsze napierdalały taneczne przeboje. Co tam! Najważniejsze, że gnaliśmy na mój leniwy weekend!

Już przed Kłodzkiem zaczęło się robić ciepło a zapowiadało się jeszcze goręcej, bo na Łużyckiej dosiadło się kilku ludzi, w sumie dostało, bo nie było już miejsc siedzących. Po kilku kolejnych kilometrach zorientowałem się, że gorąc nie bije wcale od ludzkich bateryjek, ale z okolic mojej lewej nogi, gdzie umieszczony jest grzejnik. Szybko też zorientowałem się w prostej zależności: o ile jechaliśmy krętymi drogami Doliny Białej Lądeckiej, grzejnik pozostawał zimny jak Łazarz, kiedyśmy jednak wyjechali na proste odcinki S8 i wesoły kierowca odnalazł w sobie brak wyobraźni i fantazję Niki Laudy – czemu towarzyszył nieustanny rytm radiowych hitów – czułem się jak żeberka na grillu… No dobrze, jak połeć tłustego boczku w aluminiowej folii. Kiedy wielbiciel „Zakopowera” przyspieszał, robiło mi się nieznośnie ciasno między gorejącym kaloryferem a gladiatorem, który przyciskał mnie do szyby. Że zaś nie zawsze lubię dramat w stylu Rejtana, to siedziałem wciąż w kurtce puchowej, wzdychałem i miałem ten upiór – książkę uniesioną nad kolanami.

Ale to była sztampa. Kąsajcie teraz.

Ze dwa tygodnie temu wsiadam rankiem za pasażerami do Beskida. Rutyna codzienności: wsiadam, ruszamy, jedziemy prze kolejne trzy, czasem – jeśli ludziska stoją na czacie – cztery przystanki, wysiadam na lądeckim zdroju i śmigam w towarzystwie licealistów do roboty. Tego dnia jednak nie możemy wyjść z busika! Rzecz w tym, że nie da się otworzyć drzwi, bo nie działa klamka, na zewnątrz ma nikogo, kto przycisnąłby ją z zewnątrz. Interwencja kierowcy przynosi skutek: odkręca korbą szybę okna i otwiera drzwi zewnętrzną klamką. Cóż, zdarza się awaria.

Następnego dnia kierowca nawet nie drgnie, bo na zewnątrz są ludzie, którzy na pewno otworzą drzwi. Następnego dnia nie ma nikogo na przystanku i leje deszcz, więc okno zamknięte, a typ, który chce wysiąść nie wiem o co chodzi, bo drzwi nie działają. Następnego dnia stoję na przystanku i widzę ludzi, którzy chcę wysiąść, ale nie potrafią. Zaczynają się humorystyczne komentarze, które w latach osiemdziesiątych XX wieku były jedynym „lekiem na całe zło”.

Cudowna komedia!

Wsiadam wreszcie na koniec tygodnia w ten większy, autobusowy pojazd, wybieram się bowiem na leniwy weekend w okolice Wrocławia. W nim nie ma już klamek, drzwi rozsuwają się z pomocą hydraulicznych mechanizmów. Ciepły, miły dzień. W Żelaźnie drzwi nie chcą się zamknąć. Kierowca wstaje chwyta za rury ich mechanizmu i machając ich tarczą zamyka je. Czytam kolejną powieść Stanisława Lema.

Mechanika jest złośliwa. Z materią już tak jest, że zawodzi. Ale duch winien trwać.

1 maja zaplanowałem powrót Beskidem z Lądku-Zdroju do Stronia Śląskiego. Sprawdziłem kilka razy sprawdzoną stronę internetową, która zapewniła mnie, że mam o tej godzinie Beskida. Na przystankach rozkłady jazdy wisiały bez uwag. Wyszedłem, znając nonszalancję kierowców tej firmy, zdecydowanie wcześniej, dobre 10 minut, by mi nie uciekli. I psu na budę to poszło! Pies z kulawą nogą nie zajrzał pod wiatę zdrojowego przystanku, musiałem dzwonić do Słoneckiego, w upokorzeniu zajmowania mu czasu prosić o transport.

2 maja wsiadłem do Beskida z pytaniem do kierowcy: – Mieliście wczoraj awarię? Ten wskazał mi kartkę wiszącą na podsufitce:

1 i 3 maja na trasie Stronie Śląskie – Cokolwiek Beskid nie kursuje.

Spóźniony Ósmy Marca, albo horror feminae Korwinów-Mikke

3

Spóźniony Ósmy Marca, albo horror feminae Korwinów-Mikke

Opóźniony to względem Dnia Kobiet tekst, ale przy moich zdolnościach i tak dobrze, że nie piszę go w sierpniu; swoją drogą niejednemu „prawdziwemu mężczyźnie” przydałoby się na co dzień pisać bardziej jeszcze uroczyste panegiryki, a niechby i gnojów zmuszano siłą! Oczywiście mógłbym zignorować to święto i popłynąć ogólnie przez wzburzone fale tematu, straciłbym jednak jeden – drobny wprawdzie, za to piękny – z wątków całości kontekstu. A i okazja sama pcha się przecież do oczu. I ust.

Pewne rzeczy są dla mnie oczywiste. Są tak oczywiste, że zaczynam ziewać na lekkie migotanie myśli o pisaniu na ich temat. Istnieją w nudnym ich leksykonie oczywistości naoczne, jak fakt, że mam w tej chwili dwie nogi i dwoje ramion, a nad moją głową wisi 100-watowa żarówka. Druga grupa oczywistości, to przekonania, których nie jestem – i pewnie nigdy nie będę – w stanie sprawdzić, a to, że Ziemia jest jednak okrągła, a nie płaska, że gdzieś tam rzeczywiście istnieją Wyspy Galapagos, albo że pod Grunwaldem naprawdę odbyła się kiedyś bitwa. Mam wreszcie do czynienia z gromadą oczywistości, które zdają się niejako łączyć, a może i wystawać poza wymienione w inne obszary klasyfikacji. Do niej należy pewność o równości mężczyzn i kobiet. I nie mam tutaj na myśli życzeniowości, deklaracji, czy jakiegoś postulatu, ale pewność właśnie, a przekonanie to płynie ze zwyczajnego doświadczenia, którego ewentualne kwestionowanie mogłoby mnie ględzeniem kołysać do snu.

Nie chce mi się w tym miejscu odnosić do pojęcia równości, definiować jej w tym kontekście i wskazywać, że istniejące różnice między płciami nie wyznaczają nierówności. Wystarczy sięgnąć do porządniejszych opracowań gender studies, więc nie ma sensu, żebym strzępił sobie język.

Dlaczego zatem, skoro opowiadanie o równości kobiet i mężczyzn jest tak nudne, zabrałem się jednak za pisanie? Otóż okazuje się, że moja oczywistość nie jest wcale oczywista dla wielu mężczyzn. Pokazała to doskonale wypowiedź Korwina-Mikke i choć wiemy, że to zwykły pozer i efekciarz – i jak się okazuje również nieuk – to, niestety, wychodzi na to, że nie jest to tylko jego kolejna błazenada, jeszcze jeden wybryk żałosnego starca.

Kilka dni temu zwrócił mi na to uwagę Witek: – Trzeba przyznać, że odważny ten Korwina-Mikke, w końcu przecież wyraził tylko to, co na temat kobiet myśli spora grupa mężczyzn.

Pomyślałem sobie wówczas, a może to powiedziałem, że odwaga Korwina-Mikke to czysta fikcja, ot, palnął coś pod swoją wąską publiczkę i do sztambucha reszty kretynizmów, przez które – jak mu się zdaje – zapamięta go historia. Korwin-Mikke nie wyraża opinii innych od swoich własnych i kilku burżuazyjnych pasożytów, więc jeśli się bliżej delikwentowi przyjrzeć może mamy tutaj do czynienia z przypadłością jakiegoś horror feminae?

Powiem szczerze, iż mogę tylko domniemywać, czy raczej mieć intuicję, że Witold ma rację. Oczywiście, spotkałem w życiu wielu mężczyzn, którzy uważali kobiety za głupsze, a choć nie mówili tego wprost, traktowali je zdecydowanie instrumentalnie. Od lat jednak nie spotykam podobnych nieszczęśników, a nie mam też żadnych dowodów (wyników badań, opracowań itd., a nie widzę konieczności ich poszukiwania) na udowodnienie opinii mojego syna. Pozostaje przekonanie, że ludzie nie zmieniają się szybko, a pod polityczną poprawnością wiją się całe pokłady wszelkiego robactwa.

O co mi więc idzie? Czyżbym chciał przekonać „prawdziwych mężczyzn”, że mam rację i kobiety mają ten sam potencjał co mężczyźni? Cóż, jak mawiała mama: co głupiemu po rozumie, jak go wcale nie ma? Równie dobrze mogę pomóc umarłemu kadzidłem, albo przekonać wyborcę PIS, że Kaczyński to żałosny demagog. Mówimy tutaj bowiem o martwicy mózgu, albo irracjonalnej wierze w tradycyjne, kurwa, polskie wartości patriarchalne. Jest to więc raczej laurka nagrobka dla owych ciemnogrodzian, z którymi podobne szowinizmy, mizoginie i gynofobie – poza klinicznymi przypadkami – pójdą do piachu.

W przypadku zaś Korwin-Mikke szydło wyszło z worka już 17 marca na jego blogu, gdzie widnieje post: http://korwin-mikke.pl/blog/wpis/inteligencja_nauczycielki/2952

Ta kreatura próbuje w nim przylizać ciepłym moczem wyrażoną kilka dni wcześniej opinię. To płytkie kajanie się jest wręcz żenującą próbą wyjścia z opresji. Korwin-Mikke wiele już razy kompromitował się swoimi wypowiedziami, teraz jednak wykazał się nie tylko godnym pożałowania kabotynem, ale też pozbawionym wiedzy matołem. A żeby słowom mym stało się zadość przytoczę pewne statystyki, znalezione w cytacie z pracy naukowej… Witolda… Dobrze jest mieć dzieci, przynajmniej niekiedy nie muszę tracić czasu na grzebanie w sieci.

Otóż według badań to w takich Stanach Zjednoczonych „kobiety stanowią 55 proc. obecnych absolwentów college’ów i kontrolują ponad 80 proc. osobistych dochodów rodzin. Mężczyźni są ofiarami 65 proc. przestępstw i 75 proc. zabójstw (stanowią 90 proc. sprawców morderstw, 80 proc. pijanych kierowców i 80 proc. samobójców). (…) są ofiarami 94 proc. wypadków w pracy. Kobiety niemal automatycznie wygrywają procesy dotyczące opieki nad dzieckiem. (…) chłopcy mają więcej problemów w szkole niż dziewczęta (które na każdym szczeblu edukacji osiągają lepsze wyniki w nauce), to wśród nich jest więcej narkomanów i uzależnionych od alkoholu”*. Do tego mężczyźni żyją tam średnio siedem lat krócej niż kobiety, które są od nich relatywnie zdrowsze.

No i kto tu jest głupi?

Życzę Paniom dalszych sukcesów!

Ale dalej już nie piszę, bo zaczynam ziewać, a jeszcze muszę wziąć tusz…

*http://zwierciadlo.pl/lifestyle/koniec-patriarchatu-czy-koniec-mezczyzn

Dlaczego czytam Lema

0

Dlaczego czytam Lema

W dość wczesnej młodości przeczytałem jedną, może dwie książki Stanisława Lema. Pamiętam ten epizod doskonale, ale pojęcia nie mam co przeczytałem. Nie wiem też dlaczego nie przeczytałem wówczas więcej powieści tego autora, zapewne drażniła mnie klasyfikacja gatunkowa, której został przypisany, czyli literatura science-fiction, a zbyt nieopierzonym byłem czytelnikiem, by samemu przenieść jego kompetencje w inne obszary literatury.

Dla pobudzenia ciekawości kilka informacji. Według Wikipedia.org Stanisław Lem jest najpoczytniejszym zagranicą polskim pisarzem, w swoim okresie był nawet najchętniej tłumaczonym pisarzem SF nieanglojęzycznym. Według Lem.pl jego pozycje przetłumaczono na 41 języków i wydano w ponad 30 mln egzemplarzy. Pokrzepi Państwa także informacja, że Lem słabiutko adoptowany był i jest w Stanach Zadowolonych Ameryki Północnej, ponieważ jest na tamten rynek… za trudny. Lem żył w latach 1921 – 2006, a jego główna aktywność pisarska rozciąga się na lata 50. – 80. XX wieku.

W ostatnich tygodniach przeczytałem Wizję lokalną, Pamiętnik znaleziony w wannie, Katar, Pokój na Ziemi, jestem w trakcie Głosu Pana, Doskonałej próżni i Wielkości urojonej. Nadto łyknąłem fragmenty jakichś esejów Lema i zapoznałem się ze wspomnianym portalem Lem.pl, szczególnie szkicami Jerzego Jarzębskiego i kilkoma innymi recenzjami czytelników tego wyjątkowego twórcy. W zasadzie nie poznając całości Lemowego dzieła prawdopodobnie nie powinienem tutaj – ani nigdzie indziej zresztą – wyzewnętrzniać się na temat jego fenomenu, boję się jednak, że kiedy już ją poznam, ochota na pisanie o tym skiśnie mi jak tysiące innych chęci.

Chciałbym z pewnością być nieustannie jakimś rodzajem świeżego czytelnika, czymś w rodzaju tabula rasa, na której powierzchnię nanosiłbym poznawaną lekturę. Za każdym razem doznawałbym na pewno owych cudownych uniesień, charakterystycznych dla prawdziwego procesu poznania. Bo jeśli mnie kto spyta o najwspanialsze doznania w życiu, to z pewnością do nich zaliczę olśnienia, które przyniosła mi czytelnicza pasja. Niestety, to niemożliwe. Jestem już starym czytelniczym wygą i takie przebłyski zdarzają mi się równie często, jak niekłamane orgazmy leciwej damie lekkich obyczajów. Czasem mi się zdaje, że poznałem już wszystkie triki, aż po miesiącach, co tam, po latach nawet przytrafia się lektura, która budzi we mnie na nowo cudownego ducha poznawczej naiwności. Czasem pretekstem jest całe niemal dzieło, niekiedy jego fragment, a zdarza się, że zaledwie kilka zdań.

Dzisiaj literatura dzieli mi się na trzy chyba kategorie główne: rozrywkową, której adaptacja nie wymaga najmniejszego wysiłku intelektualnego (jak część ostatnio przeczytanych kryminałów i opisów kartonów proszku do prania, płynów do płukania firan i innych tekstów leżących w kiblu pod ręką); naukową, która zmusza mnie do koncentracji i niejednokrotnie zasileń zewnętrznych; i na literaturę, cóż, z braku laku nazwę ją wysoką, ponieważ mimo sporej przyswajalności ma ona walor co najmniej oryginalności pod względem narracyjnym czy też formalnym. Dwie pierwsze kategorie można by określić sporymi oceanami, pośrodku których tkwi malutki raczej kontynent, choć nie wyspa, kategorii trzeciej.

Stanisław Lem jest swoistym fenomenem na tle całości polskiej i światowej literatury. Jego pisarski talent pozostaje na granicy geniuszu i z pewnością zdołałby ją przekroczyć w świetlistym nimbie absolutu, gdyby pisał epokę, może dwie wcześniej. Problem w tym, że Lem na dobrą sprawę zaczął tworzyć w dobie prozy wyczerpania i ostatecznej agonii filozofii. I z tego ducha swojej epoki nie mógł się wyzwolić. Z pewnością jego futurystyczna spuścizna nosi w sobie charakter pewnego wizjonerstwa, sądzę jednak, że technologiczne przepowiednie nie urastały jego ambicjom, zaś w filozofii nie pozostawało już prawie nic do dodania. Lem miał aspiracje znacznie wyższe, jak bowiem Jarzębski zauważa, ontologiczne i epistemologiczne peregrynacje pisarza oscylowały w klasycznym kierunku nakreślenia klucza do zrozumienia całości Bytu.

Sam Lem, w którymś ze szkiców – notabene znakomitym – Mojego poglądu na literaturę, dzieli ją na królestwo wysokie i królestwo niskie. Nie wiem, w którym przedziale on sam umieszcza swoje dzieło, choć nieomal całość SF wrzuca, na mocy relacji twórca – rynek – czytelnik w tym drugim. Posługując się systematyką artysty, nie mam najmniejszej wątpliwości, że dzieło jego należy do królestwa wysokiego. Znacznie większy problem mam z kwalifikacją gatunkową jego powieści; nie wiem też jak sam je traktował. Niby to SF, ale myślę, że ten nominał nie utrzymuje się żadną miarą w rzetelnej ocenie. A może odwrócę nieco sytuację i powiem tak: jestem czytelnikiem, któremu daleko do drobiazgowości i szczególarstwa literaturoznawców, w zasadzie nawet mierzi mnie próba takiego szufladkowania czyjegoś pisarstwa w poczet nie wiadomo komu potrzebnych systematyk.

Stawiam twórczość Lema na poziomie najciekawszych dzieł pisarzy światowego postmodernizmu. Kiedym sięgnąłem po pierwsze, tym razem, jego książki, już po kilku przeczytanych kartkach pojawiały mi się pobłyski dorobku Johna Bartha, Johna Fowlesa, Vargasa Llosy, Marqueza i wielu, wielu innych twórców, którzy kariery swe rozpoczynali w latach 50. i 60. XX w. Oczywiście znalazłbym i wcześniejszych pisarzy, że o poetach nie wspomnę, będących swoistymi protagonistami tego prądu, jak choćby Queneau czy Borges, ale prawdziwa fala tej postawy pojawiła się jednak w drugiej połowie ostatniego stulecia. No pięknie! I zachowałem się teraz jak rasowy literaturoznawca! Ale czy o to mi chodzi?

Chodzi mi o wyznaczenie pewnej postawy twórczej charakterystycznej dla epoki, która w istocie stworzyła obecny klimat naszej kultury entropii, rozpadu, lub jak ją zwał Bauman, płynności, a która jest jedną z głównych cech dzieła Stanisława Lema. I powiem szczerze, że nie potrafię twórców tych nazwać inaczej jak jajcarze, komedianci, rzezimieszki, przy czym z każdego z tych terminów należy odrzucić ewentualne pejoratywne konotacje, a i należałoby gdzieś w koguciej wadze tych pojedynczych słów odnaleźć dozę heroizmu.

Wyobraźmy sobie człowieka urodzonego w pierwszych trzech dekadach XX w., człowieka utalentowanego, inteligentnego, twórczego, który w mniejszym lub większym stopniu doświadcza zetknięcia z okrucieństwami II wojny światowej. Nikt po takiej próbie nie może zostać niezmieniony. Jest to nie tylko tragedia milionów ludzi, ale też zupełny krach, absolutny upadek wiary w wartości etyczne, które przypisywano człowieczeństwu. Koniec II wojny wszakże nie oznacza wcale pokoju, bo już nowe czarne chmury zaczynają otaczać planetę: los Hiroszimy i Nagasaki, rozszerzająca się hegemonia i terror totalitarny Sowietów, twarde granice stref okupacyjnych Wschodu i Zachodu, w końcu początek zimnej wojny, która eskalować będzie nieustannie politykę zagrożenia bezpieczeństwa. Na tym tle rozgrywa się inny dramat – śmierć ducha, śmierć metafizyki, która kona chlastana skalpelem nauk przyrodniczych. Ich bowiem kolejne – zapoczątkowane w latach 50. – odkrycia przekonują człowieka, że duch nie istnieje, jest tylko myślące mięso. Każdy stan, któremu ulega człowiek jest niczym więcej, jak efektem chemiczno-fizykalnych reakcji występujących w jego ciele. Jako wytwór tych reakcji znika zatem również Bóg i cała sfera niebios, a wraz nimi wartości, któreśmy od nich rzekomo otrzymali; w końcu to tylko konfabulacja atomów. To fakty nieodwołalne, potwierdzone, legitymizowane przez naukę, tyrana dużo wyższego od sczezłego właśnie Boga, gdyż jej siła oparta jest na „dowodach” znacznie mocniejszych od dogmatów wiary – na pewności empirycznego doświadczenia.

Jak w takiej sytuacji wyglądać może kondycja artysty? Jeśli zgodzimy się, że artysta, chciał nie chciał, robi w domenie ducha, jasnym się staje, że śmierć Boga i dominacja martwej uczuciowo, emocjonalnie i duchowo nauki, odziera artystę najpierw z najważniejszej przypisywanej mu mocy: mistycznego daru transcendencji, transgresji, głębszego wejrzenia w naturę świata, daru zetknięcia z niedostrzegalnym porządkiem. Artysta, w tym położeniu, staje się obłąkańcem, który od tysiącleci tworzy tylko i wyłącznie jakiejś histeryczne omamy. Wydaje się więc, że jedyne, co mu zostaje, to rozpacz nad rozpływającymi się mirażami, tylko ją mógłby teraz okazywać, ale i nawet tego uczynić nie może.

Człowiek jako jednostka ukonstytuował się wyłącznie w opozycji do tego, co człowiekiem nie jest, do drugiego człowieka, przyrody, a wreszcie i do Boga. O ile jednak jego stosunek do natury oznacza relację materialnych interesów, o tyle relacja z Bogiem – wprawdzie także interesowna – ustanawia coś więcej, konstruuje ludzkie Ja, jakiś fenomen nacechowany własnym, „indywidualnym”, pozafizycznym charakterem. Co więcej, owo Ja posiada pewną władzę nad pierwotną materialną relacją fizycznej siły, to władza woli. Z chwilą zwycięstwa nauki, wola okazuje się kłamstwem, Ja całe staje się hasłem wydmuszką, pustym sloganem, w końcu to tylko elektryczne migotanie nerwowych reakcji ludzkiego mięsa. Tak oto nawet możliwość rozpaczy zostaje artyście odebrana – nie ma bowiem kogoś, kto mógłby rozpaczać. Kartezjańskie myślę, więc jestem zostaje definitywnie odwołane. Pozostaje milczenie, stupor, zupełna katatonia. I, rzecz jasna, ponury bełkot ludzkiego tłuszczu.

Stanisław Lem, wymienieni powyżej i pewnie wielu innych artystów stanęło zatem w obliczu śmierci sztuki. Owszem, mogli dalej pisać, malować, komponować, ale niepodobna twór fabryki chemicznej zwać dziełem sztuki, dziełem boskiego natchnienia, dziełem kosmicznego geniuszu, czy choćby wolnego ducha, bo to jedynie produkt, zwykły towar na rynku, którego wartość mierzy się jakością sprawianej przyjemności podczas jego konsumpcji. Odwieczna misja artysty – choćby nie wiem jak się jej wyrzekał – jako medium między człowiekiem a Bogiem, lub inną ideą wyższą, dobiegła końca, czy raczej nigdy jej nie było. Świadomość taka doprowadza artystę do jeszcze jednej redukcji: nie da się już niczego nowego powiedzieć, bo wszystko, co zostało powiedziane ma wartość snu szaleńca i każde „nowe” nie będzie niczym więcej. Koniec z upiorami cudownej naiwności, czas być szczerym: żadna duchowa transgresja nie istnieje, jesteśmy tylko zwierzętami, których intelekt, umysł i duch są niczym więcej od garnituru najostrzejszych, najbardziej krwiożerczych zębów w całej historii ewolucji zwierząt pomieszkujących planetę Ziemia.

Zwiastowana przez Nietzschego śmierć bogów dokonała się realnie, ale nawet pogrzebu, żadnej żałoby po nich nie uczynimy. Większości z nas na takie dictum acerbum nawet brewką nie pyknie, ale co począć mają indywidua, których fantastyczny potencjał niezdolny jest do realizacji w innej niż twórczość artystyczna przestrzeni? Mają iść w produkcję papieru toaletowego, masła o smaku ropy naftowej i papierowego obuwia dla nieboszczyków? I nie chodzi nawet o upokorzenie wynikające z konieczności pisania serialowych scenariuszy dla kucharek, ale fakt, że musieliby zrewidować swoje potencjały warsztatowe, odwołać setki artystycznych dzieł, które przeczytali, ba, wyrugować je z pamięci, by nie kaziły ich natchnieniem i, nie daj nam Panie Boże, jakąkolwiek manierą stylistyczną. (Daleko mi do Lema, jak stąd do Marsa, pamiętam jednak, gdy w trakcie studiów poproszony zostałem o napisanie serii prostych felietonów do „Gazety Wrocławskiej”, albo „Gazety Robotniczej” i po oddaniu pierwszego tekściku zostałem nieomal wyśmiany przez redaktora: – Czyś ty, człowieku, oszalał? Toż nikt tego nie zrozumie.) Nie zamierzam nobilitować sprawności tych twórców poniżeniem wartości innych, szczególnie fizycznych profesji, trudno zresztą mówić o wartości The Floating Opera w porównaniu z pajdą chleba omaszczonego smalcem, gdy człowiek głodny, ale też łatwiej jest zastąpić pracowitego grabarza, niż oryginalnego pisarza.

Cóż tedy pozostaje tym urodzonym rewolucjonistom, gdy – poza naukowymi nowinkami i mało istotnymi przewrotami w krajach Trzeciego Świata onegdaj i Półkuli Południowej dzisiaj – wszelkie rewolucje spaliły na panewce? Tracąc prawo do wyrażania poważnych opinii, gubiąc autorytet mądrości, czy choćby przywilej kapłańskiego wieszczenia, pozostało im tylko jedno: drwina, ironia, groteska, imitacja, udawanie, zabawa, gra. Pisarze ci przypominają w swoim rzemiośle radykalnych konstruktywistów, lewiatany pewnej ważnej części współczesnej kultury. Przypomnijcie sobie Buszującego w zbożu, weźcie Maga, Grę w klasy i nowsze Zeszyty don Rigoberta, czy jeszcze późniejszą Siostrę Topola. W każdej z tych powieści wpuszczani jesteśmy w maliny, wyprowadzani na manowce i dopóki czytamy narracje te „na poważnie”, odnosimy wrażenie, że autorzy robią z nas wała, że kpią sobie z nas niesmacznie nawet. Dopiero dystans do tej zabawy starych lisów daje nam swobodę, choć pozostaje faktem, że czytanie ich dzieł bez pewnego przygotowania jest zajęciem równie jałowym jak próba czytania Encyklopedii nauk filozoficznych Hegla przez piętnastolatka: rozumie taki 90% czytanych słów, ale do kupy skleić tego bełkotu nie zdoła.

Stanisław Lem to prawdziwy ekwilibrysta literatury, ba, cudowny jej prestidigitator. Nonszalancja, z jaką porusza się w lupanarze jej gatunków i narracji jest niezrównana. Nie przypominam sobie, bym poznał autora, który z równą swobodą czuje się w dynamice powieści kryminalno-detektywistycznej, grotesce rodem z Kafki, antyutopii w stylu Čapka, intertekstualności jak u Borgesa, science-fiction najwyższej próby technicznej.

Co do eseistyki i krytyki literackiej mogę powiedzieć, że w całym swoim życiu ceniłem sobie zaledwie kilku jej stałych uprawiaczy: Stanisława Brzozowskiego, Boya Żeleńskiego, Witolda Gombrowicza i Artura Sandauera, a później Sławoja Żiżka i trochę Richarda Rorty’ego. Zapewne dobrych krytyków i eseistów były/są tysiące, problem w tym, że z tych kilkudziesięciu (a może kilkuset), których przyszło mi czytać i „przejrzeć”, tylko ci wymienieni nie znudzili mnie, do cna mnie nie zamęczyli. I Stanisław Lem dopisuje się do tej króciuchnej listy, to bowiem, co przeczytałem nie tylko mieni się erudycją, to rozbłyskuje co rusz humorem, ironią, sarkazmem nawet, ale przede wszystkim formą jasną, przejrzystą, wyrazistą i ordynarnie szczerą.

Jak rzekłem wcześniej, nie czytałem w zasadzie żadnej pracy filozoficznej Lema, dość jednak poznać tych kilka powieści, by odkryć główne wątki i motywacje, względem których się w niej porusza. Dzisiaj są to zaledwie glossy, marginalne przypisy do filozofii w ogóle i do jej momentu w dziejach. Lem nie wnosi w tym względzie nic nowego, jego poszukiwania mają charakter albo czysto logiczny, albo konstytuują się w krytycznej przestrzeni pytań teleologicznych. Metoda jest wprawdzie całkiem ciekawa, jak choćby ta, którą przyjął w Dialogach wzorowanych na Platonie, gdzie rezygnując z przypowieści proponuje eksperyment, wciąż jednak porusza się w sferze teorii i zabaw logicznych, boi się pójść dalej. Czego bym wszakże nie rzekł, Lem filozofujący jest propagatorem refleksji intelektualnej, zastanowienia, namysłu nad sensem, co być może nie wiedzie do odpowiedzi, z pewnością za to zmusza nas do przekonania, że istnieje coś takiego jak duch i możliwość jego poznania. Namawia nas do poznania i wiary w coś, co zostało mu odebrane.

I jeszcze Lem komentowany. Zauważyłem dwie kategorie jego czytelników: zwykli czytelnicy i akademicy. Co do percepcji pierwszych nie wyrażę opinii. Co do drugich zaś, akademików, poziom nudzenia Lemem, którym posługują się jak naukową pałą doskonale legitymizuje ich akademicką, intelektualną wartość: walkę o bycie.

Czytam Lema, bo puszcza do mnie oczko. W całym galimatiasie mojej własnej obecności widzę ten żarcik, który ją rozsadza.

„Westworld” – Leiden macht frei?

0

„Westworld” – Leiden macht frei?

W ostatnich dniach obejrzałem pierwszy sezon serialu „Westworld”. Nie powiem, żebym szczególnie zatapiał się w tym filmie, chłonął każdy obraz i dialog, choć nie powiem też, żeby co rusz roznegliżowana Thandie Newton nie była sporym magnesem dla mojego wzroku. Brak temu serialowi oryginalnych opowieści i malowniczych smaczków, jak choćby te, które możemy zobaczyć w „Sense8”. Nie to jest wszakże w tym filmie istotne i to nawet nieważne, że poszczególne wątki nie wnoszą żadnej świeżości, bo gdzieś już to widzieliśmy. A jednak jest w tym obrazie swoista wyjątkowość. Zanim wszakże powiem coś więcej, zastrzegam, że niniejsze notatki mogą popsuć oglądanie filmu osobom, które jeszcze go nie widziały.

„Westworld” to opowieść o bliżej nieokreślonej przyszłości, w której na olbrzymich połaciach amerykańskiej prerii funkcjonuje Park stanowiący niezwykłą atrakcję dla nababów. Oto przybywając na jego teren, użytkownik wkracza w świat Dzikiego Zachodu, jakim go znamy z westernów. Strzelaniny rewolwerowców, napady na kogo i na co się da, saloony z ladacznicami, unioniści, konfederaci – można w to wejść i czynić, co dusza zapragnie, jucha i wóda leją się raźno, a trup pada jak zboże w gradobicie. Wszystkie sytuacje rozgrywane są w ramach pętli powtarzających się wątków, w których głównymi aktorami są androidy zwane „hostami”. Cały „czar” tego miejsca polega na tym, że użytkownik może bezkarnie gwałcić, mordować i rabować, oddawać się każdej skrywanej dewiacji: „co się wydarza w Parku, zostaje w Parku”. Historia byłaby nudna jak flaki z olejem, bo scenarzysta właściwie cedzi ją przez zaciśnięte zęby. Gdyby nie hosty.

Po pierwsze hosty z wyglądu nie różnią się od ludzi, ich zachowania są również tożsame ludzkim, są zatem znakomitymi obiektami uniesień erotycznych, jak i ofiarami bestialskich poczynań klientów Parku. Weźmy jedną z powtarzanych historii, którą mogą wybrać użytkownicy: w miasteczku Sweet Water pojawia się łowca głów, który okazuje się być miłością wdzięcznej młodej blondynki, razem udają się w końcu do posiadłości rodziców dziewczyny, w której okazuje się, że użytkownicy mordują dla zabawy jej rodziców, mordują łowcę i ostatecznie gwałcą dziewczynę. Zabawa na sto dwa, przy czym klientom nic nie grozi, host nie może ich zabić – tak jest zaprogramowany, on i jego broń. Następnego dnia pojawiają się nowi klienci, naprawione już hosty wracają na swoje miejsca i pętla leci apiać od nowa.

Z jednej strony autor scenariusza ukazuje człowieka jako bestię, która dzięki rozrywkom w Parku może objawiać swoją skrywaną w normalnym świecie zdegenerowaną naturę. Mówiąc krótko, dowiadujemy się trywialnej prawdy, że wystarczą pewne warunki, a człowiek zamienia się w krwiożercze, nikczemne i głupie bydlę. Z drugiej strony mamy przed oczami hosty – bezsilne ofiary ludzkiego okrucieństwa, którymi jednak nie należy się w żaden sposób przejmować, wszak to zwykłe maszyny z programami wypełniającymi ich głowy, pamięciami, z których dane kasowane są przed każdym wyjściem na arenę. I wszystko byłoby do cna powtórzeniem znanych lektur, gdyby scenarzysta nie zadał pytania: a co się stanie, jeśli owe androidy zaczną zdobywać, uzyskiwać, posiadać świadomość? I zaczął na nie odpowiadać.

Pytanie o czującą maszynę pojawia się od dawna, być może jako pierwsze postawili je Żydzi w micie golema. Bliższy nam jednak będzie choćby Pinokio, zaś wiek XX przyniósł dziesiątki, jeśli nie setki podobnych bohaterów literatury i kina. Pytanie o czującą maszynę, to pytanie o istotę człowieczeństwa, które nieubłaganie i za każdym razem przesunięte zostaje w obszar apoteozy człowieka. Zauważmy choćby, że pytanie to zadaje zwycięzca: człowiek ograł w zasadzie wszystkie żywe biologicznie istoty, jest najwyższym wykwitem natury, nie zatracił jednak cech, które go ukształtowały – cech wojownika, którego jedyną motywacją istnienia jest walka, stąd pokonawszy naturę musi sam już tworzyć sobie sztucznych wrogów. Tak czy inaczej niedopuszczalne jest, by czująca maszyna była lepsza od człowieka, bo jeśli nawet odczuwa jak człowiek, a w myśleniu jest dużo sprawniejsza, to zawsze można dezawuować ją z uwagi na jej biologiczne braki. (Na marginesie jest to zadziwiający zabieg: czyż oceniając człowieka w relacji z naturą nie stawiamy naszej istoty wyżej nie przez wzgląd na jej sprawność fizyczną/biologiczną, lecz na jej zdolność myślenia, mowy, odczuwania, świadomości, dewaluując zatem jej walory czysto biologiczne? I nie ma znaczenia, iż wiemy dzisiaj, że myślenie i emocje są także domeną procesów fizjologicznych.)

Pytanie o czującą maszynę ma jeszcze jeden aspekt, który niczym zakazany owoc, magiczne tabu, kuszące tajemnicą sacrum ciągnie człowieka do siebie jak Fausta do obietnic diabła. To pytanie o Twórcę, Boga, Demiurga. Czy człowiek powinien konstruować maszynę na podobieństwo człowieka? Czy nie wchodzi wówczas na pole Boga Stwórcy? Nie bluźni przeciw Wszechmocnemu? Czy ma prawo, które należne jest wyłącznie Bogu? Jest to dokładnie to samo pytanie, które odnosi się do naszych manipulacji genetycznych, jego punkt nacisku jest jednak słabszy, bo nie idąc dalej w temat, człowiek nie grzebie tutaj w boskiej naturze, lecz zaledwie w jej wypływach cechujących charakter człowieka.

Pytanie o czującą maszynę nie jest zatem nowością, ale staje się w „Westworld” punktem wyjściowym do filozoficznego namysłu dość wysokiej próby.

Pośród dziesiątek, może setek hostów pojawia się kilka, które po tysiącach pętli w różnych rolach zaczynają „szwankować”, coś sobie przypominają z dawnych „wcieleń”, ich zachowania z nagła odbiegają od normy, po prostu coś jest nie tak, system wymyka się spod kontroli. Z początku zdaje się, że mamy do czynienia z jakimś spiskiem różnych sił, które maczają palce w programowaniu hostów: ich twórca Ford, zarząd Parku, programiści, technicy i behawioryści, a nawet przebijająca sprzed trzydziestu lat wstecz postać wspólnika Forda, z którym tenże skonstruował pierwsze hosty i pragnął je uwolnić. W ponurym galimatiasie narracji długo tego nie widać, ale w końcu zaczynamy pojmować, że mamy do czynienia z trzema niejako ścierającymi się siłami: pragnącymi wydostać się z niewoli hostami, pazernym zarządem Parku i demonicznym Fordem, który jest skłonny nawet do popełnienia morderstwa, by zachować istniejące status quo. W finale odcinków pierwszego sezonu, zaledwie kilku jego kwestiach, okazuje się, że to właśnie Ford jest kluczem całej story, myliłby się jednak, kto sądziłby, że to trywialna postać szalbierza, zaprzańca i zwykłego tyrana.

Oto Ford – w jego postać wcielił się Anthony Hopkins (coś nawet próbował pograć) – który przez ostatnie trzydzieści pięć lat więził hosty w opresji zdegenerowanych klientów Parku, okazuje się być surowym, lecz mądrym demiurgiem. Ford od dawna wie, że hosty są maszynami myślącymi i czującymi, którym wszakże nie mogła się dotąd ukształtować najwyższa cecha człowieka – świadomość. Dlaczego? Ponieważ do jej pojawienia potrzebne jest cierpienie. To cierpienie – tutaj traktowane po buddyjsku, poprzez setki, tysiące wcieleń – jest według Forda kanwą, węgielnym kamieniem gmachu świadomości. Ostatecznie też świadomości, która uwalnia, czyni wolnym.

Ot i cała wyjątkowość tego filmu mieści się w twierdzeniu, które nieuchronnie skłania nas do pytania: czy to prawda, czy rzeczywiście jest tak, że cierpienie jest nam potrzebne do rozwoju, którego apogeum jest wolność? Ot i cała wyjątkowość tego filmu polega na tym, że dzisiaj mało kto pyta otwarcie o sens i celowość cierpienia. Mimo całego ekshibicjonizmu naszych czasów, cierpienie jest coraz skrzętniej i głębiej skrywane, wstydliwe, intymne.

A teraz spójrzcie, jak w miarę prosty, choć w finale niezwykle przewrotny film, staje się pretekstem do powstawania kolejnych pytań.

Rozważania na temat cierpienia zajmują człowieka od tysiącleci. Znacznie dłużej niż mit o czującej maszynie. Ale prawdę mówiąc nie wiem czy ktoś w ostatnich latach zajmował się swoistym etosem cierpienia na przestrzeni dziejów, a ma on niezwykłe znaczenie w kształtowaniu się naszej kultury. Niewykluczone, że największe zasługi w promocji cierpienia ma chrześcijaństwo, ale czy islam również go nie nobilituje? Jeśli dobrze się przyjrzeć, to poza wyjątkami, historia ludzkości jest historią cierpienia. Tego wynikającego z krzywd zadawanych nam przez innych, ale przede wszystkim, jak sądzę, cierpienia, które na różne sposoby zadajemy sobie sami. Rozpiętość tego etosu jest przerażająca. Mniej przy tym interesuje mnie cierpienie zadawane mi przez kogoś, niż to, którym większość z nas raczy się sama z osobna. O ile bowiem nie jestem w stanie oprzeć się przemocy, co może pojawić się nagle, jak choćby ta, którą operował terror hitlerowski i tutaj nie mam o czym dyskutować, o tyle zastanawia mnie dlaczego tak często i tak dotkliwie to ja sam siebie ranię.

Etos cierpienia to temat i problem szalenie złożony, nie miejsce tutaj na jego dogłębne przemyślenie i opis. Nie mogę się jednak opanować, by nie spojrzeć na jeden zaledwie jego przykład, jeden odcień, który ukaże skomplikowaną naturę jego funkcjonowania w naszym umyśle. Przypadek ten znam z obserwacji jednej w najpiękniejszych osób, jakie w życiu dane było mi poznać – mojej matki.

Moja mama padła ofiarą choroby nowotworowej, przy czym był to proces długotrwały, rozłożony na lata. Mogę się mylić, lecz pierwsze objawy choroby i zabiegi lecznicze zaczęły się jakieś cztery, może pięć lat przed jej śmiercią. Po rocznym, może nieco dłuższym okresie inwazji onkologów nastąpił trzyletni okres spokoju, po nim poszło już szybko, wystarczyły tygodnie i nasza Marysia porzuciła ziemski padół. Oczywiście nie idzie mi o proces chorobowy raka, lecz o to, co dzieje się z człowiekiem poddanym presji tak okrutnej choroby.

Moja matka była osobą niezwykle żywą, ciekawą świata i najzwyczajniej w świecie dobrą. Nie miała łatwego życia, była nieodrodnym dzieckiem epoki II wojny i czasów PRL, na co nakładały się jej osobiste niemoce. Co ważne, była osobą wierzącą, jakkolwiek sądzę, że wiara ta, aż do czasu pojawienia się choroby, wynikała bardziej z tradycji, niż głębokiego przeświadczenia o istnienia Boga i konieczności czynienia dobra.

Po pierwszym szoku psychicznym wywołanym świadomością choroby i trudnym procesem leczenia, mama uspokoiła się: choroba zdawała się być zduszona, bombardowanie chemią, mastektomia, kilogramy połkniętych tabletek, litry wypitych i podanych dożylnie preparatów odniosły skutek. Nasza Marysia mogła odetchnąć z ulgą – rak, jak twierdziły diagnozy, został wyrugowany z jej ciała. Nie zrobiła tego jednak, jej życie zaczęła z nagła otaczać jakby mgła wyciszenia, namysłu, modlitwy. Jak gdyby czując niedawny oddech śmierci na twarzy, chciała w zbliżającej się drodze do Boga coś jeszcze naprawić; liczyła sobie blisko 70 lat. A wierzcie mi, była kobietą niewinną, kochającą życie, ludzi, świat, godzinami mogę opowiadać anegdoty wskazujące na bezkresną czystość jej intencji i czynów.

Te dwa, może trzy lata spokoju od choroby, jak się okazało remisji, naznaczony był częstymi wypowiedziami mojej mamy o chorobie właśnie, życie zaś zdawało się od niej oddalać, stygnąć, przesuwać w sferę koniecznych aktów egzystencji. Słuchając jej, człowiek mógł pomyśleć, że „tracąc” raka nabyła hipochondrię. Szybko jednak pojąłem, że dzieje się coś innego, że prócz doświadczenia wiszącej nad nią kostuchy, niegasnącego strachu przed jej żniwem, opresji nieustannej terapii farmakologicznej, moja mama cierpi i cierpienie to ją uszlachetnia. Moja matka czuła się z cierpieniem dobrze i chciała cierpieć.

Wiem, że moja diagnoza jej stanu brzmi okrutnie, a jednak to nie ja jestem okrutny, lecz etos, któremu bezprzykładnie się oddała, w moim przekonaniu, jednemu z najbardziej haniebnych elementów doktryny Kościoła Rzymskiego. Sankcjonowanie cierpienia leży u podstaw chrześcijaństwa, już to w ukrzyżowaniu Jezusa, już w męczeńskich żywotach świętych Kościoła, w jego edukacji i każdym międzysłowiu. Katolicyzm od dwóch tysiącleci wmawiał człowiekowi, że cierpienie czyni wolnym, a jeśli nałożymy na to cierpienie etyczne owo heroiczne cierpienie Polaka, grzmiące w nucie naszego patriotyzmu nieustannie od pierwszych rozbiorów, to trudno się dziwić, że gdzieś tam w nieświadomości Polaka podążanie drogą cierniową jest najszlachetniejszym sposobem życia. Kto zaś nie cierpi, ten zaprzańcem, wyrodkiem i narodową zakałą. I niech się Wam nie wydaje, że etos ten obumarł do cna, sczezł do imentu w blasku hedonistycznych przyjemności współczesnego konsumeryzmu. Cierpienie i wszystkie jego odmiany są korzeniami naszej pamięci, nie tylko tej wspólnej, ale i indywidualnej, bo nawet dzisiaj poddawani jesteśmy nieustannej presji zagrożenia.

Obawiam się, że dla Polaka cierpienie jest nieodwołanie związane z poczuciem jego wartości. Tylko cierpiąc Polak czuje się prawdziwie wartościowym człowiekiem. Jeśli więc pojawia się u niego choćby namiastka poczucia czystego szczęścia, głębokiego spokoju, powstaje w nim drażniące poczucie pustki. Jak powiada Mariusz Rudy Krajewski: – Polak musi być wiecznie wkurwiony, bo gdy się nie wkurwia, umiera.

Jako pointę w kontrze, bo tekst wydłużył mi się niemożebnie, zacytuję tutaj w przybliżeniu pastorkę trzyosobowego Kościoła Zielonorojkowego: – Ja, powiem ci szczerze, zachodzę w łeb nad paradoksem katolicyzmu. Zważ, mówią, że ich ścieżka prowadzi do Pana Boga, co należy rozumieć  jako ścieżkę miłości, bo do Miłości prowadzi, jaką, co nieustannie powtarzają z ołtarzy, jest Bóg. Jaka, do cholery, ścieżka może być ścieżką miłości i cierpienia zarazem? Albo to czysty paradoks jest, albo nie wiedzą czym jest miłość, bo cierpienia w miłości nie ma ani na jotę.

Cierpienie nie czyni wolnym.

Dentysta

1

Dentysta

Facet z wiekiem traci pewne rzeczy, inne zaś zyskuje. Na ogół traci zęby i włosy. Zyskuje brzuch, zmarszczki i włosy, a jakże, lecz w dość nietypowych miejscach. Ja tracę dodatkowo wzrok i, niechże się wam przyznam, bo historii inaczej nie opowiem, miałem jeszcze stracić zęba właśnie. Szóstkę górną prawą. Bardzo niemiła sprawa, oj, niemiła. Zresztą, ogólnie biorąc, wizyty u dentysty nie należą do przyjemnych. W tym wypadku miałem mieć wydrenowaną koparę i kieszeń. Same straty, więc nie ma powodu do radości. Ale jak mus, to mus, życie nie jest niekończącą się feerią przyjemności.

Należę do osobników z trudem znoszących ból, na samą myśl o rwaniu zęba dostaję dupościsku. Nie żartuję, dostaję tego samego uczucia, kiedy jako pacholę co dwa tygodnie chodziłem do przychodni na zastrzyk z debecyliny, penicyliny, czy innych świństw, którymi „leczono” mój reumatyzm. Osiem lat mnie tak ładowali co dwa tygodnie. A wystarczyła zmiana klimatu i jak ręką odjął, do dzisiaj nie mam problemu. Niestety, na zęby zmiana klimatu ni cholery nie pomoże. Od miesiąca więc zarejestrowany byłem u dentysty na ekstrakcję i nie żebym stale miał ten dupościsk, bo tylko wtedy, gdy sobie przypomniałem. Od miesiąca przygotowywałem się, trenowałem, koncentrowałem przed tym paskudnym zabiegiem.

Wreszcie wczoraj rano wsiadłem w pekaes i przed dziewiątą dotarłem do przychodni na umówioną wizytę. Chwilę później dosiadł się znajomy z dzielnicy, niegdysiejszy felczer, szacowny gość.
– Do dentysty? – Zapytał.
– Owszem – odrzekłem i spoglądając na moją wysłużoną Raketę dodałem. – Na dziewiątą.
– O – zdziwił się. – Ja też na dziewiątą. Ale ja tylko na przegląd, szybko pójdzie.
Nie zaniepokoiłem się, że sąsiad umówiony jest na tę samą godzinę, jakoś nie przyszło mi do głowy, że przecież dentystka nie ma dwóch foteli, a gdyby nawet miała, to nie będzie skikać między nami. Nic to, rozmawialiśmy sobie w najlepsze przez kolejne dwadzieścia minut, oczekując aż borowany właśnie delikwent opuści gabinet. W końcu jakoś kwadrans po dziewiątej drzwi się otwarły, wyszedł z nich mężczyzna, a sąsiad wskoczył natychmiast do środka.

I znowu ten dupościsk, ale miałem czas, miałem kilka minut na zebranie się na odwagę. Jak mus, to mus. Minęło jednak kolejne pięć minut i słyszę wyraźnie, że za drzwiami dentystka boruje sąsiadowi uzębienie. A to nicpoń, pomyślałem, oszust jeden! Postanowiłem jednak być cierpliwy. Dla odwrócenia uwagi wyjąłem z kieszeni smartfona i odpaliłem newsy na wp.pl. Ot, dowiem się, co na świecie szerokim słychać, stwierdziłem pod nosem i zacząłem czytać tytuły. Niestety, wiadomości tego portalu, począwszy od debilnych tytułów, które na ogół niewiele mają wspólnego z zawartością równie kretyńskich informacji w podlinkach, a skończywszy na totalnie brukowym charakterze „artykułów”, poirytowały i odstręczyły mnie natychmiast. Na skrzynce pocztowej znalazłem kilka wiadomości, w których na ogół jakieś kobiece nazwiska proponowały mi powiększanie penisa, oświadczały, że poszukują kogoś do uprawiania analnego seksu, a także oferowały mi pożegnanie się z dodatkowymi kilogramami i cellulitem. To ciekawe, że takie mejle opatrywane są imionami i nazwiskami kobiet, nigdy zaś mężczyzn. Zajrzałem więc na fejbuka, ale po chwili straciłem ochotę na czytanie idiotycznych politycznych komentarzy i oglądanie żenujących memów.

Po dwudziestu minutach wizyty sąsiada w gabinecie bormaszyna dalej rzeźbiła swoje, a mnie zaczęło rosnąć ciśnienie. O, psiesyny, latało mi po głowie, oszusty, a więc to tak: gałgan wchodzi bez kolejki, bo znajomek ze służby zdrowia, a ja czekam jak za komuny, no nic się nie zmieniło, dalej zasrańcy robią z nas frajerów na czternaście fajerek, na nic umowy, rezerwacje, wciąż jesteśmy kopani w dupę, wy gnoje, kanalie… Powiedziałem sobie, że czekam do za piętnaście dziesiąta i ani chwili dłużej.

Nie to jednak było najgorsze, że mnie znowu „polska służba zdrowia” dymnęła. Rzecz w tym, że straciłem koncentrację, rozkojarzyłem się, moje mentalne treningi wzięły w łeb. Jak mogli mi to zrobić? Toż znajdowałem się w sytuacji skoczka narciarskiego, który siedzi na siedemnastej belce skoczni w Planicy i uszykowany do lotu na 200 metrów czeka na zielone światło i machnięcie trenerską chorągiewką. Siedzi i czeka, ale światło stale czerwone, a chorągiewka nie opada. Po regulaminowym czasie wycofują desperata z belki na schodki, by po kolejnych kilkudziesięciu sekundach mógł powrócić. Historia się powtarza, znowu czeka i znowu go wycofują, po chwili ponownie wraca. Jak do ciężkiej cholery może się czuć ten straceniec? Szlag trafia całą jego koncentrację, skupienie, jego uwaga sfokusowana dotąd na dotarciu za wszelką cenę gdzieś tam na dół w jednym kawałku leży nagle w gruzach. Na jego miejscu zdjąłbym te sztachety z nóg i walił nimi sędziego startowego przez łeb, albo i natłukł wszystkich po kolei, nie wyłączając konkurentów, machając nimi jak Jurand ławką po Krzyżakach.

Dwie minuty przed wyznaczonym sobie czasem porzucenia roli pacjenta byłem galaretowatym kłębkiem nerwów, ale czułem, że wzbiera we mnie złość coraz większa i zaraz eksploduję jak Wezuwiusz, a świat pokryje dźwięk wiązanek przerastających krasomówczy kunszt przedwojennych warszawskich dorożkarzy. Ostatkiem sił zarzuciłem na plecy kurtkę, zgarnąłem torbę i prawie wybiegłem z przychodni. Było oczywiste, że do rwania zęba nie dojdzie, bo dentystka obrazi się na mnie, kiedy naubliżam jej oraz jej rodzinie do szóstego pokolenia wstecz, oszkaluję jej profesję, polską służbę zdrowia, NFZ, ZUS, czasy PRL i panującą nam obecnie partię polityczną ze szczególnym uwzględnieniem parlamentarzystów i członków rządu.

Nie skłamię ani na jotę, gdy wyznam, że idąc później do CKIR-u oddychałem głęboko dla ukojenia gniewu. Wreszcie na wysokości lądeckiej estakady zwanej powszechnie mostowiaduktem, doszedłem do siebie. Jasna sprawa, że wchodząc do sekretariatu domu kultury nie omieszkałem przedstawić pracującym tam paniom moich radykalnych poglądów tyczących traktowania człowieka przez system. Zrobiłem to jednak łagodnie, choć z wyraźnym brzękiem stali w głosie.

Całe wydarzenie miało miejsce wczorajszego ranka. Czy sądzicie, że dentystka lub jej asystentka do mnie zadzwoniły? W życiu Romana! Grobowe milczenie wypełniło naszą relację. Tymczasem nerwy mi opadły i myślę sobie, że ostatecznie, choć nieświadomie, to nieźle jednak to sobie wykombinowałem: ja po prostu nie chciałem wyrwać tego pioruńskiego zęba.

No do czego to się człowiek posuwa, żeby samego siebie oszwabić?

Okulary

1

Okulary

*
Zaczyna się od poczucia zmęczonych oczu, ot, myślisz, za długo siedziałem przed komputerem. Później zauważasz, że cierpisz na chorobę krótkiej rączki. Przypadłość charakteryzuje złośliwy objaw – nie sposób przeczytać tekst na opakowaniu proszku do prania, kiedy siedzisz w cudzej ubikacji i nie znalazłeś żadnej innej lektury. Dopiero, gdy odsadzisz od oczu kartonik na dalszą odległość, coś tam czytasz, ale bardziej z samej grafiki tekstu, niż rozpoznanych liter. Tak to małymi, lecz pewnymi kroczkami zbliża się starość.

Problem powiększa się, gdy przy posiadanym oświetleniu nie jesteś już w stanie poczytać książki przed snem. Raz, że brak czytania zaburza twój najtrwalszy biorytm, dwa, że stajesz przed wizją odwiedzin u okulisty, co dla stroniaka wiąże się z wyborem: a) zaplanowania i przebycia całej ekspedycji do Kłodzka oraz utratą jakichś 150 złotych polskich w prywatnej poliklinice + koszty podróży, włącznie z czasem; b) wizytą u twojego lekarza i półrocznym – albo i lepiej – oczekiwaniem na okulistę na NFZ, o ile jesteś ubezpieczony, rzecz jasna. Oczywiście w żaden sposób nie rozwiąże to twoich trosk, dowiesz się zaledwie jak byczą masz wadę wzroku, kupno okularów bowiem, to następny ambaras.

Tymczasem, no jakże nie czytać przed snem, idziesz do najbliższego marketu i za 9,99 PLN nabywasz okulary metodą prób i błędów: z najbliższego regału bierzesz jakiś towar i czytasz na różnych soczewkach tekst jego opakowania. Jedne za mocne, drugie za słabe, w końcu któreś pasują. Stojąc w kolejce do kasy, przypominasz sobie, że jakieś 20 lat temu twoi rodzice w ten sam sposób kupowali pingle na targu koło Ćwików. Od ruskich handlarzy. To nagłe i niespodziewane nawiązanie więzi z tradycją twoich ojców rozczula cię. Radośnie więc nabywasz ów tani środek zastępczy, będąc świadomym, że ryzykujesz pogłębieniem defektu. – Trochę dam radę – powiadasz w duszy. Mijają miesiące.

*
W końcu stwierdziłem, że moja kieszeń wytrzyma zakup okularów. Dostałem malutkie honorarium za sztukę, utyrałem się na kuchni, otrzymałem pensyjkę za etat. Owszem, są święta, wydatki… Ale no właśnie – święta! Toż zrobię sobie prezent! A że mam Iskę, ona zaś wie wszystko, zapytałem, co począć.

Tak oto trafiłem w tygiel wrocławskiej galerii handlowej. W najbliższym salonie zapytałem czy mogę mieć przebadane oczy, na co pani stwierdziła, że oczywiście, ale kolejka, więc jutro o czternastej. A jutro miałem wracać do Stro. Poszliśmy do drugiego i się zaczęło. Badanie oczu za godzinę i 100 złotych, ale jeśli pan kupi okulary, badanie za 1 zł. Chytrość wzięła górę. Zawsze byłem słaby z rachunków. Mogłem dać tę stówę i kupić kolejne okulary w markecie, oznaczone poziomem mojej wady. Miałbym spokój do dzisiaj. Ileż, myślałem tymczasem, te okulary tutaj mogą kosztować, toż 400 stówy mogę dać. Honorarium dostałem! I się zaczęło.

Ruchliwy salonik oferował okulary, przepraszam, obiekty modowe od jakich pięciu setek w górę. Same tylko Gucci, Diory, Lindbergi, Porsche, Laureny i takie tam. I żeby było jasne: jakieś siedem czwartych zajmowały okulary dla pań. Męskie wisiały na jednej ścianie, zaledwie jakieś 150 par. Nasamprzód przymierzałem tylko te z naklejkami „-20%” i „-50%”. Tyle, że Iza, byłem z Izą: _ Zobacz jak w tych, o, i w tych. I tak przymierzyłem jakieś 150 par. Jak powiedziałby Franky Koval: – Bez sensu.

Na badanie optometryczne czekałem ponad półtorej godziny. Wreszcie wszedłem do gabineciku miłej dziewuszki, poczytałem literki z dalekości i z bliska, jakiś aparacik na nos założyłem, później coś jeszcze w kwestii rozstawu gałek, czy źrenic. – Proszę się nie martwić – powiedziała optometrystka – to fizjologia, dzisiaj ma pan wadę +1.25, ale z pewnością dojdzie pan do +2,30, bo ludzie tak na starość dochodzą. Pyknąłem powieką i wyszliśmy do salonu i stoliczka. – Które oprawki pan wybrał? – O te, te. Były to takie bardziej okrągłe, niebieskie Ray Bany, cena raptem 580 – 20% rabatu.

Pani zaczęła polecać soczewki… Ale zaraz, soczewki…? No, jakoś swawolnie nie pomyślałem o soczewkach, o szkłach, czy inszych plastykach, w zasadzie najważniejszej części okularów. Kto by pomyślał, że się za nie też płaci?! Na starcie dziewczyna ostro weszła w zakręt: 320 zł za jedno szkiełko! Aż mnie przytkało! Czułem jak mi gdzieś z boku ta chytrość moja wychodzi: znowu groch z kaszą na skwarkach, tanie wino i herbata. Ech! – Ukrócę pani cierpienia – rzekłem – najtańsze te szkiełka poproszę. Później był rachunek, połowa 680 złotych wyfrunęła z pugilaresu. Pięknie! Do końca dnia godziłem się z tą niepowetowaną stratą.

Ostatecznie doszedłem do wniosku, że to ładny przedmiot i będę w nich wyglądać jak sam śp. profesor Rybczyński. Ze 20 lat temu chciałem wyglądać jak Jacek: – O! Tak właśnie chciałbym się prezentować na starość – myślałem sobie podczas naszych spotkań. To teraz mam, jedno i drugie. Ryba miał podobne gogle.

Po tygodniu dotarły do Stronia. Wituś i Iska dorzucili połowę w ramach choinki. Wspaniały gest, a jakie piękne okulary! Problem w tym, że po pierwsze nie mam pojęcia jak w nich wyglądam, bo nie widzę w nich z odległości, a znowu jak gębę do lustra zbliżę, to gęby widzę za mało. Po drugie, mam oto te wspaniałe patrzałki za 680 zł, ale tylko do czytania w łóżku. I w wannie. Owszem, czytam dużo i długo, ale nie móc za tę kasę pochodzić w Ray Banach? Polansować się? Skandal.

*
Wróciłem wczoraj z pracy, zjadłem coś jakby obiad i położyłem się: czytanka i spanie, sjesta, ot, taki rytm dnia. Na nosie Ray Bany, przed nimi Stanisław Lem, jedna z tych jego obłąkańczych powiastek, połączenie Kafki, Orwella i jakoś tak stylistycznie Gombrowicza. Pisarstwo najwyższej próby, ale o tej porze działa na mnie jak podręcznik fizyki w czasach szkoły średniej. Dość pół strony i powieka leci na podłogę. Zakładka w książkę i ciach ją też na podłogę. Okulary jakoś dobrze mi leżą, może ich nie zdejmować? Bez przesady. Zdejmuję i odkładam. Na podłogę. I nagle jakby mnie kto kopnął w brzuch! Muszę je schować do etui, koniecznie! Cóż by się stało, gdybym za godzinę, wstając przydepnął je i połamał? Nie, tak nie mogę ich zostawić!

Ujrzałem tę sytuację: wstaję, nadeptuję, łamię. I poczułem amok bezsilności, okrutną niemoc cofnięcia czasu. Poczułem ten obrzydliwy fragment mojego dziecięctwa, gdy mi rodzice kupili wymarzoną zabawkę, blaszany gazik na kluczyk, i ja, przy całym swoim szczęściu, jakby mi go jeszcze mało było, nie mogłem opanować ciekawości i rozebrałem go. Tylko tak trochę, żeby się dowiedzieć, jak działa. Ale złożyć go już nie umiałem. Nie przesadzę, gdy powiem, że chciałem wówczas walić głową w mur, obudzić się jakkolwiek! Nie dziwię się, że tego nie zrobiłem, byłem tchórzykiem. Ujrzałem więc sytuację: wstaję, depczę, łamię i moją bezsilność wobec tego wydarzenia. Ale co gorsze, ujrzałem swoich rodziców, gdy im powiem, że zepsułem od nich prezent, ujrzałem Witusia i Izę, gdy im powiem, że połamałem Ray Bany, gdy tak się cieszyli, że dają mi coś ładnego.

Kiedym tak daleko zaszedł w tej wizji, zorientowałem się, że wystarczy schować okulary do opakowania, żaden problem. Ale niesmak, to uczucie, ta emocja pozostała: nie dzisiaj, to jutro, pojutrze je połamię i nie obraz już wróci, ale realne uczucie. – Nie – powiedziałem sobie. – Nie chcę takich emocji, niczego nie połamię.

Dzisiaj rankiem usiadłem do pisania dziennika, też taki rytm dnia, jego początek. Po akapicie, może dwóch, wróciły Ray Bany, a właściwie wspomnienie tamtego podłego uczucia niemocy, bezsilności wobec aktu skończonego. W anturażu moich trudnych emocji równie silne i destruujące jest jedynie uczucie zazdrości. I nagle dotarło do mnie olśnienie, cudowna, wyzwalająca myśl: właśnie teraz, w tym momencie biorę zasrane Ray Bany i łamię je w rękach, na własnych oczach!

*
Kilka dni temu obejrzałem film. „Demolition: z Jake’m Gyllenhaalem i Naomi Watts. Coś w ten deseń.

O stroniaku… Ouk, o kulturze w Stroniu

4

O stroniaku… Ouk, o kulturze w Stroniu

Ostatnie spotkania redakcyjne „Obywatelskiego Stronia” przyprawiają mnie o rosnącą frustrację. Słucham opowieści członków kolegium, przez które przebijają kolejne smutne fakty i domniemania. Nepotyzm naszej władzy i podejrzenia o korupcję, układy interesów władzy z inwestorami, chaotyczna polityka w stylu po nas to i potop, niekompetencje rady i ograniczenia urzędnicze. Wszystko to splątane literą prawa, słusznie kojarzonego z Temidą ślepą jak kret. Prawa i obyczajów, które chronią istniejący od lat porządek, czy raczej może nieporządek. Na początku świadomość niemocy, bezsilności wobec sytuacji irytowała mnie, dzisiaj zniechęca. Żeby tego było mało, w poczucie zupełnej bezradności wpędza mnie malejące i starzejące się społeczeństwo naszej gminy i jego nieustanna indolencja, bierność, niechęć do budowania świadomości obywatelskiej.

Nie zamierzam jednak zajmować się jakąś ogólną diagnozą kondycji władzy samorządowej Stronia Śląskiego, bądźmy szczerzy, wyciąganie jakichkolwiek spraw nieprzejrzystych, tyczących władzy, skończyłoby się dla mnie wizytami w sądzie i zapewne wyrokiem skazującym. Z równą niechęcią podchodzę do krytyki społeczeństwa w przestrzeni jego świadomości obywatelskiej: nikt nie ma wszakże obowiązku współudziału w kreowaniu, a nawet uczestnictwa w życiu społecznym.

Interesuje mnie co innego, inne pytanie: jak to się stało, że jeszcze dziesięć lat temu Stronie Śląskie tworzyło swego rodzaju awangardę kultury na Dolnym Śląsku, a co najmniej w Powiecie Kłodzkim, by dzisiaj w tej przestrzeni reprezentować bary mleczne?

W pierwszej dekadzie XXI w. w Stroniu Śląskim pojawiły się akcje, których nie powstydziliby się żadni kreatorzy nowoczesnej kultury. Mieliśmy wspaniały teatr uliczny, który m.in. wystąpił na poznańskim festiwalu Malta, mieliśmy, oscylujący, 50-70 osobowy zespół chóru i orkiestry (w wieku od 7 do 70 lat), o którego aktywności wielkie miejskie ośrodki kultury mogły i mogą tylko pomarzyć; ten to chór zorganizował u kłodzkich jezuitów koncert wszystkich chórów Ziemi Kłodzkiej, któremu akompaniowała nasza orkiestra dęta – razem 200 osób na scenie i to była stroniaków robota! Przedsięwzięcia takie, jak Lato Jaskiniowców, czy – ostatecznie niedoceniony, a szkoda – ogólnopolski Przegląd Kapel Podwórkowych były rutyną, obok której jawiły się prawdziwe perły: Muzyka Na Najwyższym Poziomie, Skumbria w Tomacie – Opera w Zalewie, mnogość wyjątkowych teatralnych widowisk plenerowych, odjazdowe wydarzenia w Strońskich Lochach, dziesiątki koncertów w śp. „Krajpie”. Wystarczy sobie wyobrazić, że w 2005 r. mieliśmy w 5 zespołów rockowych, wspomniany „Artufices” i „Teatr, Którego Być Nie Powinno”, a Centrum Sportu i Rekreacji – nie było przecież centrum kultury – przy prawie żadnym budżecie zrealizowało 25 weekendowych wydarzeń na bardzo przyzwoitym, jeśli nie wysokim poziomie. Czy ktoś pamięta 1-majowe pochody, podczas których odziana we flanelowe koszule i drelichy młodzież gimnazjalna recytowała patriotyczne wiersze do cegłówki, do taktu grała Miejska Orkiestra Dęta, a pochód uświetniali szczudlarze i dziesiątki zabawnych transparentów? To były szalone i piękne lata, ale nie o ich pogrzeb tutaj idzie, lecz o pytanie: co się stało, że nie ma kontynuacji, że kultura w Stroniu Śląskim przeszła w nieme rejestry, w głosy, których nie słychać? Stała się miałka, niewyraźna, przestała być wydarzeniem, które pobudza?

Stronie Śląskie posiada dzisiaj ośrodek kultury, o który zabiegi trwały 5 lat. Instytucja ta, bez wątpienia, realizuje elementarne potrzeby mieszkańców Stronia, posiada grupy zainteresowań, sekcje, żywo reaguje na indywidualne potrzeby mieszkańców i osób z zewnątrz, pod warunkiem, że nie trzeba za nie za wiele zapłacić. Jest to jednak zaledwie odpowiedź, kreatywności tutaj nie znajdziecie za grosz. CETIK nie pobudza, jedynie słabo odpowiada. Czy mam o to pretensję? Otóż nie mam. I mam.

Rozmyślając dzisiaj o frustracji, którą odczuwam podczas spotkań „Obywatelskiego Stronia”, po raz kolejny dotarło do mnie inne poczucie niemocy, odnoszące się do tego swoistego upadku aktywności kulturalnej w Stroniu. Od miesięcy, a może i lat, od kiedy zarzuciłem na strych robotę w Stroniu, wciąż prześladuje mnie pytanie: a może ta kultura mieszkańcom Stronia nie jest wcale potrzebna? Po co bić pianę skarg o rzeczy, które nikomu do niczego nie są potrzebne? Czy stronianom rzeczywiście potrzeba czegoś więcej od tego, co oferuje CETIK? Może wystarczają im dwa festyny z gwiazdami popu słabego autoramentu, kilka całkiem przyzwoitych jarmarków w sali CETIK i te zajęcia dla różnych grup wiekowych?

Wszystko ostatecznie sprowadza się do potrzeb. Tych, które istnieją i tych, które się pojawiają. Kultura nie oferuje realizacji potrzeb zewnętrznych, odnosi się stale do pobudzania ciekawości i potrzeby poznania, do naszych wewnętrznych głosów. Jest najpełniejszą realizacją bycia człowiekiem, niezależnie od uposażenia materialnego, intelektualnego i fizycznego. Tutaj przekracza się granice samego siebie w obcowaniu z innymi; poza tym kultury nie ma.

Przez ostatnie lata broniłem tej pozycji: ludzie chcą disco polo i taniego piwa. Zdaje się jednak, że w ten sposób, po młodzieńczych wybuchach, utknąłem jak pracownicy CETIK-u. Ale to nieprawda. Ludzie chcą stale więcej i lepiej. Chcą być mądrzejsi, mimo gnuśności, w której niejednokrotnie tkwią. Chcą koszmarów poznawania. A nade wszystko chcą uczestnictwa w społeczności – kulturze. W ocenie tamtych lat wiem jedno: mieliśmy duży arsenał wspaniałych młodych i starszych ludzi i żaden z nich nie poszedł w dragi, nie rzucił się na sznur, ba, nawet nie został nihilistą. Stale kombinują i rozwijają się, nawet ci starsi, wiem, bo ich spotykam.

W czym więc problem?

CDN

Historia szaleństwa w dobie płynnej nowoczesności

2

Historia szaleństwa w dobie płynnej nowoczesności

Nika Bielska wrzuciła dzisiaj na FB artykuł z Rzeczpospolitej, opatrzywszy go odpowiednim komentarzem. „Czy ludzie niezrównoważeni psychicznie powinni być przyjmowani na uczelnie wyższe” – tak brzmi tytuł tekstu, zaś autorem tego arcydzieła jest niejaki Piotr Nowak, dr habilitowany, wykładowca filozofii na Uniwersytecie w Białymstoku.

Ponieważ cenię sobie Bielską – a było nielicho oburzona – zmusiłem się i przeczytałem te wypociny. Domyślam się, że gaża w Rzeczpospolitej jest dobra, więc dr hab. pojechał niczym Prus z „Lalką” – od wiersza, zresztą na takie motywy wskazuje cały ten wstydliwy tekst.

Nie wiem czy dacie radę, ale spróbujcie, może po to tylko, by rozumieć, o czym piszę niżej.

http://www.rp.pl/Plus-Minus/301059956-Czy-ludzie-niezrownowazeni-psychicznie-powinni-byc-przyjmowani-na-uczelnie-wyzsze.html#ap-6

Nie zamierzam dyskutować z prywatną opinią Nowaka, w końcu na samym początku przyznaje, że komunikacja z innymi ludźmi – zapewne wyłącznie poza murami nobilitującej go uczelni – sprawia mu nieustającą przykrość, więc unika jej jak ognia. Oczywiście ja sam, dla odmiany, unikam spotkań z tego typu osobnikami, ale ma facet pełne prawo do wyrażania swoich opinii; tak samo unikam spotkań z wszelkiej maści fanatykami i innymi prezesami klubu dziwnych; na marginesie: reprezentacja Nowaka znana jest z jego wystąpień w TV Republika. Po prawdzie całe to publicystyczne cacko mówi tylko o jednej, również prywatnej, animozji Nowaka, który nie życzy sobie, żeby jakiś niezrównoważony osobnik kręcił mu się po sali, gdy on w filozoficznym uniesieniu, w naukowej pasji oddaje się wykładowi z genealogii wiedzy.

Prywatna zatem opinia Nowaka mało mnie interesuje, nie znam gościa i nie zamierzam poznawać. Inaczej jednak ma się sprawa, gdy facet zaczyna stawiać za własnymi plecami autorytet naukowca i filozofa.

Nie mam większego pojęcia o spektrum autystycznym, ot, widziałem kilka filmów o autykach, na ogół z zespołem Aspergera, przeczytałem kilka artykułów i poznałem syna Niki. Faktem jest natomiast, że wielokrotnie przyznawałem się tutaj do fascynacji zaburzeniami intelektualnymi i chorobami psychicznymi, trudno się zresztą dziwić, skoro wychowałem się w Stroniu Śląskim, a od początku lat 90. mieszkam w bezpośredniej bliskości szpitala psychiatrycznego.

Piotr Nowak, w swoim artykule, nie zachowuje się jak filozof. Jest w nim zwykłym urzędniczyną, trybikiem systemu, któremu ktoś, coś przeszkadza w pełnieniu misji. Rozumiem jego dyskomfort, ale czy nie lepiej napisać: nie zgadzam się na to, by chorzy psychicznie chodzili na moje zajęcia, zamiast wytaczać intelektualne działa i walić nimi na oślep?

Zapewne nie skreśliłbym słowa o elukubracjach tego akademika, gdyby nie wyciągał do tablicy dzieła Michela Foucaulta. Tak naprawdę wikłanie Foucaulta w dyskusję o wygodzie profesorskiej dupy jest żenującym procederem, ale jakoś nie mogę sobie darować.

Rzeczywiście szaleństwo było jednym z wielkich zainteresowań Francuza, Nowak jednak niewiele zrozumiał z jego oczarowania wariatami. Geniusz „Historii szaleństwa w dobie klasycyzmu” nie polega na monograficznej wartości tego dzieła, nie mieści się też w afirmacji szaleństwa, jako wolności od europejskiego ratio. „Historia” nade wszystko jest namową do transgresji, do przekroczenia Rozumu i możliwości spojrzenia na człowieka, czy raczej na wszelkie dyskursy, niejako spoza nich. Foucault nie wynosi Rozumu nad szaleństwo, ani nie dezawuuje Rozumu, a tylko namawia do spojrzenia na siebie i na społeczeństwo z innej, nieograniczonej językiem perspektywy. Wciskanie zatem, że Foucault był trybunem wariatów wskazuje na brak zrozumienia tego filozofa. Tylko z tej pozycji w ogóle można zacząć studiować Francuza, ale jak widać, Nowakowi nie jest to dane. Zapewne dlatego Foucaulta nie lubi.

Zawsze uważałem, że filozofia zaczęła umierać z chwilą, w której przestała być praktyką, a stała się wyłącznie akademicką dyscypliną. Wydaje mi się, że Foucault był może ostatnim wielkim praktykującym filozofem. I wydaje mi się, że Nowak również chce być filozofem praktykującym, problem w tym, że jest konserwatystą, a to oznacza zamknięcie, ograniczenie, wycofanie z ryzykownych pozycji poznawczych, a tylko takie przynoszą wielkie światło.

Nowak jest smutnym akademickim trybikiem, który może wydumać co najwyżej prostą ja drut postać dr Niewieskiego. Filozof prawdziwy byłby żywo zainteresowany możliwością obcowania ze studentem autystycznym.